szukajka

Solutions4ad - Vikings War of Clans

Legendy polskie

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Postanowiłem dzisiaj napisać o czymś, o czym większość z Was już pewnie słyszała, niemniej jednak jest to temat dla fanów szeroko pojętej fantastyki wyjątkowo ciekawy, ponieważ dotyczy dwóch odrębnych zwykle gatunków: fantasy i fantastyki naukowej. Mowa o Legendach Polskich wypuszczanych do sieci przez najpopularniejszy polski serwis aukcyjny - Allegro.

Pierwszy film z serii – Smok miał premierę na Youtube 30 listopada 2015. Kilka dni wcześniej natomiast mieliśmy okazję zapoznać się ze zwiastunem. Przyznam szczerze, że nie od razu kupił mnie ten pomysł i nie bardzo załapałem początkowo o co w tym wszystkim chodzi. No, bo niby mamy Kraków, Kościół Mariacki, w tytule jest smok, a tu zamiast smoka widzimy jakąś wojskową maszynę latającą i przykrego pana, który wygląda jak jeden z naczelnych czarnych charakterów przełomu lat 80. i 90. - Dolph Lundgren. Przechodząc już do samego filmu, stanowi on połączenie starego z nowym. Osią fabuły jest dobrze znana historia smoka wawelskiego opowiedziana w całkowicie nowoczesny sposób, co oznacza tyle, że uświadczymy w filmie m.in. psa-robota, androida i inne wynalazki przyszłości. Historia ma wartkie tempo, jak w rasowym filmie akcji, animacje stoją na wysokim poziomie, a całość okraszona jest lekką dozą humoru i wątkiem romantycznym. 

 

 

Na drugi ogień, po krótkim odstępie czasu (15 grudnia), poszła legenda o Panu Twardowskim. Film od razu zaczyna się mocnym akcentem – przejażdżka po powierzchni Księżyca w rytm piosenki Wszystko chuj wywołuje niesamowite wrażenie, chyba ze względu na tak frywolne połączenie niedostępnego dla większości kosmosu ze swojskim wulgaryzmem. O ile Smok mi się podobał, tak Twardowsky wbił mnie w fotel. Świetne role Roberta Więckiewicza i Aleksandry Kasprzyk, niesamowite animacje, dobra dawka humoru i znane polskie przeboje sprawiają, że największą wadą filmu jest to, że jest tak krótki.

 

 

Ku uciesze mojej i innych fanów produkcji, poznaliśmy także dalszą część historii Twardowskiego, na którą jednak musieliśmy poczekać do września niedawno zakończonego roku. Tym razem jednak zamiast 9 minut, dostaliśmy aż 20 (18 nie licząc napisów, po których mamy jeszcze krótką scenę), ze wszystkimi elementami, które tak dobrze sprawdziły się poprzednim razem. Dodatkowo twórcy zaserwowali nam niezły zwrot akcji, a po drodze przedstawili nam trochę swoje uniwersum i  głównego antagonistę - Borutę. Owocem filmu była również nowa wersja piosenki Aleja Gwiazd za którą stoi jeden z najbardziej znanych polskich producentów Matheo i piosenkarka Anna Karwan. Możemy ją usłyszeć w napisach końcowych, po kilku dniach od filmu został również opublikowany teledysk do niej, który przedstawia historię Lucynki granej przez Kasprzyk.

 

 

 

Kolejny film – Operacja Bazyliszek pojawił się w listopadzie. Tym razem w rolach głównych dobrze znani Paweł Domagała i Olaf Lubaszenko. Ich postacie wzbudzają sympatię swoją prostolinijnością podczas rozmowy na typowym męskim wypadzie na ryby, suto zakrapianym alkoholem.Poza tym scenariusz przypomina trochę ten ze Smoka, jest wątek miłosny, potwór do pokonania i postać pomysłowego i odważnego Polaka, która zresztą jest chyba głównym elementem łączącym filmy. Miło, kiedy twórcy filmowi dla odmiany chcą żebyśmy, jako naród, byli z siebie dumni. Różnicę stanowi tutaj potwór – bazyliszek jest całkiem prawdziwy. Tradycyjnie już na wysokim poziomie animacja, humor, dialogi... nie za bardzo jest się czego przyczepić. Ah, zapomniałbym o muzyce... tu również standardowo dobrze, Matheo tym razem połączył siły z Andrzejem Donarskim w odświeżonej wersji Mój jest ten kawałek podłogi, co zaowocowało kolejnym teledyskiem, w którym możemy poznać historię postaci Eugeniusza granego przez Lubaszenkę.

