szukajka

Solutions4ad - Vikings War of Clans

Tajemnice w bajkach Disney i Pixar

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

 

Prawie każdy z nas będąc dzieckiem oglądał filmy animowane, które wyprodukował Disney lub Pixar. Jednak wtedy rzadko zauważaliśmy ciekawostki, które zostawiali w nich twórcy. Zaglądając po latach do ulubionych bajek, wpadłam na trop kilku sprytnie zakamuflowanych niespodzianek, o których Wam opowiem. Pod lupę wezmę filmy: „Toy Story”, „Potwory i Spółka”, „Uniwersytet Potworny”, „Auta” i „Dzwonnik z Notre Dame”.

Na pierwszy ogień pójdzie kod, który przewija się w wielu bajkach Pixar’a, czyli A-113. Nie jest już tajemnicą, że stanowi on nazwę pracowni animacji w The California Institute of Arts. To właśnie na tym uniwersytecie kształcili się m.in. pracownicy Pixar. Umieszczanie, więc kodu A-113 w filmach jest swoistym puszczeniem oczka kolegom z branży. Możemy go znaleźć na drzwiach Sali uniwersytetu w drugiej części „Potworów i Spółki”, na rejestracji samochodu mamy Andy’ego w „Toy Story”, czy na pędzącym pociągu w „Autach”.

 

        Samochód  

 

A-113

 

Twórcy bajek nie stronią też od powielania i mieszania w produkcjach postaci. Może ma to na celu połączenie ich w większe uniwersum, a może jest nieznaczącą niespodzianką dla dociekliwych? Takie przerzucenie postaci ma miejsce w „Potworach i Spółce”, gdzie w pokoju Boo znajduje się Kowbojka z „Toy Story” i rybka Nemo z „Gdzie jest Nemo?”. Za to w „Toy Story”, na ścianie pokoju Andy’ego możemy zauważyć zegar z Myszką Mickey. Także w „Dzwonniku z Notre Dame” jedna z rzeźb bardzo przypomina Zeusa z „Herculesa”.

 

Kowbojka         Nemo w

 

Zegar z Myszką Mickey         Dzwonnik z Notre Dame

 

Nie można nie wspomnieć o innych, ciekawych Easter Egg’ach ukrytych w filmach animowanych. „Toy Story” może pochwalić się całkiem sporą kolekcją poukrywanych przekazów. Jednym z nich jest piosenka, którą możemy usłyszeć w scenie przeprowadzki rodziny Andy’ego do nowego domu. Melodią rozbrzmiewającą w samochodzie jest „Hakuna Matata”, czyli hit z „Króla Lwa”.

Easter Egg’iem łączącym „Toy Story” z „Autami” jest firma Dinoco. W „Toy Story” nazwano tak sieć stacji paliwowych, z których korzysta mama Andy’ego. W „Autach” natomiast jest to, rozchwytywany przez mistrzów toru, sponsor.

 

Dinoco         Dinoco

 

Jeśli o „Autach” mowa, kto wytrwał do napisów końcowych, mógł zobaczyć ciekawy zabieg, jakim upamiętniono Joe Ranft’a. Jest nim kino, na ekranie którego pojawiły się filmy „Dawno temu w trawie”, „Potwory i Spółka” oraz „Toy Story” w wersji samochodowej.

 

Dawno temu w trawie          Potwory i spółka

 

Toy Story

 

Po zrobieniu przygotowań do artykułu, mogę także obalić jeden z dość popularnych mitów dotyczących „Potworów i Spółki”. Rzekomo na ścianie w pokoju Boo miał wisieć dość dwuznaczny rysunek przedstawiający mamę i wujka Rogera. W filmie jednak nie znalazłam żadnej sceny, która go ukazuje, więc jest to prawdopodobnie jeden z żartów internetowych śmieszków.

 

Rysunek

Komentarze obsługiwane przez CComment

Nowości - Fantastyka naszym okiem

               

magia

Przejawia się w kulturze od początków ludzkości, powstawała w różnych miejscach oraz ma wiele znaczeń i odmian, co sprawia, że jest nieprzeciętnie skomplikowana. Magia – co sprawiło, że ludzie stworzyli to pojęcie? Żeby je zrozumieć, należałoby starannie przestudiować wierzenia naszych przodków. Nietrudno jest się domyślić, że był to sposób na opisanie rzeczy niezwykłych i niezrozumiałych, z jakimi umysł człowieka w ciemnych latach nie mógł sobie poradzić. Były to zarówno siły natury jak również zjawiska nienaturalne, a raczej osobliwe przypadki, które w tamtych czasach wywoływały strach, nieobcy również nam jako lęk przed nieznanym. W takich okolicznościach był tylko jeden sposób, żeby ograniczyć grozę jaką ze sobą niosły. Nie mając zaplecza wiedzy, ludzie zaczęli wyjaśniać te niepojęte zjawiska za pomocą wyobraźni. Wiara w te wyobrażenia zapoczątkowała istnienie bóstw oraz magii czyli prób zapanowania nad nieznanym. Można by powiedzieć, że były to działania przeciwstawne do nauki. Ta sama wyobraźnia, która dziś pomaga nam zrozumieć działanie przeróżnych skomplikowanych mechanizmów, sprawiła, że utworzyliśmy zupełnie inną gałąź. Aktualnie potrafimy już wytłumaczyć co się dzieje wokół nas na tyle, że nie wierzymy w czary jako sposób oddziaływania na rzeczywistość. Oczywiście trwają badania nad umysłem człowieka, który lepiej wykorzystany mógłby obdarzyć nas wręcz magicznymi zdolnościami, jednak w chwili obecnej element wyobraźni jakim jest magia, ma charakter rozrywkowy i jest podwaliną światów fantastycznych. Ta długa droga, od straszliwych zabobonów i praktyk, do przyjemności jaką daje czas wolny spędzony na zabawie z fantastyką, mogłaby być tematem długiego wywodu naukowego. Z pewnością jeszcze będziemy do tego wracać, jednak tym razem spróbujmy znaleźć odpowiedź na pytanie: jak postrzegamy magię w dziełach fantastycznych, jest dobra czy zła?

