szukajka

Solutions4ad - Vikings War of Clans

"Kształt wody" - Recenzja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

                                                                                      Kształt wody

 

Niedawno, bo 16 lutego 2018 roku do kin weszło najnowsze dzieło Guillermo del Toro, reżysera takich filmów, jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy”. Tym razem z pod jego pióra wyszło fantasy z elementami dramatu i kryminału- „Kształt wody”. Historia opowiada o losie wodnego, człekokształtnego stwora, który trafia w ręce naukowców i niemej kobiety dostrzegającej w nim ludzką naturę.

Oglądając zwiastun „Kształtu wody” spodziewałam się całkiem niezłego filmu, lecz teraz otwarcie mogę stwierdzić, że przerósł on moje oczekiwania. Była to jedna z lepszych produkcji, jakie ostatnio widziałam.

Na szczególną uwagę zasługuje koncepcja filmu, który choć jest fantastyczny, to nie przypomina większości dzieł tego gatunku. Może być to zasługą bardzo mocnego ukazania realizmu. To co się z nim wiąże to naturalizm, który reżyser serwuje nam od pierwszych minut. Odziera ze wstydu główną bohaterkę, dzięki czemu już od początku między Elizą a widzem buduje się mocna więź. W filmie nie ma tematów tabu. Seks, przemoc, samotność, to obrazy, którymi zostajemy otoczeni. O ile taki ekshibicjonizm jest dużą zaletą produkcji, o tyle ilość, nie zawsze uzasadnionej przemocy, nie do końca trafia w moje gusta.

Na duży plus zasługuje klimat filmu, który utrzymany jest w latach 60-tych. Nie ma w nim zbędnych efektów specjalnych, czym często chwalą się producenci wielu dzieł fantasy. Dzięki mnóstwu elementów, takich jak kolorystyka „Kształtu wody”, czy nawiązania do starych musicali, możemy, razem z bohaterami znaleźć się w tamtych czasach.

Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w filmie, jest duża wrażliwość, jaką budowała postać głównej bohaterki. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się odrzucające, dzięki Elizie stawało się piękne. Jej gesty, zachowania emanowały subtelnością, która pozwoliła widzowi oswoić dziwne, nierzadko odstręczające sytuacje, jakie zachodziły między bohaterką a stworem. Odegrana przez Sally Hawkins rola zasługuje na duże brawa.

Jedynym, małym minusem, była dla mnie jedna ze scen, rodem z musicalu, która, na chwilę, oderwała mnie od atmosfery budowanej przez cały film. Miała zobrazować uczucia Elizy, lecz wyszła trochę zbyt komediowo.

Tak, jak wspominałam, „Kształt wody” był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Mogę śmiało dać mu mocne 9/10. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad pójściem do kina, zdecydowanie zachęcam do obejrzenia go, bo szkoda byłoby przegapić taką perełkę.

Komentarze obsługiwane przez CComment

Nowości - Recenzje

Trylogia - okładka

 

Wszyscy znamy powieści historyczne Henryka Sienkiewicza. Pozycje te są klasyką w kanonie literatury polskiej i znajdują się na liście lektur obowiązkowych w procesie nauczania. Mamy więc z nimi styczność już od najmłodszych lat, co sprawia, że nasza postawa wobec twórczości Sienkiewicza jest już w pewien sposób ugruntowana. Czy jest możliwe, aby historia Polaków, spisana na kartach papieru ponad sto lat temu, miała charakter fantastyczny? Nowe wydanie „Trylogii” zwiastuje przełom w postrzeganiu tegoż kultowego cyklu.

„Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.” Przytoczony cytat z „Ogniem i Mieczem” rozpoczyna naszą czytelniczą przygodę i jest wstępem do pełnych opisów natury, które towarzyszą nam przez całą podróż. Nie są one napełnione fantastycznymi zjawiskami jakie znajdziemy u Tolkiena, jednak sprawiają nieodparte wrażenie, że przyroda reaguje na nadchodzące wydarzenia. Jeżeli mamy do czynienia z realnym światem, w dużej mierze zgodnym z prawdziwą historią, to jest dość niezwykłe, by zjawiska atmosferyczne wpasowywały się w nastrój aktualnych sytuacji.  Kometa zwiastująca klęski spełnia przecież tę samą rolę, co ta z „Sagi Lodu i Ognia”. Naprawdę warto zwrócić na to uwagę. Takie zabiegi tworzą niesamowity klimat, należy jednak pamiętać, że nie mamy tu do czynienia z czymś nieracjonalnym. Można powiedzieć raczej o zbiegu okoliczności w iście fantastycznym stylu. Znacznie ciekawsze jest jednak to, co dzieje się na ziemi. W światach fantasy występują przeróżne stworzenia, których w „Trylogii” nie uświadczymy. Jest to oczywiste biorąc pod uwagę fakt, że fantastyką jaką dziś znamy, w czasach Sienkiewicza jeszcze nie istniała. Tak więc zbroi nie wykuje nam krasnolud, a na niebie nie zobaczymy przelatującego gryfa. Są one obce naszej historii. Co innego tyczy się duchów. Te istoty są mocno zakorzenione w polskim folklorze i autor skorzystał z tego, nadając grozę wydarzeniom. Oprócz zjaw, w cyklu znajdziemy również wiedźmę, czyli kobietę uprawiającą magię. Mamy więc kolejny klasyczny element fantastycznej układanki, który nie wymaga tłumaczenia. Bohaterowie są realni na tyle, na ile realne jest machanie ogromnym Zerwikapturem przy użyciu jednej ręki. Pomijając fakt niewielkiej użyteczności tak ciężkich mieczy jak ten Longinusa Podbipięty, ten przykład wyraźnie kształtuje nam cechę herosów jaką jest nadludzka siła. Pan Wołodyjowski natomiast jest tak dobrym szermierzem, że kto wie… być może mógłby stanąć w szranki z samym Geraltem z Rivii i mieć szanse na zwycięstwo. Nasza sienkiewiczowska paczka dość nieźle wpasowuje się w ramy Heroic Fantasy.

 

Wszystkie wymienione powyżej elementy są mocno ograniczone i w młodości nawet nie zwróciłem na nie uwagi. Być może szkoła nałożyła pewne ramy i nie zostawiła wiele miejsca na własne przemyślenia. Oczywiste jest, że nie możemy mówić o „Trylogii” Sienkiewicza jako o cyklu powieści fantastycznych. Takie stwierdzenie daleko mija się z prawdą. Nie ma jednak wątpliwości, że dzięki tej niewielkiej nadnaturalnej otoczce całość zyskała wyjątkowego klimatu i poruszyła serca Polaków. Teraz wiem, że warto wrócić do niektórych lektur i o odnaleźć w nich coś nowego, coś co przeoczyło się ostatnim razem. Jeśli chodzi o dzieła Sienkiewicza, nadarzyła się ku temu wyjątkowa okazja w postaci nowego wydania „Trylogii” w jednym tomie. Została ona wzbogacona o fantastyczne ilustrację Piotra Arendzikowskiego i posłowie napisane przez Andrzeja Olejnika, traktujące na temat innego odbioru cyklu w dzisiejszych czasach.

 

 







Pan Lodowego Ogrodu - Tom I

 

Gdy dowiedziałem się o kolekcji Mistrzowie Polskiej Fantastyki, uznałem ją za doskonałą okazję, by nadrobić swoje braki w polskiej literaturze fantasy. Od razu zamówiłem prenumeratę i z niecierpliwością czekałem na pierwszy tom. Okazało się, że w paczce przyszły od razu dwa, a ja zadowolony wziąłem się do czytania. Wstąpiłem tym samym do Midgaardu, czyli obcej planety przypominającej naszą Ziemię w dawnych czasach. Dziś jestem już po ostatnim, czwartym tomie sagi autorstwa Jarosława Grzędowicza, lecz chciałbym się jeszcze na chwilę zatrzymać w tym wspaniałym świecie, żeby nieco Wam o nim opowiedzieć. Ta recenzja rozpoczyna serię artykułów, poświęconych polskiej literaturze fantastycznej.

