szukajka

ADSENSE

"Avengers: Wojna bez granic" - Recenzja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

                                                   

 Avengers: Wojna bez granic

 

26 kwietnia 2018 roku swoją premierę w polskich kinach miał najnowszy film Marvela- „Avengers: Wojna bez granic”. Jest to pozycja znana i wyczekiwana przez fanów przygód superbohaterów. Przedstawia ona historię wielkiej, kosmicznej jatki z udziałem większości uniwersów Marvela.

Ogromnym plusem jest właśnie pomieszanie wielu bohaterów znanych z różnych światów. Oglądanie Strażników Galaktyki walczących u boku Iron Mana stanowiło dla mnie nie lada gratkę. Co najważniejsze, nie było to wrzucenie losowych postaci bez składu do filmu, lecz stanowiło logiczny ciąg zdarzeń.

Na kolejną pochwałę zasługuje wielkie spectrum emocji, jakie pojawiały się w filmie. Strażnicy Galaktyki, Tony Stark czy Peter Parker dbali o humor, a Kapitan Ameryka czy Doktor Strange wprowadzali do fabuły powagę. Dzięki temu „Avengers…” potrafiło rozbawić widza oraz wycisnąć łzy z oczu.

Kolejnym plusem była wartka akcja, którą uzyskano dzięki wprowadzeniu przeskoków pomiędzy światami. Wątki przeplatały się, co pozwoliło nacieszyć oczy każdym z uniwersów. Akcja nie skupiała się na żadnym z nich zbyt długo, dzięki czemu z przyjemnością wyczekiwało się kolejnych wydarzeń.

Efekty specjalne nie stanowiły raczej zaskoczenia dla miłośników filmów Marvela. Jednak wiele z nich zasługuje na brawa. Perełkami było ukazanie efektu działania Kamieni Nieskończoności czy też końcowa bitwa w Wakandzie.

Jedynym minusem, a zarazem plusem, była dla mnie końcówka filmu. To, co mnie w niej ucieszyło, to przede wszystkim duża nieprzewidywalność. Niestety, samo zakończenie pozostało otwarte i wymusza na nas oczekiwanie na kolejną część.

Niestety, mimo wielu zalet, „Avengers: Wojna bez granic” nie stanowi dla mnie filmowej perełki. Jest to kolejna część przygód superbohaterów zrobiona w dobry sposób. Zdecydowanie polecam ją fanom dzieł Marvela, ale sama chyba nie sięgnę po nią kolejny raz.

Nowości - Recenzje

 

                                                                                    Czarna Pantera

 

El Dorado z Vibranium i strzegący go superbohater. Tak jednym zdaniem można opisać „Czarną Panterę”, która 22 lutego 2017 roku weszła na światowe ekrany, a 14 lutego 2018 roku pojawiła się w polskich kinach. Jest to kolejna Marvelowska produkcja wyreżyserowana przez Ryana Coogler’a. Film opowiada historię państwa- Wakandy, która skrywa wartościowy sekret i pilnującego go króla o niezwykłych zdolnościach.

 

 

 

 

Piszę tę recenzję z punktu widzenia osoby, która po raz pierwszy spotkała się z jego tytułowym superbohaterem, więc nie będę odnosił się do serii komiksowych, z których jest znany oraz innych ich adaptacji.

Tym, co moim zdaniem wyróżnia „Czarną Panterę” od licznych produkcji Marvela jest naturalna sceneria. Wielkie otwarte przestrzenie, górskie krajobrazy i dzika przyroda występują tu znacznie częściej ze względu na umiejscowienie akcji, która w znacznej części rozgrywa się w afrykańskim kraju Wakanda. Jego ukryta stolica jest harmonijnym połączeniem miasta o wysoko rozwiniętej technologii ze starożytną kulturą jego mieszkańców i ich tradycją. Odejście od rzadziej ukazanych amerykańskich aglomeracji nadaje produkcji powiewu świeżości. Dzięki temu poczułem się na chwilę wolny od ich ciężkiego klimatu.

Sama postać Czarnej Pantery jest również zaskakująca i ciężko jednoznacznie nazwać ją superbohaterem. Pomimo nadludzkich zdolności i charakterystycznego stroju, jest to raczej funkcja przekazywana sobie przez kolejnych królów Wakandy. Podczas seansu zgubiłem gdzieś możliwość związku tego herosa z innymi komiksowymi postaciami, tak jakby istniał on w zupełnie osobnym świecie.