Wiemy już, że wiara w czary powstała w wyniku strachu, co negatywnie odbija się na jej wizerunku. Zobaczmy jak przedstawiane są w kilku utworach literackich dzisiejszych czasów. Wszyscy znamy podział na białą i czarną magię. Biała jest dobra, a czarna jest zła. Proste nie? Otóż nie do końca. Na początek weźmy pod lupę mało skomplikowany przykład, czyli „Harrego Pottera” J. K. Rowling. Cała saga niewiele nam mówi oAvada Kedavra samej magii, chociaż akcja rozgrywa się w najwspanialszej szkole z tej dziedziny – Hogwarcie. Poznajemy sporo zaklęć oraz ich działanie, najważniejszy jest jednak wątek przygód naszego głównego bohatera. Mamy tu do czynienia ze standardowym schematem o którym już wspomniałem. Młodzi czarodzieje od swoich profesorów uczą się wykorzystywać dobre czary, oraz bronić przed tymi złymi, które reprezentują Voldemort i jego Śmierciożercy. Autorka daje nam jasną wskazówkę jak powinniśmy to odbierać. Przede wszystkim dobrzy magowie nie wykorzystują zaklęć niewybaczalnych, czyli uśmiercania, torturowania i przejmowania kontroli nad umysłem. Z pewnością ich skutek jest bezlitosny, lecz co kiedy stoimy przed wyborem – zostać zmasakrowanym wraz z ukochanymi osobami czy zabić Czarnego Pana i położyć kres śmierci i cierpieniom wielu ludzi? Możemy szukać lepszego rozwiązania, nie zawsze jednak jest nam dane znaleźć je na czas. Ostatecznie jest to jednak morderstwo. Jak wygląda sytuacja od drugiej strony? Czy użycie dobrego czaru uleczenia na Voldemorcie byłoby dobre? Jeśli ktoś to uczyni widząc go konającego, przyczyni się jednocześnie do dalszej wojny, w której ucierpią niewinni. Patrząc szerzej nawet tak neutralna i niewinna magia jak otwieranie zamków może przynieść różne skutki.

Zastanówmy się teraz nad nieco bardziej kontrowersyjnym rodzajem energii duchowej. Są ludzie, którzy poważnie obawiają się apokalipsy zombie. Nie chcę wcale zagłębiać się w ten temat, jednak wiążą się z tym strach i obrzydzenie jakie towarzyszą  również mocy ożywiania zwłok, czyli nekromancji. Chyba nie można powiedzieć o niezombiej nic dobrego. Jest wysoce nieetyczna o ile ożywionemu pozostanie świadomość, jeśli nie, to wciąż pozostaje odrażająca. W serii „Xanth” Piersa Anthony'ego widzimy to nieco inaczej. Armia umarlaków pod wodzą maga usiłuje uratować świat ludzi i dobrych stworzeń przed sprzymierzonymi siłami podstępnych potworów. Zombie walczą w dobrej sprawie, więc ich wizerunek jest zupełnie inny. Należy podkreślić, że w tym utworze nieżywym pozostaje cząstka świadomości i muszą pozostać w tym stanie już na wieki. Raczej nie znam ludzi, którzy pragnęliby takiego losu. Sam mag postanawia jednak po śmierci zostać zombie, gdyż wie, że istnieje sposób na całkowity powrót do świata żywych. W tej sytuacji nekromancja staje się magią życia i pomaga czarodziejowi odzyskać utraconą miłość. Jak widzimy granica między dobrem, a złem zaciera się również w tym przypadku. Każdy ma swoje zdanie na ten temat. Z jednej strony twierdzimy, że cel nie uświęca środków, z drugiej strony większość z nas byłaby zdecydowana zabić w obronie własnej i swoich bliskich, więc zostawiam ten temat do indywidualnej oceny.

Na koniec przedstawię sprawę w świetle cyklu „Miecz Prawdy” Terry'ego Goodkinda. W utworze magia podzielona jest na addytywną, czyli taką, która tworzy i rozbudowuje coś co już istnieje oraz subtraktywną, która jest przeciwieństwem tej pierwszej. Ten schemat nie wpasowuje się nijak w strukturę bieli i czerni. Magia w tym przypadku jest zdolna niemal do wszystkiego i tylko od maga zależy, czy będzie ona dobra, czy zła. Jest postrzegana jako narzędzie, tak jak młotek, którym możemy zbudować schronienie, albo kogoś uderzyć. Wszystko więc zależy od czarodzieja, który nią włada. Może on pomagać lub krzywdzić, bronić lub zabijać ludzi. Sam znajduje jej zastosowanie, tak więc to mag jest dobry lub zły. Ludzie zamieszkmagia jako narzędzieujący ten fantastyczny świat dzielą się na takich, którzy nie chcą mieć z magią nic wspólnego i dążą do jej zniszczenia oraz takich, którzy nie wyobrażają sobie bez niej życia. Zarówno pierwsi jak i drudzy mają mocne argumenty. Przed laty potężny czarnoksiężnik doprowadził do śmierci wielu niewinnych istot. Doprowadziło to do oddzielenia krainy, w której wszyscy mogli żyć bez magii. Z drugiej strony wiele dobrych stworzeń, które naturalnie miało w sobie magiczny dar, poczuło się zagrożone przez fanatyków.