 

 

 

Póki co, ostatni film z serii to grudniowa Jaga, nawiązująca do historii Baby Jagi. Choć w tej wersji to bynajmniej nie stara, zmarszczona i ohydna czarownica, ale ktoś w rodzaju młodej i pięknej bogini przyrody. Scenę, w której niczym w Matrixie w spowolnionym tempie nokautuje przeciwników, ciężko mi ująć innym słowami niż „wow, niesamowite”. Choć nie zabrakło elementów humorystycznych, tym razem twórcy uderzyli w poważniejsze tony. Dali nam też wyraźne wskazówki, że w następnej części powinna pojawić się postać Peruna, która jest zagrożeniem dla Boruty. Ogólnie powinno dziać się sporo, obyśmy na kolejne legendy nie musieli znów czekać do września. Choć, nawet jeśli, to już i tak mamy sporo. Jaga również doczekała się teledysku i to mrożącego krew w żyłach.

 

 

 

W aspekcie marketingowym, Legendy Polskie to świetny przykład budowania marki poprzez opowiadanie historii - storytelling. Natomiast dla zwykłego widza jest to przede wszystkim rozrywka na najwyższym poziomie. Pod każdym filmem odnajdziemy prośby o stworzenie filmu pełnometrażowego i nie ma się co dziwić, twórcy znaleźli idealną receptę na połączenie tradycji z nowoczesnością, dodając do tego szczyptę przaśnego polskiego humoru, a wszystko to zostało "ugotowane" przez czołowe nazwiska polskiej kinematografii. Gdyby pełnoprawny film powstał i choć zbliżył się poziomem do krótkich filmów dotąd stworzonych, byłby produkcją przyćmiewającą większość obrazów powstałych w ciągu całej historii rodzimego kina. Pomijając już świetną fabułę, grę aktorską, dialogi, muzykę i całą resztę, poziom animacji komputerowych i efektów jest czymś, czego w filmach nad Wisłą nigdy nie uświadczyliśmy, dość wspomnieć z jakimi przeciwnikami mierzył się Żebrowski - Geralt w filmie z 2001 roku, o którym zdecydowana większość fanów Wiedźmina wolałaby zapomnieć. A propos, scenarzystą Legend Polskich jest dobrze znany twórca animacji Tomasz Bagiński. Wielu powinno ucieszyć, że jest on w trakcie produkcji... Wiedźmina właśnie.

Osobiście odnoszę wrażenie, że w tych krótkich filmach mamy wszystko to, czego moglibyśmy oczekiwać od filmu o polskim pogromcy potworów, w końcu więc mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Oczywiście pojawiają się też wątpliwości. Wiedźmin ma zostać zrealizowany z pomocą amerykańskiej wytwórni Sean Daniel Company, odpowiedzialnej za raczej średnio oceniane filmy, jak trzecia część Mumii czy Ben-Hurz 2016 roku. W dodatku do napisania scenariusza została wybrana amerykanka Thania St. John,która do tej pory pisała scenariusza głównie do niespecjalnie ambitnych seriali młodzieżowych, takich jak Buffy: Postrach wampirów czy Roswell: W kręgu tajemnic. Rodzą się obawy, czy film będzie miał odpowiedni klimat, czy nasza chluba narodowa nie zostanie zamerykanizowana i odarta ze swej słowiańskości i wyjątkowego charakteru. Miejmy nadzieję, że pan Bagiński przypilnuje żeby tak się nie stało. Zdarzają się przecież czasem takie przypadki jak Peter Jackson – człowiek, który po kiepskich filmach stworzył jedną z najlepszych trylogii w historii kina. Różnica jest chyba jednak taka, że, jeśli dobrze pamiętam, Jackson był wielkim fanem twórczości Tolkiena, a panią John nie podejrzewam o bycie fanką Sapkowskiego.

Chyba jednak największym problemem tej produkcji jest fakt, że pierwsze informacje o niej pojawiły się już w 2015 roku, data premiery nadal jest ustalona na rok obecny, a tymczasem nie mamy żadnych nowych doniesień, nie wiadomo więc, czy Wiedźmin nie umrze na etapie produkcji. W każdym razie życzę sobie i Wam, żebyśmy dostali świetny film o Wiedźminie i jak najwięcej kolejnych Legend Polskich, a może nawet jakiś pełnometrażowy film? :>

