szukajka

Solutions4ad - Vikings War of Clans

"Osobliwy dom Pani Peregrine" - Recenzja filmu

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 

 Osobliwy dom pani Peregrine

 

Już 7 października, do repertuaru polskich kin wejdzie najnowsza produkcja Tima Burtona, twórcy m.in. „Gnijącej Panny Młodej”, „Mrocznych Cieni”, czy choćby „Marsjanie atakują!”. Jego najnowszym dziełem jest  „Osobliwy dom Pani Peregrine”, którego fabuła oparta jest na debiutanckiej powieści Ransoma Riggsa o tym samym tytule.

Film jest historią chłopca, który po kilku niewyjaśnionych zdarzeniach, postanawia pójść śladami dziadka i odkryć sekret domu zamieszkanego przez niego w dzieciństwie. Po drodze musi zmierzyć się z wieloma trudnościami. Czy, pomimo nich, uda mu się poznać prawdę o domu?

 

 

 

Jako ogromna fanka Tima Burtona ucieszyłam się na samą wieść o nowej produkcji, którą reżyseruje. Od filmu oczekiwałam typowego, „burtonowskiego” połączenia historii z dreszczykiem z opowieścią o dużym wydźwięku moralnym. I nie zawiodłam się! Choć po pierwszych kilku minutach filmu nie powiedziałabym, że reżyserem jest Tim, to pojawiają się w nim sceny, które niezaprzeczalnie temu dowodzą. Reżyser przemyca w nim chociażby fragmenty typowych dla siebie animacji.

Na ogromny plus zasługuje obsada aktorska, która idealnie sprawdziła się, w nie tak łatwych, rolach. Szczególną uwagę zwróciłam na postać pani Peregrine odgrywaną przez Evę Green oraz Barrona, w którego wcielił się Samuel L. Jackson. Obie role wypadły bardzo dobrze.

Bardzo ciekawym zabiegiem było według mnie ukazanie w filmie postaci, które na myśl przywołują, znane z legend istoty. Dzięki temu, produkcja Burtona zyskuje drugie dno, które można różnie interpretować.

 Mile zaskoczyły mnie liczne nawiązania do Polski, a dokładnie do okresu wojny, gdyż nie często spotykam się z pozytywnymi odniesieniami dotyczącymi polskości w filmach zagranicznych.

Nawet tak dobrze i ciekawie wykonane dzieło, jak „Osobliwy dom Pani Peregrine” ma kilka słabszych punktów. Film, choć wciąga widza w swój świat z ogromną mocą, to momentami wydaje się być nieco ciężki i przytłaczający. Choć sama fabuła była dla mnie zrozumiała, to niekiedy potrzebowałam ogromnego skupienia, by dobrnąć do bardziej dynamicznych scen.

Niezbyt korzystne, według mnie, było zastosowanie kilku, nieco mroczniejszych ujęć, które z powodzeniem mogły stanowić materiał na horror, a nie jak mogłoby się wydawać fantasy z elementami dreszczowca.

Film, mimo niewielkich minusów, z czystym sumieniem, mogę polecić wszystkim fanom Tima Burtona, fantastyki, mrocznych historii czy po prostu dobrego kina. Według mnie, zasługuje na mocne 8/10 punktów.

 

 

 

 

 

Film „Osobliwy dom Pani Peregrine” zdecydowanie przeszedł moje oczekiwania. Niezwykłe ukazanie miejsc i pobocznych postaci sprawiło, że prawie od początku seansu przeniosłem się do świata baśni, chociaż większość z nich była zupełnie realna.

Tak jak w wielu innych produkcjach reżyserii Tima Burtona spotkałem się ze świetnym połączeniem elementów grozy i humoru, które ukazane w unikalny sposób dostarczyły mi sporo rozrywki. Nie spodziewałem się, że potrafię śmiać się przy scenach, które normalnie powinny wywołać dreszczyk emocji.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że  w przedstawionym świecie doszukałem się pewnej nieścisłości. Muszę jednak przyznać, że nie wpłynęła ona na satysfakcję po obejrzeniu filmu.