Niełatwo jest jednoznacznie stwierdzić, który model jest prawidłowy. Czy magia jest dwubiegunowa i dąży do harmonii niczym yin yang, może jest neutralna i niektóre z jej działów są dobre lub złe? Do mnie chyba najbardziej przemawia opis magii, jako narzędzia w ręku istoty, której czyny mają znaczący wpływ na jej charakter. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?


WiedźminOd wielu lat kultura masowa zalewa nas postaciami wampirów, wilkołaków, zombie czy elfów. Pojawiają się one zarówno w literaturze, filmach, jak i grach. W większości reprezentują wierzenia i opowieści krajów zachodnich. Zapełniają strony baśni celtyckich, nordyckich, germańskich, lecz także Słowianie posiadają wiele, od niedawna powracających do łask, bestii i zjaw godnych naszej uwagi. Choć przez dziesięciolecia próbowano o nich zapomnieć, bo wiązały się z wiarą pogańską, to jednak dziś bogunki, rusałki, kikimory, biesy i płanetnicy coraz częściej znajdują swoje miejsce w kulturze popularnej.

Chyba najbardziej znanym, nie tylko w Polsce, lecz na całym świecie, dziełem poruszającym tematykę słowiańskich postaci jest „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego. Za książką, która okazała się świetną porcją fantastyki w rodzimym klimacie, poszedł serial, cykl gier, a także film, który niestety nie był w stanie dorównać pozostałym pozycjom. Dzięki Sapkowskiemu przenosimy się do czasów dawnych Słowian, gdy to Geralt wędrując po wioskach poluje na potwory.

Wspomniałam już o grze stworzonej na podstawie „Wiedźmina”, jednak nie jest ona jedyną, powstałą na bazie słowiańskich wierzeń. „Słowianie Nawija” to internetowe MMORPG oparte na bogatej w demony krainie naszych przodków. Powstało też coś dla fanów spotkań towarzyskich- „Slavika” to karcianka, która z  łatwością przenosi wyobraźnię uczestników do świata Południc, Wiedźm i Płanetników. Ze względu na szatę graficzną, jak i historię wojowników i upiorów toczących ze sobą boje, zasługuje na polecenie fanom gier i wszystkim miłośnikom fantastyki.

Kolejnym sposobem na przekazanie podań słowiańskich w popkulturze, stała się muzyka. Istnieje sporo zespołów, które zarówno tekstem,  jak i Donatan melodią wracają do kultury bliskiego nam ludu, a jest wśród nich, m.in. zespół Jar. Posiadające wiele odwołań do zjaw i bestii, choć mocniejsze brzmienia, tworzy Żywiołak. Również Lao Che, który tworzy muzykę alternatywną, całą płytę „Gusła” wypełnił upiorami nadbałtyckimi. W kontekście wierzeń słowiańskich w popkulturze, ciężko nie wspomnieć o Donatanie, mającym na swym koncie płytę „Równonoc”. Tu zdecydowanie warte obejrzenia są teledyski, które owiane są nawiązaniami do zjaw. W samej muzyce, choć zdecydowanie odnosi się ona do współczesności, pojawiają się wzmianki o demonach słowiańskich.

Powracając na chwilę do książek, warta uwagi jest powieść „Królowa Cieni” Marcusa Sedgwicka, w której, mimo iż nie w samej historii, lecz w epilogu, pojawia się nawiązanie do pochodzenia wampira.

Zaciekawiła mnie również pozycja polskich reżyserów: Kornela Danielewicza i Kamila Bernatka, którzy są w trakcie tworzenia horroru „Odludzie” mającego opierać się m.in. na wierze w demony słowiańskie.

Jak widać, coraz częściej można spotkać się z powrotami do dawnych obyczajów i religii Słowian promowanych w popkulturze. Dzięki takiej popularyzacji możemy przypomnieć sobie o naszej dawnej demonologii, która wcale nie była gorsza od zombie czy elfów dostarczanych nam w dziełach zachodnich. Warto czasem sięgnąć po rodzime historie, bo „cudze chwalimy,a swego nie znamy”.

Każdy, kto choć raz obejrzał animację Tima Burtona, na pewno się ze mną zgodzi, że jego twórczość ma swój wyjątkowy klimat. Gnijąca panna młodaOd pierwszych sekund jesteśmy wciągani w świat Burtonowskiej wyobraźni, która odkrywa przed nami mroczne, posiadające charakterystyczny wygląd postacie. Jednak nie tylko one wyróżniają się w owych dziełach, również wątek każdej z historii jest specyficzny, gdyż zahacza w mniejszym bądź większym stopniu o śmierć. Nie wspominając  o ukazanym świecie, który to, przez cały czas, raczy nas awangardą. Większość filmów animowanych słynnego reżysera stworzona jest z myślą o dzieciach w wieku od 7, bądź też od 12 lat. Zastanawia mnie jednak czy taka twórczość, aby na pewno jest odpowiednia dla młodych ludzi? Żeby to sprawdzić postanowiłam jeszcze raz pochylić się nad trzema animacjami wprost ze scenariusza Tima Burtona, są nimi: „Gnijąca panna młoda” (2005 r.), „Frankenweenie” (2012 r.) oraz „Koralina i tajemnicze drzwi” (2009 r.).