Komentarze obsługiwane przez CComment

Nowości - Fantastyka naszym okiem


Kopciusze""Kto z Was będąc dzieckiem nie słuchał czytanych do poduszki „Baśni” braci Grimm? Kto z uśmiechem nie wspomina przygód Czerwonego Kapturka, Śnieżki czy Kopciuszka. Każda z tych baśni, w formie przekazywanej nam w dzieciństwie, miała cudowne zakończenie, w którym sprawiedliwość i dobroć głównych bohaterów zwyciężała każde zło. Nieprzyjemne dla młodego czytelnika fragmenty, takie jak pożarcie przez wilka Kapturka i Babci, czy też siedmiu koźlątek złagodzono, tak by nie napędzić mu zbytnio stracha. Praktycznie w każdej baśni morałem mogłoby być stwierdzenie, że bycie prawym człowiekiem popłaca, bo dobre cechy zwalczą każde zło. Jednak początkowo baśnie braci Grimm wcale nie wyglądały tak kolorowo, a ich przesłanie nie było tak oczywiste. Spróbujmy prześledzić więc ewolucję tak znanych, dziecięcych historii.

Zacznijmy od baśni w dzisiejszym, nieco disney’owskim wydaniu. Jest ono chyba najbardziej popularną formą, którą zna większość z nas. Kopciuszek, który źle traktowany przez macochę i siostry, postanawia odmienić swoje życie i pójść na bal królewski, zostaje odwiedzony przez dobrą wróżkę. Pomaga ona naszej bohaterce przejść niesamowitą przemianę i zagościć na stałe w królewskim zamku i książęcym sercu. Macocha i złe siostry nie doznają żadnej krzywdy, poza urażoną dumą, gdyż Kopciuszek jako dobre dziewczę nie chce się na nich mścić.

Równie kolorowo wyglądają przygody Śnieżki, która choć otruta przez złą wiedźmę zaczarowanym jabłkiem, ocalona zostaje dzięki pocałunkowi księcia. Po tej sytuacji zostaje jego żoną i razem zamieszkują zamek. A co z krasnoludkami, które zaopiekowały się dziewczyną? Zostają one nagrodzone za swą troskliwość i dobroć.

Tak wygląda najdelikatniejsza wersja baśni Grimm. Jednak to nie jest ich oryginalny przekład. Jak zatem wyglądają „Baśnie” braci Grimm w wersji nieco mniej łagodnej, lecz takiej, którą bez problemu odnajdziemy w księgarniach? Na przykładzie „Kopciuszka” postaram się odnaleźć różnice między nimi. To co pierwsze rzuca nam się w oczy to owa dobra wróżka, której w oryginale brak. Jej miejsce zajmuje zmarła matka Kopciuszka, która niejako za pomocą drzewa kontaktuje się z dziewczyną. Kolejną istotną różnicą jest sposób mierzenia szklanego pantofelka przez córki złej macochy. Tu bracia Grimm zafundowali czytelnikom nieco dreszczyku. O ile w wersji, nazwijmy ją disney’owską, książę sam zakładał bucik na stopy panien, a gdy nie pasował, zwyczajnie szedł do kolejnej dziewczyny, o tyle we wcześniejszej wersji przyrodnie siostry mierzyły but w obecności matki. Nie byłoby to niczym niezwykłym, gdyby nie totalny brak czułości z jej strony i namowy do odcięcia sobie kawałka stopy, byleby bucik pasował. O zgrozo, jej córki się na to godziły i z krwawiącą stopą wsiadały na książęcego konia, by za chwilę usłyszeć głos gołąbków: „-Zawracaj koniczka!... Krew płynie z trzewiczka!... Trzewiczek za mały, a prawdziwa narzeczona w domu zostawiona!..” Takie poświęcenie na marne! Jednak, poza „okrojonymi” stopami, sióstr ani macochy nie spotkała większa krzywda.

„Śnieżka”, choć nie do końca zmieniona, różni się nieco od wersji disney’owskiej. Główną różnicą, która dzieli oba przekłady jest zdecydowanie sposób ukazania przebudzenia dziewczyny po zjedzeniu zatrutego jabłka. W tym przypadku to nie pocałunek księcia, lecz zwyczajne wstrząsy w szklanej trumnie sprawiły, że feralny kawałek jabłka opuścił przełyk królewny.Czerwony

Najstarsze przekazy zupełnie odmiennie ukazują tak dobrze nam znane baśni dla dzieci. Przede wszystkim warto zauważyć, że owe historie w żadnym stopniu nie były przeznaczone dla dzieci. Funkcjonowały one jako folkowe opowieści krążące wokół dorosłych podczas ich spotkań przy ognisku czy wspólnych pracach. Ich zadanie porównać można do tak popularnych ostatnio creepypast. Miały one głównie przestraszyć słuchacza ku uciesze opowiadającego, a także wprowadzić element rozrywkowy do niekiedy monotonnych czynności. Samo to może dać nam zarys tego, jak ogromnie musiały różnić się te historie od tak dobrze znanych bajek dziecięcych. Czy pamiętacie sympatycznego Czerwonego Kapturka, który z brzucha wilka zostaje uwolniony przez myśliwego? W tym przypadku historia nieco się różni. Wilk bowiem w brutalny sposób morduje babcię, a następnie karmi wnuczkę jej mięsem i poi krwią. Kolejna scena raczy nas przemocą na tle seksualnym, ponieważ wilk każe Kapturkowi rozebrać się do naga i położyć obok, a następnie go zjada. Jak łatwo się domyślić, próżno tu szukać happy endu.