Powieść zrobiła na mnie dobre pierwsze wrażenie. Jej początek wrzuca nas w wydarzenia będące skutkiem poprzedniej wyprawy naukowców na odległą planetę. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Start w kosmos, wybuchowe lądowanie i walka z nienaturalnie zwinnym przeciwnikiem. Dostajemy przy tym mnóstwo informacji, które właściwie na razie nic nam nie mówią, a wszystko okaże się dopiero w swoim czasie. Podoba mi się tak wymagające podejście do czytelnika.
W tym chaosie poznajemy Vuko Drakkainena lub Ulfa Nitj’sefni w mowie Wybrzeża Żagli , czyli głównego bohatera. Ten człowiek naprawdę da się lubić. Jego proste, techniczne podejście do życia i powierzonej mu misji sprawiło, że natychmiast zostałem jego fanem. Jeżeli zaś chodzi o sam cel wyprawy, to jest nim odnalezienie i ewakuacja członków ekipy badawczej z tej odległej planety. Sprawa niby wydaje się nietrudna, zwłaszcza, że nasz zwiadowca przed misją uzyskał doskonałe przeszkolenie szpiegowskie i bojowe oraz nabył umiejętności przetrwania w skrajnie trudnych warunkach. Otóż niestety wszystko się trochę skomplikowało, a to za sprawką magii.

Fabuła jest przejrzysta i dąży do klasycznej walki dobra ze złem. Widzimy ją jednak z innej niż zwykle perspektywy. Prowadzi nas przez nią w większości pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia wspomnianego powyżej Vuko, czyli człowieka pochodzącego z nowoczesnego społeczeństwa, pełnego reguł, zakazów i wszechobecnej technologii. Jest on utalentowany w wielu dziedzinach i posiada wiedzę wykraczającą poza rozumienie większości z nas, a co dopiero zacofanych mieszkańców Midgaardu. Nic więc dziwnego, że klasyczne wątki fantasy wydają się być czymś odległym, dziwnym, a nawet śmiesznym skoro opowiada nam o nich mieszkaniec Ziemi, znający jedynie naukowe wyjaśnienie otaczającego go świata. Uważam, że jest to duży plus tej powieści. Takie rozwiązanie nadaje jej realizmu. Koniec z bohaterami, którzy wkraczając w fantastyczną krainę, z biegu stają się  pompatycznymi wyznawcami jej nadnaturalnych właściwości. Oprócz Vuko, swoją historię opowiada nam równolegle Terkej Tendżaruk, który pochodzi z cesarskiej rodziny w Midgaardzie. Mamy więc dla kontrastu spojrzenie na świat od strony jej mieszkańca. Daje to nam lepsze rozeznanie w sytuacji, a sama historia młodego księcia czasem bywa nawet ciekawsza od głównego wątku. Istnieje jeszcze trzecioosobowa narracja, która prawie dosłownie „włącza się”, gdy Ulf aktywuje cyfrala. Jest to sztucznie wyhodowany pasożyt, który wszczepiony w jego ciało, podnosi jego umiejętności tworząc z niego nadczłowieka. Ten zabieg narracyjny również jest pewnym urozmaiceniem, chociaż z początku trudno było mi się przyzwyczaić do tej nagłej zmiany.

Dynamika akcji drastycznie spada w drugim tomie, który poświęcony jest głównie Tendżarukowi i jego podróży. Główny wątek, który prowadzi Vuko, prawie nie porusza się do przodu, co niestety przyjąłem z lekkim zniecierpliwieniem. Mimo wszystko wyjaśniają się pewne ważne kwestie, które dają podłoże przyszłym wydarzeniom. Od tej pory akcja zaczyna się powoli rozpędzać, by dać nam ostateczny, popisowy finał.

Bohaterowie główni jak i poboczni są dobrze przemyślani. Poza Ulfem i młodym księciem poznajemy kilku miejscowych oraz wspomnianych już wcześniej naukowców. Każdy z nich kieruje się własnym rozumem i uczuciami, a nie jakąś niezrozumiałą potrzebą bycia herosem.

Plusami tej sagi są dla mnie więc jej bohaterowie, świat Midgaardu przedstawiony w oryginalny sposób oraz ciekawe elementy akcji, a zwłaszcza walki, która momentami zapiera dech w piersi i z pewnością dobrze wyglądałaby na dużym ekranie. Do minusów zaliczyłbym wspomniane wcześniej zwolnienie tempa w drugim tomie, oraz wiele podobieństw głównego bohatera do innych znanych w fantastyce postaci, chociaż tego trudno jest w dzisiejszych czasach uniknąć.