Podczas seansu z łatwością można było dostrzec problemy moralne bohaterów i naukę jaka wynika z ich rozwiązania. Pewne motywy skłaniały do refleksji i spowodowały, że posiedziałem na krześle w sali kinowej jeszcze chwilę po zakończeniu filmu. To jednak nie wszystko. Niewysłowioną przyjemność sprawiło mi odkrywanie alegorii , które nasuwają mi się aż do teraz i są warte zastanowienia.

Jestem wdzięczny za produkcję tego typu. Jest to harmonijne połączenie dobrej zabawy i bagażu przemyśleń w doskonałym wykonaniu twórców i obsady aktorskiej. Jestem pewien, że w „Osobliwym domu Pani Peregrine” każdy znajdzie coś dla siebie.

Komentarze obsługiwane przez CComment

Nowości - Recenzje

 

Harry Potter i przeklęte dziecko

 

Po dziewięciu latach od pojawienia się ostatniego tomu przygód Harrego Pottera, nadeszła premiera nowego dzieła ze świata czarodziejów – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. Dla mnie, jak i dla wielu, szokującym był fakt, że nie zostało ono spisane w formie powieści, lecz jako sztuka teatralna. Jej premiera odbyła się 30 lipca 2016 roku w londyńskim Palace Theatre, a wkrótce potem została wydana wersja książkowa (w Polsce 22 października 2016 r.).

Dramat składa się z dwóch części, co w mym odczuciu jest zbędnym podziałem, ponieważ historia, chociaż rozłożona w czasie, stanowi jedną spójną całość i gdybym musiał przerwać ją po pierwszej części, to nie wiedziałbym dlaczego właściwie się nagle skończyła. Na szczęście obie części zostały wydane jednocześnie i w jednej książce, więc podział tyczy się tylko spektaklu, który można obejrzeć w całości lub na dwa razy.

Sztuka bazuje na poprzedniej serii. Muszę przyznać, że spodziewałem się niemal całkowitego odejścia od przeszłości, a okazało się ono jedynie częściowe. Nie nazwałbym jej jednak kontynuacją wcześniejszych przygód, raczej dodatkiem po latach.

Pojawia się para nowych postaci, które pełnią główne role. Dzięki formie w jakiej zostały spisane ich przygody, poznajemy je jedynie po słowach i czynach, co według mnie okazało się dobrym rozwiązaniem. Problemy przed jakimi stają  są ciekawe i skłaniają do przemyśleń. W takiej sytuacji cieszę się z nieobecności narratora, który siedzi w głowach bohaterów powieści i mówi nam co tam się dzieje.

Fantastyka słynie ze swoich nierealnych opisów świata. Uwielbiamy zachwycać się czymś nieznanym, czymś magicznym. W tym przypadku z wiadomych względów tych opisów brakuje, dostajemy jedynie krótkie przedstawienie lokacji, w której toczy się akcja. Nie stanowi to jednak problemu, ponieważ po siedmiu częściach powieści i ich ekranizacjach, większość z tych miejsc jest nam znajoma, resztę ukaże wyobraźnia. Takie rozwiązanie pozwala nam skupić się na akcji, która dzieje się szybciej i pochłania całą naszą uwagę. Przeczytałem więc całość jednym tchem, pomimo późnej już godziny. Dynamika zrekompensowała mi brak fascynujących opisów.

Po przeczytaniu całości mam pewien niedosyt. Po cichu liczyłem na więcej nowości. Jako sztuka teatralna „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” z pewnością przynosi dużo emocji i rozrywki. W formie czytanej jednak tego brakuje, dlatego tę pozycję polecam przede wszystkim tym, których interesują późniejsze dzieje ulubionych bohaterów. Sam natomiast chętnie udałbym się na spektakl.

                                                                                      Kształt wody

 

Niedawno, bo 16 lutego 2018 roku do kin weszło najnowsze dzieło Guillermo del Toro, reżysera takich filmów, jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy”. Tym razem z pod jego pióra wyszło fantasy z elementami dramatu i kryminału- „Kształt wody”. Historia opowiada o losie wodnego, człekokształtnego stwora, który trafia w ręce naukowców i niemej kobiety dostrzegającej w nim ludzką naturę.