Co z „Kopciuszkiem”? Historia swą brutalną naturę ujawnia pod koniec, gdy to siostry i macocha zostają pozbawione oczu przez ptaki, niejako nasłane przez księcia. Choć opowieść ma szczęśliwe zakończenie dla  głównej bohaterki, to jednak opowiadanie jej dzieciom nie jest najlepszym pomysłem.

Również opowieść o „Dziewicy Milenie” zaskakuje ogromem przemocy. W wersji nieco łagodniejszej historia rozgrywa się wokół niewinnej Mileny, która przechytrzona przez służkę nie może poślubić księcia. Jednak cała sytuacja wyjaśnia się, służka zostaje wygnana, a Milena szczęśliwie zostaje książęcą małżonką. Nieco inaczej prezentuje się to w wersji folkowej, w której Milena zostaje zaskoczona przez swego ukochanego w dość niecodziennej, choć dla niego oczywistej, sytuacji, gdy to kładzie on na stole młodą kobietę, rozbiera ją, ćwiartuje i zjada. W niektórych przekazach monarcha nie jest nawet człowiekiem, lecz przybiera postać ogra.

Jak widać nie każda opowieść jaką znamy od zawsze brzmi tak samo. Często zupełnie odbiega od przekazu ustnego sprzed lat. Nierzadko emanuje brutalnością na tle fizycznym, psychicznym czy seksualnym. Choć zmienione baśnie brzmią dziś niesamowicie pięknie, to choćby dla własnej wiadomości warto zainteresować się ich przeszłością. Co ciekawe, nie tylko bracia Grimm bazowali na pełnych przemocy historiach. Również w „Śpiącej Królewnie”, czy innych bajkach, spotykamy się z brutalnością. Nierzadko natykamy się na gwałty, kazirodztwa, morderstwa czy kanibalizm. Choć dziś prawie nie ma po nich śladu, może warto czasem zastanowić się nad genezą tego co czytamy? W końcu nie wszystko złoto co się świeci, a nie każda historia piękną była od początku swego istnienia, czyż nie?

Piękna i BestiaKto z Was pamięta chwile, gdy będąc dzieckiem oglądał „Króla Lwa”, „Pocahontas” czy „Mulan”? Wtedy, bajki te stanowiły doświadczenie o charakterze mocno emocjonalnym. Z łatwością  wczuwaliśmy się w role bohaterów, razem z nimi przeżywaliśmy przygody, rozterki, radości i smutki. Kto z Was nie płakał przy śmierci Mufasy czy nie życzył Mulan stania się najlepszą wojowniczką? Z animacji tych czerpaliśmy często wzorce do naśladowania, chcieliśmy być dzielni jak Pocahontas, silni jak Hercules i piękni jak Bella. To właśnie owe wzorce i nasza dziecięca wrażliwość sprawiły, że dziś „stary Disney” wydaje nam się dużo lepszy.

Czy rzeczywiście dziś wytwórnia nie ma nam do zaoferowania wartościowych treści? A może jest całkiem odwrotnie? Spójrzmy na jakość animacji jaką serwowano nam dawniej a tę , jaką otrzymujemy dziś. Przy filmach, takich jak „Kopciuszek” czy „Dzwonnik z Notre Dame”, widać kreskę rysownika, który włożył sporo pracy w wygląd bajki. Współcześnie jest to temat potraktowany w całości programem komputerowym. Animacje, choć piękne, czasem są zbyt wygładzone. Brakuje im nieco „szorstkości” ołówka. Dość wyraźna jest także zmiana kolorystyki bajek. Dawniej przytłumione i wyblakłe, dziś świecą feerią barw. To pozwala nam patrzeć na nie w bardziej pozytywny sposób.