Polecam wszystkim, którzy lubią klasyczną fantastykę, jako niecodzienną, lecz wcale nie tak odległą odskocznię od pewnych zarysowanych już standardów. Pozycja również dla tych, którzy lubią oddać się chwili refleksji nad światem w akompaniamencie efektownych scen walki.

 

Deadpool 2

 

Zabójczy wojownik powrócił. Jest szybki, silny i przede wszystkim seksowny. Od jego sukcesu w kinach minęły dwa lata, a teraz pojawił się ponownie, żeby zawstydzić cały panteon superbohaterów. Czy dostarczy nam kolejną dawkę świetnego humoru w akompaniamencie odrąbanych nóg i rąk, czy może wyszedł z formy?

 

 

Dawid

Druga część Deadpoola zachwyciła mnie tak samo jak poprzednia. Ten film jest w stanie zarówno oczarować widza, jak i wzbudzić w nim dreszcz obrzydzenia. Przede wszystkim jednak jest to film, który potrafi rozbawić do łez. Pełen groteskowych sytuacji idealnie parodiuje znane i lubiane produkcje o potężnych facetach w obcisłych wdziankach. Zarówno styl jak i fabuła filmu nie jest specjalnie zaskakująca, nie spodziewałem się jednak niczego innego. Za wcześnie jest na zmianę, która znacząco wpłynęłaby na odbiór tego bohatera. Dopiero od niedawna pojawił się on w kinach i ma ciekawy charakter. Jest więc z czego czerpać, a „Deadpool 2” jest tego przykładem.

 

 

Paulina

„Deadpool 2” zdecydowanie zasługuje na ogromnego plusa. Idąc do kina, nie spodziewałam się, że będę miała problem z oceną, która część jest lepsza. O ile pierwsza obraca się głównie wokół ciętego humoru bohatera i jest praktycznie w całości komediowa, o tyle w drugiej możemy znaleźć też dramatyczne wątki. Kiedy przybliżona zostaje nam druga twarz Deadpoola, ironia i bezwzględność idą w odstawkę. Dla mnie przedstawienie głównej postaci w taki sposób było dużym, pozytywnym zaskoczeniem.

Oczywiście, w filmie nie było czasu na nudę, gdyż akcja cały czas się rozpędzała. Dynamiczne sceny walki czy perypetie X-Force sprawiały, że film oglądałam z zapartym tchem. Nie mogłabym nie wspomnieć o żartach Deadpoola, które trzymały poziom i niczym nie odbiegały od humoru z pierwszej części.

Na duże brawa zasługuje ścieżka dźwiękowa użyta w filmie, która nie tylko była wspaniałym tłem do perypetii bohatera, ale stanowiła znaczący element całej historii.

Fani Deadpoola nie mogą ominąć drugiej części jego przygód! Z czystym sumieniem film mogę polecić też wszystkim miłośnikom nie całkiem grzecznego humoru i wciągającej akcji.

 

Przychodzę do Was z recenzją pewnej gry przeglądarkowej, o której słyszałam już jakiś czas temu i na własnej skórze postanowiłam przekonać się, czy przypadnie mi do gustu. Gra, o której mówię to „Hero Zero”. Jak sama nazwa wskazuje wcielamy się w niej w rolę bohatera, lecz nie byle jakiego, bo od podstaw stworzonego przez nas. Bohater, którego tworzymy, zaczyna od paradowania po mieście w samej bieliźnie i to od nas zależy, czy zdobędzie wymarzoną pelerynę, kombinezon i broń. Na start dostajemy monety, lukrowane oponki, które stanowią cenną walutę w grze i sporo misji do wykonania.

W jaki sposób możemy rozwijać naszego bohatera? Mamy na to wiele sposobów! Aby zdobyć cenne punkty doświadczenia, które podbijają nasz poziom, możemy wykonywać misje, walczyć z innymi graczami, brać udział w pojedynkach ligowych. Wykreowanemu bohaterowi możemy zwiększać umiejętności wykorzystując do tego monety lub, jak na prawdziwego herosa przystało, trenować go w piwnicy. Gra umożliwia nam nawiązywanie kontaktu z innymi uczestnikami poprzez wymianę wiadomości czy łączenie się w drużyny.