Oglądając zwiastun „Kształtu wody” spodziewałam się całkiem niezłego filmu, lecz teraz otwarcie mogę stwierdzić, że przerósł on moje oczekiwania. Była to jedna z lepszych produkcji, jakie ostatnio widziałam.

Na szczególną uwagę zasługuje koncepcja filmu, który choć jest fantastyczny, to nie przypomina większości dzieł tego gatunku. Może być to zasługą bardzo mocnego ukazania realizmu. To co się z nim wiąże to naturalizm, który reżyser serwuje nam od pierwszych minut. Odziera ze wstydu główną bohaterkę, dzięki czemu już od początku między Elizą a widzem buduje się mocna więź. W filmie nie ma tematów tabu. Seks, przemoc, samotność, to obrazy, którymi zostajemy otoczeni. O ile taki ekshibicjonizm jest dużą zaletą produkcji, o tyle ilość, nie zawsze uzasadnionej przemocy, nie do końca trafia w moje gusta.

Na duży plus zasługuje klimat filmu, który utrzymany jest w latach 60-tych. Nie ma w nim zbędnych efektów specjalnych, czym często chwalą się producenci wielu dzieł fantasy. Dzięki mnóstwu elementów, takich jak kolorystyka „Kształtu wody”, czy nawiązania do starych musicali, możemy, razem z bohaterami znaleźć się w tamtych czasach.

Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w filmie, jest duża wrażliwość, jaką budowała postać głównej bohaterki. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się odrzucające, dzięki Elizie stawało się piękne. Jej gesty, zachowania emanowały subtelnością, która pozwoliła widzowi oswoić dziwne, nierzadko odstręczające sytuacje, jakie zachodziły między bohaterką a stworem. Odegrana przez Sally Hawkins rola zasługuje na duże brawa.

Jedynym, małym minusem, była dla mnie jedna ze scen, rodem z musicalu, która, na chwilę, oderwała mnie od atmosfery budowanej przez cały film. Miała zobrazować uczucia Elizy, lecz wyszła trochę zbyt komediowo.

Tak, jak wspominałam, „Kształt wody” był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Mogę śmiało dać mu mocne 9/10. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad pójściem do kina, zdecydowanie zachęcam do obejrzenia go, bo szkoda byłoby przegapić taką perełkę.

 

Deadpool 2

 

Zabójczy wojownik powrócił. Jest szybki, silny i przede wszystkim seksowny. Od jego sukcesu w kinach minęły dwa lata, a teraz pojawił się ponownie, żeby zawstydzić cały panteon superbohaterów. Czy dostarczy nam kolejną dawkę świetnego humoru w akompaniamencie odrąbanych nóg i rąk, czy może wyszedł z formy?

 

 

Dawid

Druga część Deadpoola zachwyciła mnie tak samo jak poprzednia. Ten film jest w stanie zarówno oczarować widza, jak i wzbudzić w nim dreszcz obrzydzenia. Przede wszystkim jednak jest to film, który potrafi rozbawić do łez. Pełen groteskowych sytuacji idealnie parodiuje znane i lubiane produkcje o potężnych facetach w obcisłych wdziankach. Zarówno styl jak i fabuła filmu nie jest specjalnie zaskakująca, nie spodziewałem się jednak niczego innego. Za wcześnie jest na zmianę, która znacząco wpłynęłaby na odbiór tego bohatera. Dopiero od niedawna pojawił się on w kinach i ma ciekawy charakter. Jest więc z czego czerpać, a „Deadpool 2” jest tego przykładem.

 

 

Paulina

„Deadpool 2” zdecydowanie zasługuje na ogromnego plusa. Idąc do kina, nie spodziewałam się, że będę miała problem z oceną, która część jest lepsza. O ile pierwsza obraca się głównie wokół ciętego humoru bohatera i jest praktycznie w całości komediowa, o tyle w drugiej możemy znaleźć też dramatyczne wątki. Kiedy przybliżona zostaje nam druga twarz Deadpoola, ironia i bezwzględność idą w odstawkę. Dla mnie przedstawienie głównej postaci w taki sposób było dużym, pozytywnym zaskoczeniem.