Spójrzmy na stare produkcje Disneya: „Kopciuszek”, „Śnieżka” czy „Piękna i Bestia”, wszystkie one mają jedną, charakterystyczną cechę- księżniczkę i księcia. Schemat ten utrzymywany był przez lata w wielu animacjach. „Alladyn”, a nawet „Król Lew” również mogły się nim poszczycić. Faktem jest, że wiele z tych bajek było Planeta Skarbówreprodukcją baśni braci Grimm, które w oryginale ociekały przemocą , jednak Disney nadał im własny charakter. To przez nie zrodził się wzorzec disney’owskich księżniczek- pięknych, często uzależnionych od królewiczów, niewinnych istot. Przy współczesnych produkcjach odchodzi się od umieszczania bohaterów w tych stereotypowych rolach. Spójrzmy na najnowszą animację spod skrzydeł Disneya- „Vaianę- Skarb Oceanu”. Opowiada ona o dziewczynie, która sama walczy o rodzinną wyspę, jest odważna i dzielna. To samo można zaobserwować w „Lilo i Stich”. Dzięki takiemu ukazaniu kobiet, dziewczynki oglądające bajki są utwierdzane w przekonaniu, że mogą wiele, stają się bardziej samodzielne.

To wiąże się również z przewartościowaniem kultu ciała. Dziś wytwórnia pozwala sobie na stworzenie bohaterów nieco niedoskonałymi. Spójrzmy na Pocahontas a Vaianę. Różnica jest zauważalna. To zbliża nas jeszcze bardziej do bohaterów i pozwala się z nimi utożsamić.

VaianaWyraźna jest też zmieniona tematyka bajek. Dawniej opierała się ona w dużej mierze na szukaniu i zdobywaniu miłości. Teraz postaci szukają przygód , pragną odkrywać świat, przemierzać nieznane lądy, co widoczne jest w „Atlantydzie” czy „Planecie Skarbów”. To sprawia, że w oczach widza niemożliwe staje się możliwe i budzi się w nim chęć poznawania nowych rzeczy.

Oba typy bajek, ze „starego” i „nowego” Disneya, niosą ze sobą ważny przekaz i spory bagaż emocji. Zarówno miłość, jak i chęć odkrywania, stanowią ważny filar życia, który sprawia, że staje się ono pełniejsze. Wytwórnia odpowiada na otaczający świat i dostosowuje swoje animacje do potrzeb widzów. Choć nie wszystkie produkcje mają widoczny, wartościowy przekaz, bo często robione są jedynie dla rozrywki, to wśród nich można wyłapać perełki, dla których nadal warto śledzić twórczość Disney’a.


Wampiry i wilkołaki bardzo często razem pojawiają się w różnych dziełach literackich, filmowych, w grach czy generalnie rozumianej popkulturze. Czy to tylko wymysł autorów? Może łączenie ich we wspólnym motywie jest na tyle chwytliwym tematem, że warto to robić? A może związek między wampirem a wilkołakiem jest głębiej zakorzeniony?

Już w XIX- wiecznym „Draculi” Brama Stokera, mamy ukazaną niezwykłą zależność pomiędzy wampirem a wilkami. Dracula posiada moc pozwalającą mu panować nad tymi zwierzętami. Na jego wezwanie stają się agresywne i gotowe do obrony terytorium. Ta nadludzka umiejętność, sprawia, że zwierzęta tak dzikie dają się okiełznać.

Również w dzisiejszych dziełach mamy do czynienia z zetknięciem obu istot. Dobrze znany w popkulturze „Zmierzch” S. Meyer pokazuje dzielące je cechy. Początkowo obie rasy są do siebie wrogo nastawione i żyją w wieloletnim konflikcie. W tym przypadku żadna z nich nie posiada władzy nad drugą, jak miało to miejsce w „Draculi”. Podobnie jest w kinowej serii „Underworld”, w której to lykanie i wampiry od setek lat prowadzą ze sobą wojnę. Wilkołaki są ukazane w niej jako bezmyślne, dzikie bestie. To wampiry są istotami rozumnymi i sprytnymi, co sprawia, że zyskują w oczach widza.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w serialu „Czysta krew”, gdzie nie mamy podziału na dobre i złe postaci. Wszystkie charakteryzuje dualizm cech, co sprawia, że ciężko nam przywiązać się do jednej, konkretnej rasy. Co ważne, wampiry i wilkołaki nie mają między sobą większych konfliktów (poza nieciekawą sytuacją z wilkołakami- nazistami), choć specjalną sympatią też do siebie nie pałają.

Jak widać owe postaci występują razem w wielu dziełach. Początkowo żyją w zgodzie, z czasem jednak autorzy widocznie oddalają je od siebie i zamieniają we wrogów. Czy aby na pewno relacje wilkołaków i wampirów są tak płytkie jak przedstawia nam to współczesna popkultura?