„Hero Zero” spodobało mi się, ponieważ jest luźną formą wypełniania czasu wolnego. Sprawdza się idealnie, jako niezbyt angażująca czasowo rozrywka, gdyż naszego bohatera możemy expić wysyłając go na misję, jednocześnie zajmując się innymi rzeczami. Na ogromny plus zasługuje komiksowa, kolorowa grafika, która uprzyjemnia rozgrywkę. Nie mogłabym nie wspomnieć o smaczkach, na których „Hero Zero” jest zbudowane. Tak naprawdę, nasz bohater z dzielnymi herosami na miarę Marvelowskich komiksów niewiele ma wspólnego. Ubiera się w Lumpeksie, żywi się fastfoodami i rozwiązuje sąsiedzkie problemy z ubezpieczycielami, lecz właśnie to sprawia, że lubię go jeszcze bardziej i z dużą przyjemnością będę rozwijać jego umiejętności.

A jeśli chcielibyście zagrać razem ze mną, klikajcie w banner na górze, twórzcie swojego bohatera i szukajcie gracza o nicku: MitycznyTalent :)

 

 Osobliwy dom pani Peregrine

 

Już 7 października, do repertuaru polskich kin wejdzie najnowsza produkcja Tima Burtona, twórcy m.in. „Gnijącej Panny Młodej”, „Mrocznych Cieni”, czy choćby „Marsjanie atakują!”. Jego najnowszym dziełem jest  „Osobliwy dom Pani Peregrine”, którego fabuła oparta jest na debiutanckiej powieści Ransoma Riggsa o tym samym tytule.

Film jest historią chłopca, który po kilku niewyjaśnionych zdarzeniach, postanawia pójść śladami dziadka i odkryć sekret domu zamieszkanego przez niego w dzieciństwie. Po drodze musi zmierzyć się z wieloma trudnościami. Czy, pomimo nich, uda mu się poznać prawdę o domu?

 

 

 

Jako ogromna fanka Tima Burtona ucieszyłam się na samą wieść o nowej produkcji, którą reżyseruje. Od filmu oczekiwałam typowego, „burtonowskiego” połączenia historii z dreszczykiem z opowieścią o dużym wydźwięku moralnym. I nie zawiodłam się! Choć po pierwszych kilku minutach filmu nie powiedziałabym, że reżyserem jest Tim, to pojawiają się w nim sceny, które niezaprzeczalnie temu dowodzą. Reżyser przemyca w nim chociażby fragmenty typowych dla siebie animacji.

Na ogromny plus zasługuje obsada aktorska, która idealnie sprawdziła się, w nie tak łatwych, rolach. Szczególną uwagę zwróciłam na postać pani Peregrine odgrywaną przez Evę Green oraz Barrona, w którego wcielił się Samuel L. Jackson. Obie role wypadły bardzo dobrze.

Bardzo ciekawym zabiegiem było według mnie ukazanie w filmie postaci, które na myśl przywołują, znane z legend istoty. Dzięki temu, produkcja Burtona zyskuje drugie dno, które można różnie interpretować.

 Mile zaskoczyły mnie liczne nawiązania do Polski, a dokładnie do okresu wojny, gdyż nie często spotykam się z pozytywnymi odniesieniami dotyczącymi polskości w filmach zagranicznych.

Nawet tak dobrze i ciekawie wykonane dzieło, jak „Osobliwy dom Pani Peregrine” ma kilka słabszych punktów. Film, choć wciąga widza w swój świat z ogromną mocą, to momentami wydaje się być nieco ciężki i przytłaczający. Choć sama fabuła była dla mnie zrozumiała, to niekiedy potrzebowałam ogromnego skupienia, by dobrnąć do bardziej dynamicznych scen.

Niezbyt korzystne, według mnie, było zastosowanie kilku, nieco mroczniejszych ujęć, które z powodzeniem mogły stanowić materiał na horror, a nie jak mogłoby się wydawać fantasy z elementami dreszczowca.

Film, mimo niewielkich minusów, z czystym sumieniem, mogę polecić wszystkim fanom Tima Burtona, fantastyki, mrocznych historii czy po prostu dobrego kina. Według mnie, zasługuje na mocne 8/10 punktów.