Na początek zastanówmy się nad „Gnijącą panną młodą”. Jej świat osadzony jest w dwóch miejscach- krainie żywych i umarłych. Obie z nich charakteryzuje dość ponury klimat, jednak, co dziwne, to podziemie pełne ruchliwych trupów jest weselsze niż pozornie szczęśliwy świat tętniący życiem. Mieszkańcy górnego „piętra” prezentują się dość smutno, a ich otoczenie maluje się w szarych barwach. Już na samym początku wita nas niezwykła monotonia: człowiek zamiatający drogę w rytm cykania zegarów czy rybacy oporządzający ryby. Cała scenografia i ukazane postaci otoczone są brudem i przygnębieniem. Kraina umarłych przedstawiona jest w zupełnie przeciwny sposób- tętni kolorami, a zewsząd rozlegają się odgłosy zabawy. Zamieszkujące ją szkielety, zombie i inne indywidua są cały czas uśmiechnięte i „pełne życia”. Czy Burton nie posunął się za daleko igrając ze śmiercią w tak lekki sposób? Samo ukazanie sposobu umierania jest dość delikatne. Osoby odchodzące na świat „u dołu” zmieniają kolor skóry na niebieski pozostając w takim stanie jak za życia.

 A co z głównymi bohaterami, którzy jednak odgrywają dość istotną rolę w postrzeganiu całej animacji? Zarówno Victor, Victoria, jak i Emily charakteryzują się niezwykłą wrażliwością, której brakuje pozostałym osobistościom. Mimo dość istotnej rzeczy, która ich dzieli, mianowicie stanu życia w jakim się znajdują, potrafią odnaleźć wspólny język. Victor, będący niezwykle roztrzepanym i niezdarnym młodym mężczyzną, przez swoją nieuwagę oświadcza się nieżywej Emily, mimo iż kolejnego dnia miał brać ślub z przypisaną mu przez rodziców Victorią. Poplątana historia? Cóż, Burton nie lubi prostych rozwiązań. Skupmy się jednak na wyglądzie naszych bohaterów. Na początek Victoria, która wygląda najbardziej „ludzko”. Zamieszkuje ona świat żywych, więc nic dziwnego, że nie posiada cech nieboszczki. Zdaje się być bardziej energiczna niż pozostali bohaterowie żyjący w krainie „na górze”. Co do Victora, który stał się prowodyrem całego zamieszania, cechuje go niezwykle szczupła sylwetka, bladość i chorobliwie podkrążone oczy. Jest on idealnym łącznikiem między dwoma przedstawionymi światami. To on prowadzi nas do Emily- gnijącej panny młodej, która tuż przed swoim ślubem została zamordowana przez swojego narzeczonego. Już sam wątek może być przerażający, a dochodzi jeszcze nieco demoniczny wygląd dziewczyny. Jak większość umarłych ma ona niebieską skórę. Chodzi w podartej i brudnej sukni ślubnej, którą miała na sobie w dniu śmierci. Jedna z dziur odsłania jej bogate wnętrze, i to dosłownie, gdyż uwydatnia nagie żebra. Duże oczy dziewczyny są niezwykle ruchliwe, jedno z nich co jakiś czas wypada, a w głowie zamieszkuje sympatyczny lokator- czerw, który w historii staje się poniekąd żywym sumieniem naszej bohaterki. Mimo odstraszającego wyglądu po pewnym czasie budzi sympatię. Uważam jednak, że młodszych widzów postać Emily może przestraszyć. Choć sympatyczna, balansuje zbytnio na granicy życia i śmierci. Faktem jest, że owa granica w animacjach amerykańskiego reżysera praktycznie nie istnieje, co wyróżnia go pośród innych i nadaje mu niepowtarzalny styl. Czy mimo wszystko dzieci oglądające takie kino nie są za małe na abstrakcję, którą im się serwuje?

Sama historia ukazana w „Gnijącej pannie młodej” również może przestraszyć: tańczące trupy, dążący tylko do uzyskania majątku rodzice Victorii i odstraszający zabójca żon, nie są tematami prostymi. Jednak jak w każdej historii pojawia się morał, który jest godny zapamiętania. Według mnie najważniejszymi wnioskami, które możemy wyłuskać z animacji są: wiara w prawdziwą miłość, której nie da się pozbyć i której nie powinno się zwalczać i świadomość, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne jest również, by pamiętać, iż nie da się nikogo zmusić do uczucia, jeśli nas nim nie darzy.