Fabuła od samego początku ma za zadanie wprowadzić nas do tego uniwersum, jest jednak średnio ciekawa. Wydarzenia dotyczą głównie samej Wakandy i zmian jakie w niej zachodzą. Standardowy wątek ratowania świata przed zagładą wydaje się mieć w tym przypadku mniejsze znaczenie. Dopiero jego skutek nabiera na ważności, gdyż być może właśnie on otwiera furtkę do całego panteonu Marvela. Zabrakło mi w tym filmie humoru, który mógłby uprzyjemnić czas pomiędzy kluczowymi momentami i scenami walki.

Na pochwałę zasługują na pewno grafika i efekty specjalne. Rzut na stolicę afrykańskiego państwa wygląda naprawdę zdumiewająco, a podczas bitew można poczuć prawdziwość użytej w nich zaawansowanej technologii.

Aktorzy wcielający się w role również spisali się świetnie i każdy z nich wnosi od siebie coś ciekawego do tej produkcji.

 

Sceneria, grafika i dobór aktorów są więc dla mnie największymi plusami Czarnej Pantery. Razem tworzą one zaskakująco fantastyczny klimat, różniący się nieco od innych filmów o superbohaterach. Do minusów zaliczyłbym głównie liniową fabułę, poprzetykaną mało ciekawymi wątkami. Jako fan superbohaterów mam mieszane uczucia co do całości. Poleciłbym jednak Czarną Panterę jako odskocznie od znanego nam standardu.

 

 

 

„Czarna Pantera” wywołała we mnie bardzo skrajne odczucia, od pozytywnego zaskoczenia po lekkie znudzenie. Na ogromny plus zasługuje przede wszystkim postać superbohatera, ponieważ, w przeciwieństwie do Spidermana, Hulka czy Supermana, nie jest on Czarną Panterą na wyłączność. Każdy ochotnik mógłby się nią stać, gdyby tego zechciał.

Sporą zmianą w stereotypie bohatera jest także zasięg działania Czarnej Pantery, która skupia się na ochronie własnego państwa, a nie całego świata. Według mnie, jest to pozytywna odmiana. Wiąże się z tym kolejna cecha charakterystyczna produkcji, którą jest osadzenie akcji nie tylko, w dobrze nam znanych, wielkich miastach, lecz na terenie afrykańskich równin. Mimo, iż miasto wokół którego kręci się fabuła, jest zdecydowanie bardziej zaawansowane technologicznie niż reszta świata, to pozostaje w nim trochę tradycyjnych elementów.

Film zapulsował u mnie także humorem, prezentowanym szczególnie przez siostrę tytułowej Czarnej Pantery. Dzięki niemu, cała akcja nabierała lekkości, co pozwalało na przyjemniejszy odbiór.

 

Pomimo wielu plusów, „Czarna Pantera” nie zachwyciła mnie na tyle, bym wyczekiwała z utęsknieniem kolejnej części, a sądząc po niedopowiedzianym zakończeniu, taka może się pojawić. Zabrakło mi w niej więzi widza z bohaterem, która zmusiłaby do wzruszeń i przeżywania akcji z ekranu. Niestety, „Czarna Pantera” jest dla mnie filmem na raz.

 

 

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

 

Na półkach księgarni dopiero co pojawiło się wydanie książkowe sztuki teatralnej „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, a w kinach już odbyła się premiera filmu z tego samego uniwersum pod tytułem „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Jego scenariusz napisała J.K. Rowling, natomiast reżyserią zajął się David Yates. Trzeba przyznać, że po tak długim przestoju ta obfitość produkcji jest wręcz niezwykła. Czym przyciągnie ona fanów Harrego?


 

Świat się rozszerza. Nie tylko nasz wszechświat, lecz również ten w którym żyją czarodzieje, mugole i niezwykłe stworzenia . Nareszcie akcja wyszła daleko poza teren Hogwartu i poczułem powiew świeżości, na który długo czekałem. W nowej historii znalazłem całą paletę ciekawych wątków, które niczym kolory na płótnie stworzyły harmonijną całość. Na tym obrazie zobaczyć możemy między innymi poświęcenie, strach, miłość oraz problemy naszej cywilizacji. Bardzo spodobały mi się szerzej opisane relacje między społecznością czarodziejów i niemagów, dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak mało tego było we wcześniejszych produkcjach. Seans uprzyjemniły również świetne wstawki komediowe.