 

 

 

 

 

Film „Osobliwy dom Pani Peregrine” zdecydowanie przeszedł moje oczekiwania. Niezwykłe ukazanie miejsc i pobocznych postaci sprawiło, że prawie od początku seansu przeniosłem się do świata baśni, chociaż większość z nich była zupełnie realna.

Tak jak w wielu innych produkcjach reżyserii Tima Burtona spotkałem się ze świetnym połączeniem elementów grozy i humoru, które ukazane w unikalny sposób dostarczyły mi sporo rozrywki. Nie spodziewałem się, że potrafię śmiać się przy scenach, które normalnie powinny wywołać dreszczyk emocji.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że  w przedstawionym świecie doszukałem się pewnej nieścisłości. Muszę jednak przyznać, że nie wpłynęła ona na satysfakcję po obejrzeniu filmu.

Podczas seansu z łatwością można było dostrzec problemy moralne bohaterów i naukę jaka wynika z ich rozwiązania. Pewne motywy skłaniały do refleksji i spowodowały, że posiedziałem na krześle w sali kinowej jeszcze chwilę po zakończeniu filmu. To jednak nie wszystko. Niewysłowioną przyjemność sprawiło mi odkrywanie alegorii , które nasuwają mi się aż do teraz i są warte zastanowienia.

Jestem wdzięczny za produkcję tego typu. Jest to harmonijne połączenie dobrej zabawy i bagażu przemyśleń w doskonałym wykonaniu twórców i obsady aktorskiej. Jestem pewien, że w „Osobliwym domu Pani Peregrine” każdy znajdzie coś dla siebie.

                                                                                      Kształt wody

 

Niedawno, bo 16 lutego 2018 roku do kin weszło najnowsze dzieło Guillermo del Toro, reżysera takich filmów, jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy”. Tym razem z pod jego pióra wyszło fantasy z elementami dramatu i kryminału- „Kształt wody”. Historia opowiada o losie wodnego, człekokształtnego stwora, który trafia w ręce naukowców i niemej kobiety dostrzegającej w nim ludzką naturę.

Oglądając zwiastun „Kształtu wody” spodziewałam się całkiem niezłego filmu, lecz teraz otwarcie mogę stwierdzić, że przerósł on moje oczekiwania. Była to jedna z lepszych produkcji, jakie ostatnio widziałam.

Na szczególną uwagę zasługuje koncepcja filmu, który choć jest fantastyczny, to nie przypomina większości dzieł tego gatunku. Może być to zasługą bardzo mocnego ukazania realizmu. To co się z nim wiąże to naturalizm, który reżyser serwuje nam od pierwszych minut. Odziera ze wstydu główną bohaterkę, dzięki czemu już od początku między Elizą a widzem buduje się mocna więź. W filmie nie ma tematów tabu. Seks, przemoc, samotność, to obrazy, którymi zostajemy otoczeni. O ile taki ekshibicjonizm jest dużą zaletą produkcji, o tyle ilość, nie zawsze uzasadnionej przemocy, nie do końca trafia w moje gusta.

Na duży plus zasługuje klimat filmu, który utrzymany jest w latach 60-tych. Nie ma w nim zbędnych efektów specjalnych, czym często chwalą się producenci wielu dzieł fantasy. Dzięki mnóstwu elementów, takich jak kolorystyka „Kształtu wody”, czy nawiązania do starych musicali, możemy, razem z bohaterami znaleźć się w tamtych czasach.

Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w filmie, jest duża wrażliwość, jaką budowała postać głównej bohaterki. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się odrzucające, dzięki Elizie stawało się piękne. Jej gesty, zachowania emanowały subtelnością, która pozwoliła widzowi oswoić dziwne, nierzadko odstręczające sytuacje, jakie zachodziły między bohaterką a stworem. Odegrana przez Sally Hawkins rola zasługuje na duże brawa.

Jedynym, małym minusem, była dla mnie jedna ze scen, rodem z musicalu, która, na chwilę, oderwała mnie od atmosfery budowanej przez cały film. Miała zobrazować uczucia Elizy, lecz wyszła trochę zbyt komediowo.

Tak, jak wspominałam, „Kształt wody” był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Mogę śmiało dać mu mocne 9/10. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad pójściem do kina, zdecydowanie zachęcam do obejrzenia go, bo szkoda byłoby przegapić taką perełkę.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
środa, wrzesień 19, 2018