Kolejną wartą poznania animacją jest „Frankenweenie”. Film osadzono w szarościach jak wcześniejsze dzieła Burtona. Jego akcja rozgrywa się w małym miasteczku, które samo w sobie nie jest przygnębiające, jak to miało miejsce w „Gnijącej pannie młodej”. PFrankenweenieoznajemy głównie mieszkające w nim dzieci, które łączy wspólna pasja do nauki i chęć wygrania jednego z konkursów, a także ogromna miłość do swych zwierząt. Pośród nich wyróżniają się szczególnie dwie postaci: Igor, który przypomina pomocnika dr Frankensteina oraz mała właścicielka kota o imieniu Pusiaczek posiadająca ogromne, wpatrzone w głąb człowieka oczy. Jest jeszcze nasz główny bohater- Victor Frankenstein. Myślę, że nawiązanie do nazwiska słynnego doktora z horrorów nie jest przypadkowe. Mały Victor jest dzieckiem zamkniętym w sobie, ma swój świat nauki i filmu oraz najlepszego przyjaciela- Korka. Mimo swej psiej natury Korek jest jego jedyną, poza rodzicami, bliską istotą. Niefortunne zdarzenie sprawia jednak, że psiak ginie, a nasz mały naukowiec, kierowany wiedzą wyniesioną ze szkoły, postanawia go ożywić, co mu się, o dziwo, udaje. Pech sprawia, że dowiadują się o tym inne dzieci, które budzą do świata żywych inne zwierzęta, nieświadomie tworząc z nich potwory. Już sama fabuła filmu balansująca, kolejny raz, na pograniczu życia i śmierci, nie do końca przeznaczona jest dla dzieci. Jednak reżyser postanowił posunąć się o krok dalej i dostarczyć nam mocnych wrażeń w postaci wykopywania zwierzęcych zwłok na cmentarzu, dość brutalnej śmierci pana Pusiaczka, który zamienił się w latającą bestię, a także wyskakującego zza ściany zmutowanego szczura. Tak oto bajka przeznaczona dla widzów od 7, bądź od 10 lat, staje się straszakiem, który potrafi zaskoczyć niejednego dorosłego. Film zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych dzieci i dla widzów o słabych nerwach. Klimat Burtonowski zdecydowanie został w nim utrzymany. Jak w każdej historii, tak i w tej  zawarty został morał, który mówi, że wszystko co robimy powinno mieć właściwe pobudki. Oglądając pierwszy raz „Frankenweeniego” myślałam, iż pozwoli on pogodzić się z odejściem bliskiej osoby i pokaże śmierć jako coś naturalnego, co musimy zaakceptować. Tu Burton poszedł jednak krok dalej i na koniec filmu ożywił Korka. Pewien morał uciekł z historii, lecz mamy w niej szczęśliwe zakończenie zdecydowanie lepsze dla młodszych widzów.

Jednak to wszystko było jedynie moją subiektywną opinią. Jestem świadoma tego, że odczucia dzieci po obejrzeniu owych filmów znacznie różnią się od moich, gdyż pierwszy z nich obejrzałam może cztery lata temu, więc byłam dużo starsza od docelowej grupy widzów. Postanowiłam więc zasięgnąć opinii najmłodszych i trochę przeszukać sieć w celu odkrycia wrażeń jakie zrodziły się w dzieciach po obejrzeniu animacji. „Frankenweenie”, który zaklasyfikowano jako film dla dzieci od 7, bądź 10 lat w zależności od źródła informacji, dorosłym fanom Tima Burtona przypadł do gustu, jednak dzieci wystraszyły się już samego zwiastunu. Choć animacja zdecydowanie jest warta obejrzenia, to jednak młodsi odbiorcy mogą mieć problem z wyłuskaniem jej przekazu. Wrażliwi na bodźce widzowie, przez atmosferę grozy i mroczne sceny, wystawiani są na próbę. Co dziwne, „Gnijąca panna młoda”, która widnieje jako film od 12 roku życia, zdaje się być delikatniej ukazaną historią niż „Frankenweenie”. Dlatego też protesty pod jej nazwą nie są tak zaognione.

 

Zgadzam się, że część z filmów Burtona przeznaczonych dla dzieci powinna mieć podniesiony wiek widza. Jednocześnie jestem zdania, iż animacje te są jak najbardziej warte obejrzenia, bo zawierają cenny morał, a sama historia ukazana jest w zupełnie odmienny sposób niż bajki Disney’owskie. Choć nie dla odbiorców o słabych nerwach, to jak najbardziej godne uwagi. Nawet nieco starsze dzieci nie powinny mieć problemu z formą owych filmów. Analiza Burtonowskich animacji daje nam jednak podstawy do twierdzenia, że nie każda bajka, nie każdy film animowany nadaje się dla dzieci. A może to tylko nasze dorosłe uprzedzenia nie pozwalają nam podać najmłodszym czegoś zupełnie innego niż wesołe, rozmowne zwierzęta i księżniczki? 


Merida Waleczna i błędny ognikBłędne ogniki znane były w różnych kulturach od wieków. Bardzo często wierzono, że strzegą ukrytych skarbów, wskazują zagubionym wędrowcom właściwą drogę lub przeciwnie, gubią ścieżki spacerującym po lesie ludziom. W wierzeniach Słowian pojawiają się one jako dusze chłopców i dziewczynek z nieprawego łoża, które zaklęte zostały w ognie, co miało zniechęcać pary do rozwiązłego życia. Gdzie najczęściej je widywano? Wszędzie tam, gdzie było wilgotno- na mokradłach, bagnach, w okolicy jezior czy też w lasach. Dziś spotykamy się z nimi głównie w dziełach fantastycznych, które chętnie czerpią z dawnych wierzeń.

Ogniki pojawiają się we „Władcy Pierścieni: Dwie Wieże” J.R.R. Tolkiena, kiedy to natykają się na nie Frodo i Samwise wędrujący wraz z Gollumem po Martwych Bagnach. Nazywane są „świecami umarłych”, ponieważ znajdują się w miejscu pełnym martwych ciał. „Świece” te zwodzą wędrowców, by sięgnęli zwłok leżących w wodzie, a tym samym podzielili ich los.