Dużym plusem filmu jest gra aktorska, w szczególności w przypadku głównego bohatera Newta Skamandera, w którego rolę wcielił się Eddie Redmayne. Same jego ruchy i mimika twarzy sprawiły, że od razu nabrałem do niego sympatii. Wszyscy aktorzy pokazali to szczególne dziwactwo, które jest charakterystyczne dla świata Rowling i wprowadza nas w jego fantastyczny klimat.

W scenerii jak i w całej produkcji jest znacznie więcej magii, niż w serii o Harrym Potterze, może z wyłączeniem ostatnich części. Tuż poza zasięgiem mugoli rzucane są zaklęcia, przedmioty poruszają się same, a w sercu miasta krążą światła i cienie, których większość mieszkańców nie jest w stanie zidentyfikować. Efekty specjalne są wykonane znakomicie i momentami zapierają dech w piersiach!

Całość oceniam bardzo wysoko. Film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” spodobał mi się nawet bardziej od ekranizacji „Harrego Pottera”.

 

 

Duże zaskoczenie! Te dwa słowa idealnie opisują moją reakcję na film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” według scenariusza J.K. Rowling. Nie spodziewałam się, że dzieło z uniwersum „Harrego Pottera”, nie związane praktycznie ze znanymi z bestsellerów bohaterami ani wątkami, może okazać się tak dobre. Film, ku mojemu zdziwieniu, nie był odgrzanym tostem, lecz pełnowartościową ucztą wizualną.

„Fantastyczne zwierzęta…” urzekły mnie przede wszystkim postacią głównego bohatera- zakręconego, żyjącego w swoim świecie poszukiwacza magicznych stworzeń. Był on tak oddaną ideałom, a przy tym niewinną osobą, że nie dało się go nie polubić. W rolę tę wspaniale wcielił się Eddie Redmayne.

W filmie bardzo spodobało mi się wciągnięcie niemaga w przygody czarodziejów. W „Harrym Potterze” byłoby to niedopuszczalne, a tu stało się jednym z ciekawszych elementów całej historii.

Co zaskakujące, w „Fantastycznych zwierzętach…”, zwykli ludzie i czarodzieje przedstawieni byli na podobnym poziomie intelektualnym. Nie pojawił się ostry podział na „głupszych” mugoli i magów, co widoczne było przy „Harrym…”.

Kolejnym, ogromnym plusem, był pięknie ukazany świat magicznych stworzeń. Oglądało się go nie tylko z przyjemnością, lecz z pewną dozą fascynacji.

Z filmu wręcz wylewała się magia, dzięki czemu fabuła nie dłużyła się. Nie było momentu, który by mnie znudził. Cała akcja filmu stanowiła świetnie wyważoną całość.

Dzieło Rowling i Yates'a zdecydowanie polecam każdemu. Fanom „Harrego Pottera”, by odkryli coś zaskakująco innego, w tak znanym przecież świecie. Pozostałym , by przeżyli niesamowicie magiczną przygodę w pięknej krainie.

 

 

Czterdzieści i cztery

 

Dzięki uprzejmości księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl w moje ręce wpadła najnowsza powieść Krzysztofa Piskorskiego, zdobywcy wielu literackich nagród i uznanego polskiego autora literatury fantastycznej. „Czterdzieści i cztery”, bo o niej mowa, była książką długo wyczekiwaną przez fanów pisarza i miłośników fantastyki.

Pierwszym, co zauważyłam czytając powieść, jest niełatwy sposób odbioru jej. Wymagała ode mnie dużego skupienia, ponieważ wielowątkowość i duża ilość zagadnień historycznych zabiera sporo uwagi. Książka w zaskakujący sposób łączy motywy realnej historii z science fiction i rodzimą fantastyką. Rzadko spotyka się tak zróżnicowane gatunkowo dzieło. Dla mnie jest to ogromny plus.

Autor, przez dużą część powieści, stara się wytworzyć iluzję realności przedstawionych wątków fantastycznych, co w wielu momentach mu się udaje. Mi także, kilka razy, zdarzyło się wpaść w pułapkę zastawioną przez Piskorskiego. Sama obecność prawdziwych lub lekko „podrasowanych” fragmentów poezji i dzieł znanych wieszczów, dodatkowo wytwarza wokół całej historii wrażenie prawdziwości.

Książka w ciekawy sposób przeniosła mnie w wiele miejsc, w których zderzają się różne światy. Zresztą cała „Czterdzieści i cztery” jest jednym wielkim zderzeniem światów, czasów, wierzeń i osobowości. Na jednej płaszczyźnie potrafią się tu spotkać ludowe czary i wielce zaawansowana technologia.