Cofnijmy się o kilkaset lat i zajrzyjmy do przekazów europejskiej kultury. Wampiry znane były od dawna, szczególnie na terenach bałkańskich i słowiańskich. To tam, tak naprawdę, zrodziły się legendy i podania o tych krwiożerczych istotach. W epilogu książki „Królowa Cieni” Marcusa Sedgwicka, natykamy się na ówczesne określenia wampirów. Poza tak oczywistymi jak „nosferatu” czy „krvoijac”, pojawiają się również takie jak „vrykolak”, „varcolac”, czy też „wilkołak”. Myślę, że nieprzypadkowym jest nazwanie wampira wilkołakiem, gdyż dawniej istoty te postrzegano jako jednego upiora. Może przyczyniło się do tego ich nocne życie, a może dość paskudny wygląd? Wampiry i wilkołaki były, w owych przekazach, zezwierzęcone i niemal pozbawione cech ludzkich. Co ważne polowały też na ludzi, a jaki to przestraszony, uciekający człowiek były w stanie odróżnić wilkołaka od wampira?

 

Jak widać oba stworzenia mają ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać. Choć korzenie, z których wyrosły, w popkulturze, już dawno zostały zatracone, to warto czasem sięgnąć do starych przekazów i zagłębić się w genezę potworów, które dziś podbijają ekrany kin. Możemy być zdziwieni tym, jak mało o nich wiemy, choć wyrosły z naszej kultury.

Od niepamiętnych czasów ludzie raczyli się opowieściami o bogach, bohaterach, zjawach i potworach. Było ich niesamowicie wiele, a całość tworzyła zespół wierzeń dla danego regionu. Te historie i przekonania przekazywane były najczęściej ustnie, naturalne więc było wykształcenie się wśród społeczności kasty kapłanów, którzy będą starannie pielęgnować dobytek kulturowy i religijny oraz wygłaszać nauki swoim ziomkom. Dzięki ich działalności znamy między innymi mitologię grecką, która jest kolebką naszej europejskiej kultury. Istniała jednak w Europie grupa ludów, która objęła olbrzymi teren, lecz ze względu na niedobór źródeł pisanych, większość ich obyczajów pozostaje do dzisiaj tajemnicą, natomiast kapłani nabrali fantastycznych umiejętności.

zbieranie jemioły

Druidzi byli zawodowymi kapłanami Celtów i cieszyli się olbrzymim poważaniem wśród ludu. Znali oni prawo, medycynę, astronomię i historię plemienia. Dziedziny te są ważne dla funkcjonowania całej grupy, dlatego też byli wysoko postawieni i posiadali wpływy polityczne. Parali się również wróżbiarstwem, zielarstwem oraz magią. Ich nauka trwała dwadzieścia lat i była przekazywana drogą ustną poprzez poezję, której ogromną ilość musieli zapamiętać. Odprawiali rytuały religijne w świętych dąbrowach oraz zajmowali się edukacją i sądownictwem. Przypuszczalnie większość z nich pochodziła z elity społeczeństwa.

Informacje jakie posiadamy o druidach są niepewne, gdyż pochodzą ze źródeł pisanych ludów starożytnych wrogo usposobionych do Celtów. To czego nie znamy przez stulecia zastępowane było ludzką fantazją. Ludy Europy, w poszukiwaniu tożsamości narodowej innej niż z południowych krain morza śródziemnego, zainteresowały się historią Celtów, a w szczególności druidów, którzy tworzyli w tym przypadku trzon kulturowy. Podekscytowani odkrywcy wygłaszali własne teorie, które przeniknęły do opinii publicznej i stworzyły fantastyczny obraz celtyckiego maga przywołującego nadnaturalne moce, w gniewie zmieniającego ludzi w menhiry.anglesey

Znana jest prawdziwa historia z 60 roku, w której Rzymianie pod dowództwem Gajusza Swetoniusza Paulinusa zaatakowali plemiona celtyckie na wyspie Anglesey. W bitwie oprócz wojowników brytyjskich wzięli udział również druidzi i czarownice, którzy z dzikością wykrzykiwali zaklęcia i przekleństwa oraz wymachiwali pochodniami. W efekcie rzymskich legionistów ogarnął strach, jednak z pomocą Paulinusa po chwili ruszyli do ataku. Takie wydarzenie już samo w sobie intryguje i prosi się o stworzenie fantastycznej otoczki.

Dziś historycy znają już więcej faktów i wycofali nieprawdziwe teorie. Mają jednak one kontynuację w literaturze, muzyce i grach. Istnieją również grupy neodruidów, które starają się wskrzesić kult celtycki i praktykują ich wierzenia.

neodruidzi

 

Archetyp druida w fantastyce, to istota, która nawiązała duchową łączność z naturą i studiuje jej istotę. Odprawia tajemnicze rytuały, dzięki którym potrafi porozumieć się ze zwierzętami i roślinami. Dba o nie i może wezwać je do pomocy. Sam również zmienia postać na zwierzęcą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czci dęby i jemiołę, z której potrafi wydobyć cudowne właściwości. W przyrodzie występują żywioły, nad którymi druid potrafi zapanować dzięki magii. Przy ich pomocy jest w stanie przywołać huragan, deszcz lub trzęsienie ziemi. Uzdrawia życiodajną mocą płynącą ze zrozumienia życia, nie boską jak w przypadku innych kapłanów.