Motyw ogników pojawia się również w bajkowej „Meridzie Walecznej”. Główna bohaterka natyka się na nie podczas wędrówki po lesie. Prowadzą ją do domu czarownicy, która niejako spełniając prośbę dziewczyny, zamienia jej matkę w niedźwiedzicę. W tym przypadku trudniej niż we „Władcy Pierścieni” stwierdzić czy ich rola była negatywna czy pozytywna, bo spełniły życzenie Meridy prowadząc ją do miejsca przeznaczenia, jednocześnie sprowadzając na nią kłopoty. Same ogniki też nie wyglądają mrocznie, raczej intrygująco.

Ich postaci bardzo często pojawiają się w grach komputerowych. Doskonałym przykładem jest chociażby „Wiedźmin”, który garściami czerpie ze słowiańskiej kultury. Tu motyw błędnych ogników pojawia się zarówno w grach, jak i książkach. Dla łowcy zjaw nie są one niczym niezwykłym, ot często obserwowanym na bagnach zjawiskiem.

Istoty te znalazły swoje miejsce także w grach przeglądarkowych, takich jak: „Margonem”, „Taern” czy „Drakensang”, w grach karcianych- „Slavika. Równonoc”, czy RPG, np. „Marant”.

Postać błędnego ognika, co ciekawe, przewinęła się również w jednej z krótkometrażowych animacji z serii „Auta”, w której to Złomek nastraszony przez kolegów ucieka przed nieprawdziwą zjawą. Jednak nie to w całej historii jest kluczowe, lecz opis ognika. Jak dowiadujemy się, nie jest on wcale sympatyczny, a wręcz przeciwnie- zły i żądny olejów silnikowych!Martwe Bagna-

Jak widać, błędne ogniki zagrzały sobie miejsce w dziełach fantasy, zarówno w filmach, jak i grach, a nawet książkach. Ich wydźwięk, w większości sytuacji, ma charakter czysto fantastyczny. Jednak w każdej bajce jest ziarno prawdy. W przypadku ogników jest to worek ziarna, ponieważ widywano je naprawdę. Tak, tak, były to światła występujące w przyrodzie na porządku dziennym. Powstawały wskutek samozapłonu gazów wydobywających się z gnijących już szczątków roślin, a także zwierząt. Niekiedy ognikami nazywano też latające w ciemności świetliki, u których występuje zjawisko bioluminescencji.

Fantastyczne czy zupełnie prawdziwe, jakby nie patrzeć, błędne ogniki pojawiają się w wielu formach fantastyki, co dowodzi, że nawet dość odległe wierzenia znajdują nadal swoje miejsce we współczesnej twórczości. A czasem warto zagłębić się w ich źródła, bo mogą nas nie raz zaskoczyć!

Postanowiłem dzisiaj napisać o czymś, o czym większość z Was już pewnie słyszała, niemniej jednak jest to temat dla fanów szeroko pojętej fantastyki wyjątkowo ciekawy, ponieważ dotyczy dwóch odrębnych zwykle gatunków: fantasy i fantastyki naukowej. Mowa o Legendach Polskich wypuszczanych do sieci przez najpopularniejszy polski serwis aukcyjny - Allegro.

Pierwszy film z serii – Smok miał premierę na Youtube 30 listopada 2015. Kilka dni wcześniej natomiast mieliśmy okazję zapoznać się ze zwiastunem. Przyznam szczerze, że nie od razu kupił mnie ten pomysł i nie bardzo załapałem początkowo o co w tym wszystkim chodzi. No, bo niby mamy Kraków, Kościół Mariacki, w tytule jest smok, a tu zamiast smoka widzimy jakąś wojskową maszynę latającą i przykrego pana, który wygląda jak jeden z naczelnych czarnych charakterów przełomu lat 80. i 90. - Dolph Lundgren. Przechodząc już do samego filmu, stanowi on połączenie starego z nowym. Osią fabuły jest dobrze znana historia smoka wawelskiego opowiedziana w całkowicie nowoczesny sposób, co oznacza tyle, że uświadczymy w filmie m.in. psa-robota, androida i inne wynalazki przyszłości. Historia ma wartkie tempo, jak w rasowym filmie akcji, animacje stoją na wysokim poziomie, a całość okraszona jest lekką dozą humoru i wątkiem romantycznym. 

 

djembed

 

Na drugi ogień, po krótkim odstępie czasu (15 grudnia), poszła legenda o Panu Twardowskim. Film od razu zaczyna się mocnym akcentem – przejażdżka po powierzchni Księżyca w rytm piosenki Wszystko chuj wywołuje niesamowite wrażenie, chyba ze względu na tak frywolne połączenie niedostępnego dla większości kosmosu ze swojskim wulgaryzmem. O ile Smok mi się podobał, tak Twardowsky wbił mnie w fotel. Świetne role Roberta Więckiewicza i Aleksandry Kasprzyk, niesamowite animacje, dobra dawka humoru i znane polskie przeboje sprawiają, że największą wadą filmu jest to, że jest tak krótki.