Powieść w sprytny sposób manewruje też uczuciami i charakterem postaci. Nie ma w niej czysto złych czy dobrych bohaterów. Każdy podejmuje lepsze lub gorsze decyzje, które jednak nie warunkują całego bagażu emocjonalnego niesionego przez niego. W historii jest też dużo intryg uniemożliwiających jasne określenie postaci.

Ważną rolę odrywa tu poczucie misji, chęć zmiany świata na lepsze. W „Czterdzieści i cztery” widać niemałe wzorowanie się literaturą „ku pokrzepieniu serc”. Dużą rolę odrywają w niej bohaterowie narodowi, powstańcy walczący za słuszną sprawę. To im poświęcony jest ładny kawał dzieła Krzysztofa Piskorskiego. Na nich opiera się wiele poruszonych przez autora wątków. Szkoda tylko, że część z nich nie zostaje zakończona, co pozostawia mały niedosyt po przeczytaniu książki.

Powieść pozytywnie zaskoczyła mnie i mimo kilku drobnych uwag, uważam, że warto bliżej się jej przyjrzeć. Polecam ją przede wszystkim fanom fantastyki i historii, gdyż takiej dawki futurystycznych rozwiązań, pierwotnej magii, poezji, międzynarodowych intryg i pełnej zaangażowania walki o ideały ze świecą szukać w literaturze.

 

Strażnicy Galaktyki vol.2

 

4 maja premierę miała kolejna część Marvelowskiej opowieści o kosmicznych bohaterach- „Strażnicy Galaktyki vol.2”. W filmie pojawiła się znana z pierwszej części grupa przyjaciół, jednak nieco zmieniona i powiększona o inne postaci. Jak w przypadku poprzedniej ekranizacji, i tym razem, nieustraszony skład musiał stawić czoła przeciwnościom i ocalić Galaktykę.

 

 

 

 

Do kin weszła właśnie druga część Strażników Galaktyki. Marvel serwuje nam przygody zgranej paczki przyjaciół, która ponownie stawia czoło wielkiemu niebezpieczeństwu i robi to w świetnym stylu.

Akcja w filmie jest na najwyższym poziomie. Połączenie technologii Sci-Fi, niewiarygodnych umiejętności bohaterów i dynamicznych animacji sprawiło, że momentami przenosiłem się na pole walki. W większość scen, również tych spokojnych, wpleciony był akcent humorystyczny, który został dobrany w tak odpowiedni sposób, że nie powodował przesytu i miło witałem każdy kolejny.

Jak na film akcji, tej jednak nie było wcale tak dużo. Środkowa część seansu skupiła się na relacjach między poszczególnymi bohaterami. Poprzez pokonywanie trudności wzmacniali oni swe więzi, co było kluczowe dla osiągnięcia sukcesu. W międzyczasie dowiedzieliśmy się dużo o ich historii, charakterze i motywach. Nabyliśmy sympatii do awanturników, którzy odnaleźli w sobie rodzinę, jakiej nigdy nie mieli. Całość skończyła się w sposób, który sprawił, że łezka zakręciła się w oku, czego wcale się nie spodziewałem.

W „Strażnikach Galaktyki vol. 2” znalazłem sporo świetnej zabawy, ciekawe dopełnienie i emocjonujący finał, czyli wszystko czego mogłem oczekiwać od tego typu produkcji.

 

 

 

 

Teza mówiąca, że drugie części filmów są słabsze od pierwszych, nie zawsze jest słuszna. Tym razem mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że „Strażnicy Galaktyki vol.2” byli produkcją zrobioną nieco lepiej. Oglądając najnowszą część czułam wiele skrajnych emocji, od radości aż po smutek.

Zupełnie inaczej postrzegałam niektóre postaci, przez co, w tej części, zaczęłam bardziej doceniać  Małego Groota i Draxa, a nie jak w pierwszej części Petera Quill’a. Doszło też kilka nowych postaci, jak na przykład Ego, który, co ciekawe, nawet na chwilę nie wzbudził mojej sympatii.

Część druga obfitowała w dużo więcej żartów, zrobiona była bardziej komediowo, niż pierwsza. Nie zabrakło w niej także znanych utworów, które w znaczny sposób tworzyły klimat filmu. Już od pierwszej sceny, muzyka stanowiła ważny element całości.