Oczywiście, w filmie nie było czasu na nudę, gdyż akcja cały czas się rozpędzała. Dynamiczne sceny walki czy perypetie X-Force sprawiały, że film oglądałam z zapartym tchem. Nie mogłabym nie wspomnieć o żartach Deadpoola, które trzymały poziom i niczym nie odbiegały od humoru z pierwszej części.

Na duże brawa zasługuje ścieżka dźwiękowa użyta w filmie, która nie tylko była wspaniałym tłem do perypetii bohatera, ale stanowiła znaczący element całej historii.

Fani Deadpoola nie mogą ominąć drugiej części jego przygód! Z czystym sumieniem film mogę polecić też wszystkim miłośnikom nie całkiem grzecznego humoru i wciągającej akcji.

                                                                          Ember in the Ashes. Pochodnia w Mroku

 

Pierwszy tom z serii "Ember in the Ashes" spotkał się ze świetnym odbiorem czytelników i w krótkim czasie urósł do rangi bestsellera. To młodzieżowe fantasy wzbudziło zachwyt i wybiło się wśród wielu pozycji tego gatunku. "Imperium Ognia" opowiada o dwójce bohaterów, którzy buntują się przeciw rządzonemu okrutną ręką Imperium. Po blisko roku pojawiła się druga część, która jest kontynuacją ich wcześniejszych przygód i utrzymała równie wysoki poziom. W czym tkwi fenomen tej fantastycznej sagi?

Sabaa Tahir przedstawia nam świat wzorowany na czasach starożytnych. Można w nim spotkać kilka ras ludzi. Wojanie są potężni, potrafią wykuwać stal i panują nad pozostałymi. Scholarzy ze względu na niższy poziom postępu wiodą nędzny i niewolniczy żywot. Pojawiają się również Plemieńcy, którzy wędrują na granicach mocarstwa. Tereny są w dużej mierze pustynne, co w połączeniu z tymi ostatnimi przypomina znaną nam Afrykę. Mamy tu dość rozbudowane połączenie. Panujący Wojanie reprezentują Imperium, które ze względu na ustrój i podział klasowy można przyrównać do Cesarstwa Rzymskiego. Jako jedyni potrafią wykuwać stal, co daje im przewagę na polu bitewnym. Niektórzy z nich przechodzą w młodości morderczy trening bojowy, by stać się później Maskami, czyli elitarnymi wojownikami, budzącymi w innych skrajne przerażenie. Ich niewiarygodne umiejętności i pełne stalowe uzbrojenie, czynią z nich maszyny do zabijania. Bez wątpienia kojarzy się to z greckimi Spartanami. Mniej zaawansowani Scholarzy nie mają z nimi żadnych szans. Tak im słodko życie płynie, gdy w pewnym momencie, na skutek dramatycznych wydarzeń, buntuje się dwoje przedstawicieli obu nacji. Tak poznajemy naszych głównych bohaterów. Laia reprezentuje kastę Scholarów i posiada ukryte magiczne zdolności. Elias natomiast jest byłym uczniem Akademii Czarnego Klifu, czyli niedoszłą Maską.

Głównym wątkiem jest oczywiście ratowanie świata przed złym Imperatorem. Schemat ten, chociaż został już wielokrotnie powielony, nie rujnuje nam przyjemności z czytania. Jest tak, ponieważ treść skupiona jest na psychologii naszych bohaterów. Muszę przyznać, że autorka wspaniale przemyślała sobie postacie i ich wewnętrzne rozterki. Znajdujący się w trudnym położeniu Laia i Elias przechodzą wewnętrzną przemianę. Nie dokonują oni bezsensownych heroicznych czynów. Za każdym razem poznajemy te nietuzinkowe emocje, które ich do tego skłaniają. Nutkę tajemniczości wprowadza natomiast Komendatka, nasz czarny charakter.