 

djembed

 

Ku uciesze mojej i innych fanów produkcji, poznaliśmy także dalszą część historii Twardowskiego, na którą jednak musieliśmy poczekać do września niedawno zakończonego roku. Tym razem jednak zamiast 9 minut, dostaliśmy aż 20 (18 nie licząc napisów, po których mamy jeszcze krótką scenę), ze wszystkimi elementami, które tak dobrze sprawdziły się poprzednim razem. Dodatkowo twórcy zaserwowali nam niezły zwrot akcji, a po drodze przedstawili nam trochę swoje uniwersum i  głównego antagonistę - Borutę. Owocem filmu była również nowa wersja piosenki Aleja Gwiazd za którą stoi jeden z najbardziej znanych polskich producentów Matheo i piosenkarka Anna Karwan. Możemy ją usłyszeć w napisach końcowych, po kilku dniach od filmu został również opublikowany teledysk do niej, który przedstawia historię Lucynki granej przez Kasprzyk.

 

djembed

 

djembed

 

Kolejny film – Operacja Bazyliszek pojawił się w listopadzie. Tym razem w rolach głównych dobrze znani Paweł Domagała i Olaf Lubaszenko. Ich postacie wzbudzają sympatię swoją prostolinijnością podczas rozmowy na typowym męskim wypadzie na ryby, suto zakrapianym alkoholem.Poza tym scenariusz przypomina trochę ten ze Smoka, jest wątek miłosny, potwór do pokonania i postać pomysłowego i odważnego Polaka, która zresztą jest chyba głównym elementem łączącym filmy. Miło, kiedy twórcy filmowi dla odmiany chcą żebyśmy, jako naród, byli z siebie dumni. Różnicę stanowi tutaj potwór – bazyliszek jest całkiem prawdziwy. Tradycyjnie już na wysokim poziomie animacja, humor, dialogi... nie za bardzo jest się czego przyczepić. Ah, zapomniałbym o muzyce... tu również standardowo dobrze, Matheo tym razem połączył siły z Andrzejem Donarskim w odświeżonej wersji Mój jest ten kawałek podłogi, co zaowocowało kolejnym teledyskiem, w którym możemy poznać historię postaci Eugeniusza granego przez Lubaszenkę.

 

djembed

 

djembed

 

Póki co, ostatni film z serii to grudniowa Jaga, nawiązująca do historii Baby Jagi. Choć w tej wersji to bynajmniej nie stara, zmarszczona i ohydna czarownica, ale ktoś w rodzaju młodej i pięknej bogini przyrody. Scenę, w której niczym w Matrixie w spowolnionym tempie nokautuje przeciwników, ciężko mi ująć innym słowami niż „wow, niesamowite”. Choć nie zabrakło elementów humorystycznych, tym razem twórcy uderzyli w poważniejsze tony. Dali nam też wyraźne wskazówki, że w następnej części powinna pojawić się postać Peruna, która jest zagrożeniem dla Boruty. Ogólnie powinno dziać się sporo, obyśmy na kolejne legendy nie musieli znów czekać do września. Choć, nawet jeśli, to już i tak mamy sporo. Jaga również doczekała się teledysku i to mrożącego krew w żyłach.

 

djembed

 

djembed

 

W aspekcie marketingowym, Legendy Polskie to świetny przykład budowania marki poprzez opowiadanie historii - storytelling. Natomiast dla zwykłego widza jest to przede wszystkim rozrywka na najwyższym poziomie. Pod każdym filmem odnajdziemy prośby o stworzenie filmu pełnometrażowego i nie ma się co dziwić, twórcy znaleźli idealną receptę na połączenie tradycji z nowoczesnością, dodając do tego szczyptę przaśnego polskiego humoru, a wszystko to zostało "ugotowane" przez czołowe nazwiska polskiej kinematografii. Gdyby pełnoprawny film powstał i choć zbliżył się poziomem do krótkich filmów dotąd stworzonych, byłby produkcją przyćmiewającą większość obrazów powstałych w ciągu całej historii rodzimego kina. Pomijając już świetną fabułę, grę aktorską, dialogi, muzykę i całą resztę, poziom animacji komputerowych i efektów jest czymś, czego w filmach nad Wisłą nigdy nie uświadczyliśmy, dość wspomnieć z jakimi przeciwnikami mierzył się Żebrowski - Geralt w filmie z 2001 roku, o którym zdecydowana większość fanów Wiedźmina wolałaby zapomnieć. A propos, scenarzystą Legend Polskich jest dobrze znany twórca animacji Tomasz Bagiński. Wielu powinno ucieszyć, że jest on w trakcie produkcji... Wiedźmina właśnie.

Osobiście odnoszę wrażenie, że w tych krótkich filmach mamy wszystko to, czego moglibyśmy oczekiwać od filmu o polskim pogromcy potworów, w końcu więc mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Oczywiście pojawiają się też wątpliwości. Wiedźmin ma zostać zrealizowany z pomocą amerykańskiej wytwórni Sean Daniel Company, odpowiedzialnej za raczej średnio oceniane filmy, jak trzecia część Mumii czy Ben-Hurz 2016 roku. W dodatku do napisania scenariusza została wybrana amerykanka Thania St. John,która do tej pory pisała scenariusza głównie do niespecjalnie ambitnych seriali młodzieżowych, takich jak Buffy: Postrach wampirów czy Roswell: W kręgu tajemnic. Rodzą się obawy, czy film będzie miał odpowiedni klimat, czy nasza chluba narodowa nie zostanie zamerykanizowana i odarta ze swej słowiańskości i wyjątkowego charakteru. Miejmy nadzieję, że pan Bagiński przypilnuje żeby tak się nie stało. Zdarzają się przecież czasem takie przypadki jak Peter Jackson – człowiek, który po kiepskich filmach stworzył jedną z najlepszych trylogii w historii kina. Różnica jest chyba jednak taka, że, jeśli dobrze pamiętam, Jackson był wielkim fanem twórczości Tolkiena, a panią John nie podejrzewam o bycie fanką Sapkowskiego.