W przeszłości Celtowie wierzyli w magię i potęgę sił natury. Można więc powiedzieć, że pomiędzy twardym naukowym wizerunkiem druida, a jego fantastycznym odpowiednikiem istnieje subtelna, wręcz romantyczna różnica. A Wy który z nich wolicie? Ten realny, lecz wciąż pełen tajemnic, czy fantazyjnie rozbudowany o niewiarygodne cechy i umiejętności?

druid Panoramiks

 

wilkołakOd wieków lesiste tereny Europy stwarzały zagrożenie dla ludzi. Wewnątrz borów czyhały przeróżne niebezpieczeństwa począwszy od drapieżnych zwierząt, przez tajemnicze mary, nieustępliwe wichry, po korzenie drzew pod nogami. Jednym z najgroźniejszych stworzeń, które spędzało chłopom sen z powiek był wilkołak.

 

Ludzie-wilki miały niszczycielską siłę, ostre pazury i ogromne zębiska. Wyostrzone zmysły pomagały im poruszać się w ciemności zwinnie i bezszelestnie, a włochate cielska były odporne na ciosy. Ogarnięte dziką furią brały na cel każdego, nikt bowiem nie stanowił dla nich zagrożenia. Jak więc się przed nimi bronić? Zwykłą bronią nic nie wskóramy, potrzebujemy specjalnych metod, które chciałbym Wam przedstawić zaczynając od, w mojej ocenie, najbardziej skutecznych. Opatrzę je również rysunkami, które w łatwy i przystępny sposób pomogą zrozumieć i przyswoić tę lekcję.

 

1.    Srebro

Użyj srebra lub święconej wody (wersja dla ubogich) , by stworzyć broń o zabójczych dla wilkołaka właściwościach. Wiadome jest, że metal ten ma w sobie moc niszczenia demonicznej tkanki. Najlepiej jest wytopić kulę i wpakować ją zwierzowi prosto w serce. Można oczywiście użyć broni białej, lecz trzeba się wtedy liczyć z możliwością bycia rozszarpanym i pogryzionym.

srebro

2.    Nóż ze stopionego krucyfiksu

Krótka broń o wielkiej sile. Tak jak wyżej należy trafić w serce lub w pysk. Jest to niezwykle trudne i zarazem skuteczne. Minusem jest zasięg ostrza, lecz takim dobrze wyważonym nożem można przecież rzucić.

 krucyfiks

3.    Ogień
Nie ma pewności co do możliwości uśmiercenia bestii ogniem, lecz wilcze futro bardzo dobrze się pali, co w najgorszym razie sprowokuje stwora do ucieczki. Mamy tutaj pole do popisu jeśli chodzi o sposoby podpalenia, wystarczy użyć nieco wyobraźni.

ogien

4.    Rzut widłami
Ciśnij widły między oczy. Muszą być osinowe (to bardzo ważne!). Nie znam skutecznych przypadków użycia drwa przeciw wilkołakowi. Być może to zadanie przerasta niedoświadczonych obrońców.

widły

5.    Magia
Prawdopodobnie skuteczniejsze od powyższego sposobu, jednak prawie niewykonalne ze względu na niedobór czarowników. Odpowiednie zaklęcia mogą uśmiercić potwora, sprowadzić go do ludzkiej postaci, w której łatwiej go zabić, bądź całkiem odczarować, by napić się potem razem w szczęściu i harmonii.

magia

6.    Odrąbanie łap
Szanujący siebie wilkołak nie pozwoli sobie odciąć łapy. Gdyby jednak się to udało efekt jest zdumiewający. Wraca on bowiem na stałe do swojej ludzkiej postaci, lecz niestety bez uciętych kończyn.

łapy

7.    Amulety
Przeróżne świecidełka, kamienie znalezione w górach połączone z liśćmi roślin o odpychającym zapachu powinny odstraszyć stwora.

amulety

8.    Czosnek

Panaceum na wszystkie zagrożenia, zupełnie nieskuteczne przeciw wilkołakowi. Być może zawieszenie kilku główek na drzwiach pozwoli umknąć wilczej furii wywołując w potworze litość i śmiech.

czosnek

 

Jak widać sposobów na pokonanie bądź wystraszenie wilkołaka jest wiele. W sieci można znaleźć ich jeszcze więcej, lecz przed użyciem każdego z nich należy się porządnie zastanowić, bowiem w sytuacji zagrożenia warto jest mieć przy sobie najskuteczniejsze środki.