Wydarzenia drugiego tomu skupiają się w większości z dala od stolicy Imperium. Misja dwojga bohaterów zdaje się być pretekstem do wprowadzenia szeregu innych elementów, które rozczłonkowują akcję. Szablon został nieco przełamany i na horyzoncie zaczyna nakreślać się coś nowego. Powitałem to z wielką radością i chętniej zabrałem się do lektury. To jest coś, czego wcześniej brakowało mi w tej serii. Rozbudowały się również motywy fantastyczne. Narastają one do końca trwania powieści i przyjmują ostatecznie potężny wymiar, który ma wpływ na fabułę.
O ile w „Imperium Ognia” nie było dużo miejsca na uczucie kiełkujące w naszych bohaterach, tak w „Pochodni w Mroku” pojawia się ono znacznie częściej. Nie jest co prawda dominującą częścią, ale rozgrywa się obok głównych wydarzeń i przykuwa uwagę na tyle, że momentami staje się ciekawsze od głównego wątku. Podoba mi się pomysł wdrażania z czasem kolejnych detali. Minusem natomiast jest główny wątek i misja, która okropnie ciągnie się przez całą książkę. Wydawałoby się, że powinna być punktem kulminacyjnym, natomiast w pewnym momencie stała się nieco nudna i naszło mnie wrażenie, że straciła totalnie na znaczeniu. Mimo wszystko jasne jest, że bohaterowie muszą nią podążać, a czytelnik wraz z nimi.

Drugi tom serii „Ember in the Ashes” przerósł moje oczekiwania. Spodziewałem się kontynuacji lekkiego fantasy. Fabuła jednak rozgałęziła się na boki wystarczająco, by przykuć moją większą uwagę. Trzecia część zapowiada się więc obiecująco. Polecam tę pozycję wszystkim, którzy czerpią przyjemność z samej przygody i szukają równocześnie nieco bardziej skomplikowanych charakterów .

                                                   

 Avengers: Wojna bez granic

 

26 kwietnia 2018 roku swoją premierę w polskich kinach miał najnowszy film Marvela- „Avengers: Wojna bez granic”. Jest to pozycja znana i wyczekiwana przez fanów przygód superbohaterów. Przedstawia ona historię wielkiej, kosmicznej jatki z udziałem większości uniwersów Marvela.

Ogromnym plusem jest właśnie pomieszanie wielu bohaterów znanych z różnych światów. Oglądanie Strażników Galaktyki walczących u boku Iron Mana stanowiło dla mnie nie lada gratkę. Co najważniejsze, nie było to wrzucenie losowych postaci bez składu do filmu, lecz stanowiło logiczny ciąg zdarzeń.

Na kolejną pochwałę zasługuje wielkie spectrum emocji, jakie pojawiały się w filmie. Strażnicy Galaktyki, Tony Stark czy Peter Parker dbali o humor, a Kapitan Ameryka czy Doktor Strange wprowadzali do fabuły powagę. Dzięki temu „Avengers…” potrafiło rozbawić widza oraz wycisnąć łzy z oczu.

Kolejnym plusem była wartka akcja, którą uzyskano dzięki wprowadzeniu przeskoków pomiędzy światami. Wątki przeplatały się, co pozwoliło nacieszyć oczy każdym z uniwersów. Akcja nie skupiała się na żadnym z nich zbyt długo, dzięki czemu z przyjemnością wyczekiwało się kolejnych wydarzeń.

Efekty specjalne nie stanowiły raczej zaskoczenia dla miłośników filmów Marvela. Jednak wiele z nich zasługuje na brawa. Perełkami było ukazanie efektu działania Kamieni Nieskończoności czy też końcowa bitwa w Wakandzie.

Jedynym minusem, a zarazem plusem, była dla mnie końcówka filmu. To, co mnie w niej ucieszyło, to przede wszystkim duża nieprzewidywalność. Niestety, samo zakończenie pozostało otwarte i wymusza na nas oczekiwanie na kolejną część.

Niestety, mimo wielu zalet, „Avengers: Wojna bez granic” nie stanowi dla mnie filmowej perełki. Jest to kolejna część przygód superbohaterów zrobiona w dobry sposób. Zdecydowanie polecam ją fanom dzieł Marvela, ale sama chyba nie sięgnę po nią kolejny raz.