Chyba jednak największym problemem tej produkcji jest fakt, że pierwsze informacje o niej pojawiły się już w 2015 roku, data premiery nadal jest ustalona na rok obecny, a tymczasem nie mamy żadnych nowych doniesień, nie wiadomo więc, czy Wiedźmin nie umrze na etapie produkcji. W każdym razie życzę sobie i Wam, żebyśmy dostali świetny film o Wiedźminie i jak najwięcej kolejnych Legend Polskich, a może nawet jakiś pełnometrażowy film? :>


HoverboardScience fiction od zawsze ukazywało nam alternatywny, najczęściej futurystyczny świat, w którym aż roiło się od niezwykłych wynalazków. Latające pojazdy, machiny przenoszące w czasie, czy wielofunkcyjne roboty, to tylko niektóre z gadżetów przewijających się przez ten gatunek filmów i książek. We wcześniejszych artykułach opisałam fenomen wehikułu czasu i teleportacji, więc teraz skupię się na innych, przyszłościowych patentach.

Większość z Was pewnie kojarzy filmy z serii „Powrotu do przyszłości” Roberta Zemeckisa. Zeszłego roku, dokładnie 21 października, miało miejsce dość znaczące dla fanów owego sci-fi wydarzenie. Tego dnia bowiem, Marty i Doc znaleźli się w przyszłości. Nie sposób nie zauważyć, że świat pokazany w filmie zdecydowanie odbiegał od tego, którego doświadczamy na własnej skórze.

Choć od 1989 roku technologia zrobiła ogromne postępy, to nadal na ulicach nie spotkamy tak promowanych w filmie Hoverboard’ów. Czy jednak nie poczyniono prób ich wykonania?

Dla wielbicieli „Powrotu do przyszłości” mam bardzo dobrą wiadomość. W sierpniu 2015 r., firma Lexus ukazała światu swoje dzieło rodem z fikcji naukowej. Jest nim lewitująca na 4 cm deska bambusowa z wbudowanymi magnesami i nadprzewodnikami, które dzięki ogromnemu chłodzeniu za pomocą ciekłego azotu są w stanie pokonać grawitację. Jednakże nie jest to możliwe bez specjalnego, magnetycznego podłoża. Mimo, iż deska nie pozwala, póki co, na jazdę po ulicach, a sam Lexus stworzył dopiero jej prototyp, to niezaprzeczalnie jest to olbrzymi ukłon w stronę jeszcze większego rozwoju technologii.Powrót do przyszłości

Pozostańmy przy temacie latania. W „Powrocie do przyszłości”, jak również w wielu innych dziełach science fiction, pojawiają się latające samochody i podobne im maszyny. Napędzane paliwem rakietowym, czy kosmiczną energią, cudeńka potrafiły „jeździć” po niebie, niczym po asfalcie.

Dziś motoryzacja rozwinęła się na tyle, że mamy samochody elektryczne, ułatwiające nam jazdę w każdej możliwej sytuacji, a nawet potrafiące pływać- amfibie. A jak wygląda sprawa podniebnych podróży? Całkiem nieźle, bo choć nie mamy latających aut, to powstają projekty takowych. Jednym z nich jest Helimac, który miałby zostać stworzony w Polsce. Swym wyglądem przypominać ma nieco gokarta z wiatrakami, które tak naprawdę są silnikami mającymi umożliwić maszynie wzbicie się w przestworza.

 A.I. Sztuczna inteligencjaOdnośnie maszyn, dość znaczącą kwestię stanowią roboty, które wyglądem przypominają, niemalże w stu procentach, człowieka. Takie wynalazki pojawiają się m.in. w książce „Hurysy z katalogu” Edwarda Guziakiewicza, czy w filmie „A.I. Sztuczna inteligencja” Stevena Spielberga. W obu przypadkach, roboty miały  głównie zabawiać ludzi i dotrzymywać im towarzystwa. Ukazane w dziełach „żywe maszyny” miały być zaprogramowane na uczucia, lecz same ich nie odczuwać.

Czy w dzisiejszych czasach, stworzenie ludzkiego robota jest możliwe? Jak najbardziej! Co więcej, od dobrych kilku, a nawet kilkunastu lat konstruowane są takie maszyny. W badaniach nad humanoidalnymi robotami przoduje Japonia. To w niej powstają, zarówno ukierunkowane na odpowiednie odwzorowanie motoryki ciała, jak i mimiki twarzy, dzieła technologiczne. W tej dziedzinie najbardziej rozwinięte okazują się firmy: Kawada, Toyota i Honda, których roboty niebezpiecznie przypominają ludzi. Znaczna część z nich ukierunkowana jest tak, jak filmowe i książkowe maszyny, na towarzyszenie i pomoc ludziom w domowych warunkach.

 

Jednak, czy możliwa jest też przewijająca się często w science fiction wizja opanowania przez sztuczną inteligencję świata? Nie wiadomo, w końcu technologia z każdym dniem szybciej galopuje do przodu, tworząc coraz to sprytniejsze gadżety.

 

Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądają takie humanoidalne roboty, koniecznie zobaczcie Robo- Einsteina o bardzo rozwiniętej mimice:

 

djembed

 

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
środa, październik 17, 2018