   
Kamień filozoficznyW fantastyce przewijają się już od dawna. Szczególne miejsce znalazły sobie w dziale science fiction. O czym mowa? O teoriach, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zupełnie niemożliwe, lecz mają swoje podstawy w realnym świecie. Jest ich dość sporo, lecz w tym artykule skupimy się na kamieniu filozoficznym.

Kamień filozoficzny wziął swą nazwę od idei Arystotelesa, głoszącej, iż materia składa się z materii i formy, czyli ducha. Kamień poprzez proces tworzenia miał stanowić niejakie potwierdzenie owej teorii. Dlaczego? Według niej, duch może opuszczać materię, a w przypadku mitycznego kawałka skały objawia się to poprzez zmiany zarówno stanu skupienia, jak i rodzaju metalu, który go tworzy. Badania nad kamieniem filozoficznym rozpoczęły się już w I wieku n.e. w Egipcie, gdzie pracowali nad nimi kapłani. W II wieku dziedzina ta rozpatrywana była też w Aleksandrii, w której to idea wędrującej duszy kwitła. Kolejne stulecia stanowiły rozwój alchemii, a co za tym idzie, intensywniejsze eksperymenty nad legendarnym kamieniem. Alchemicy, których pozwolę sobie określić mianem filozofów- praktyków, w tym, m.in. Zosimos z Panopolis, Michał Sędziwój, Arnold de Villanowa, czy też Nicolas Flamel, coraz odważniej poczynali sobie w badaniach nad transmutacją. Temu ostatniemu, jak głoszą plotki, udało się stworzyć tę niezwykłą substancję, lecz nie wiadomo ile jest w tym prawdy. Gdyby było to prawdą, teoretycznie powinien stać się nieśmiertelny…

Choć nakreśliłam już nieco historię kamienia filozoficznego, warto byłoby dowiedzieć się, czemu powstało tyle zamieszania wokół kawałka skały. Otóż ten niepozorny twór, dzięki swym właściwościom, miał zamieniać metale nieszlachetne w szlachetne (głównie w złoto i srebro, choć czasem reakcja zatrzymywała się na rtęci), a także działać odmładzająco i uzdrawiająco na ciało człowieka. Nic dziwnego, że cieszył się popularnością, gdyż odkrywał przed ludźmi wizję nieśmiertelności. Samym swym wyglądem nie wzbudzał sensacji, najczęściej Harry Potterprzedstawiany był jako czerwony kamyk. Choć inne przekazy mówiły o widzianej w nim grze kolorów przypominającej pawi ogon. Był też niepalny i higroskopijny (nie pochłaniał wody). Posiadał jeszcze więcej specyficznych cech, które jednak pozwolę sobie pominąć.

Kamień filozoficzny stał się wdzięcznym tematem dla współczesnej fantastyki, w końcu jego teoria brzmi dość nierealnie. Temat kamienia rozpowszechniła J.K. Rowling w pierwszej części serii o Harrym Potterze. Co ciekawe, powołała do życia wspomnianego już Nicolasa Flamela, odkrywcę mitycznej substancji. W jej książce, jak i w realnym świecie, tylko on jedyny miał znać sekretną recepturę potrzebną do jego wytworzenia.

Niezwykły twór jest również głównym tematem mangi i anime- „Fullmetal Alchemist”. Stanowił on cel poszukiwań dwóch braci, którzy pragnęli przywrócić do życia swą zmarłą matkę. Niestety, wiedza jaką otrzymali chcąc tego dokonać, kosztowała utratę ciała jednego z braci i prawej ręki drugiego. Kamień miał przywrócić im ciała i pomóc w realizacji planu.

Motyw magicznej substancji przewinął się także w powieści „Indiana Jones i kamień filozoficzny” M. McCoya, czy serii A. Pilipiuka: „Kuzynki”, „Księżniczka” oraz „Dziedziczki”.

Jak zdołano dowieść na przestrzeni wieków, zamiana innego metalu w złoto jest możliwa, lecz zupełnie nieopłacalna. To jednak jest mała strata, w momencie, gdy możemy zanurzyć się w świecie fantastyki opartym na teorii kamienia filozoficznego. A może nawet zawdzięczamy mu też dość ciekawe wyrażenie językowe, bo w końcu zamiana metalu w złoto jest jak „przekuwanie zła w dobro”, czyż nie? 

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
środa, wrzesień 19, 2018