 

Opowieść o Kullervo

 

Gdy znalazłem informację, że wkrótce pojawić ma się niepublikowana wcześniej historia pióra J.R.R. Tolkiena, to już wiedziałem, że czeka mnie świetna lektura i… nie pomyliłem się. Opowieść o Kullervo została odczytana z rękopisu tegoż prekursora fantasy i wydana, wraz z notatkami, pod redakcją Verlyn Flieger. Tolkien wzorował się na fińskim eposie Kalevala, który w czasach pogańskich był przekazywany w formie ustnej. Autor nie dokończył prac, więc nie ma pewności jak miała wyglądać ostateczna wersja tej opowieści. Była to jednak jedna z jego pierwszych prób pisarskich i miała ogromny wpływ na późniejszą, znaną nam twórczość.

Pierwsze słowa „In the days when magic was yet new” są kluczowe zarówno dla dorobku pisarza, samej historii, jak i formy, w której została spisana. Nie odeszła ona bowiem daleko od niespójnych, nieco chaotycznych przedchrześcijańskich wierzeń. Muszę przyznać, że czytając tę opowieść po raz pierwszy doznałem szoku. Znając ramy naszej europejskiej literatury, której elementy są zawsze oprawione i dostosowane odpowiednio do kultury (głównie chrześcijańskiej), nie spodziewałem czegoś tak bezpośredniego. Przyzwyczaiłem się, że jeśli „dobry” bohater umiera w heroicznej walce, to są temu poświęcone długie, wręcz pochwalne wersy, nawet jeśli nie odgrywa on żadnej większej roli. Tutaj tego nie ma. Umiera bez ogródek, a cały jego dorobek zostaje zniszczony. Zmierzam jednak do czegoś innego. Nie jest szokujące to jak bohater umiera, ani ile linijek tekstu jest temu poświęconych, tylko to jak silne emocje potrafi wywołać ten tekst. Większość z nas pamięta pewnie z lekcji języka polskiego „Pieśń o Rolandzie”. Mi się to bardzo nie podobało i większość czasu się nudziłem. Naprawdę super, że opiewamy takie czyny, jednak przez tę całą otoczkę nie trafia do nas najważniejsze, czyli śmierć Rolanda i to co temu towarzyszy – groza, żałość, gorycz. Nie czułem tego czytając inne lektury, trafiło do mnie dopiero wczesnoeuropejskie podanie, które ukazuje sprawy takie jakimi są. Wygląda na to, że zwięzły opis jest bardziej prawdziwy od długich rozwodów. Całość jest napisana w tym stylu i poruszyła mnie do głębi. Nie dziwię się, że Kalevala stała się natchnieniem dla Tolkiena.

To nie wszystko co „Opowieść o Kullervo” ma nam do zaoferowania. Świetne są też wątki fantastyczne, naprawdę wyobraźnia ludzka nie zna granic. Uwielbiam momenty kiedy w grę wkracza magia i przenosi nas w swój świat. Jeden moment zainspirował mnie do tego stopnia, że zamierzam stworzyć ilustrację na jego podstawie.

Opowieść jest jednak tragiczna i nie wszystkim może się to spodobać. Jej przewodnie elementy to nienawiść, gniew, strach i smutek. Tytułowy Kullervo przypomina dobrze znanego nam Edypa i znacząco się różni od najbardziej znanych bohaterów Tolkiena, chociaż istnieją pewne podobieństwa, które warto wyłapać podczas lektury.

Pomimo, że historia jest pełna okropieństw i to w bezpośredni, często brutalny sposób przedstawionych, jest piękna. Chociaż jej motywy przewodnie były już wałkowane przez wieki, to czuję niedosyt. Skłoniło mnie to do przeczytania opowieści po raz drugi.

Podsumowując, gorąco polecam tę książkę wszystkim fanom fantastyki i nie tylko, ponieważ elementy fantasy nie grają tutaj głównej roli. Zaznaczam przy tym, że jest ona skierowana do dojrzałych czytelników zarówno ze względu na treść jak i bagaż przemyśleń. „Opowieść o Kullervo” rzuciła światło na coś, z czego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy i czuję się teraz bogatszy w moich przemyśleniach.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
środa, wrzesień 19, 2018