Nie spodziewałam się, że typowo rozrywkowa produkcja będzie w stanie wywołać we mnie smutek i wilgotne oczy, jednak twórcy dołożyli wszelkich starań, by film nie opierał się jedynie na pustym humorze. Dzięki sprytnym manewrom na uczuciach widza, wiele postaci zyskało w moich oczach, choć początkowo nie spodziewałam się, że mogą się oni zmienić.

Jeśli jeszcze wahacie się czy iść do kina, to przestańcie! „Strażnicy Galaktyki vol.2” zdecydowanie są warci obejrzenia i przypadną do gustu nie tylko fanom twórczości Marvela.

 

 

 

 Miedziana rękawica

 

Całkiem niedawno, bo 6 lipca, dzięki wydawnictwu Albatros, na półkach księgarni pojawiła się nowa pozycja z gatunku fantasy, jaką jest „Miedziana rękawica” autorstwa Holly Black i Cassandry Clare. Obie autorki stworzyły już wiele interesujących opowieści (m.in. "Dary Anioła", czy "Kroniki Spiderwick"), a teraz jest dostępny także ich drugi, wspólny tom z serii „Magisterium”- kolejnej magicznej furtki znajdującej się w świecie rzeczywistym.

„Miedziana rękawica” jest kontynuacją przygód Calluma i jego przyjaciół, którzy są uczniami szkoły dla czarodziejów- Magisterium. W pierwszej części sagi dowiadujemy się, że główny bohater skrywa sekret, z którym nie do końca potrafi się pogodzić. Dodatkowo jest wystawiony na wiele prób, mających ukazać kim tak naprawdę jest. Czy zdoła je przejść? Czy przyjaźń i miłość przetrwają ciężki okres? I co do tego ma tytułowa, miedziana rękawica?

 

 

Paulina

Paulina

 

Moją uwagę w powieści, przykuł niezwykle lekki język, który sprawia, że książkę chłonie się niczym tabliczkę czekolady. Chcesz zjeść kawałek, lecz nim się obejrzysz znika cała. Mimo, iż język jest prosty, powieść nie staje się przez to infantylna.

Cały cykl „Magisterium” skierowany jest do odbiorców w wieku 12-17 lat, jednak jestem pewna, że starsi czytelnicy również znajdą w nim coś dla siebie. W serii pojawia się wiele uniwersalnych wartości, takich jak miłość, lojalność, czy przyjaźń, które nie tracą na znaczeniu zarówno u młodzieży, jak i dorosłych.

„Miedziana rękawica” zaskoczyła mnie pozytywnie swoim podobieństwem do, tak dobrze mi znanej, sagi o Harrym Potterze. Mimo tego, posiada ona swój odrębny charakter. Dzięki niemu, mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez autorki i wraz z bohaterami poczuć niesamowitą bliskość przyrody, spróbować porostów, czy spotkać na swej drodze żywiołaka. Powieść pozwoliła mi, na chwilę, stać się dzieckiem i wciągnęła w zawrotne tempo akcji.

Na pierwszy rzut oka, wydawało mi się, że książka Cassandry Clare i Holly Black, będzie dla mnie zbyt dziecinna, jednak z przyjemnością mogę przyznać, że się myliłam. Jestem ciekawa kolejnych części sagi „Magisterium” i ekranizacji, której chce się podjąć studio Constantin Films. Was również zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł i przekonania się, że seria dla  młodzieży może podbić serce nawet dorosłego czytelnika.

 

 


Dawid

Dawid

 

Kontynuację historii Calluma Hunta i jego przyjaciół czytałem z ogromną lekkością, pomimo trudnych warunków otoczenia. Akcja powieści prawie od samego początku toczy się dynamicznie przeskakując w kolejne lokalizacje i serwując przy tym sporo pokazów czarodziejskich umiejętności. Jest to niewątpliwie dobre rozwiązanie, żeby zaciekawić czytelnika. W książce znajduje się wiele barwnych opisów, które całkowicie pochłonęły moją uwagę i przeniosły mnie w wyobraźni do innego świata.

Niestety lektura nie wymagała ode mnie przerw na przemyślenia. Pewne powtarzalne schematy sprawiły, że rozwiązanie wielu wątków potrafiłem przewidzieć już na chwilę po ich rozpoczęciu, co jest zmorą dla każdego, bardziej oczytanego odbiorcy.

Interesujący jest konflikt wewnętrzny głównego bohatera, który zapoczątkowały wydarzenia z tomu pierwszego. Sprawia on, że całość czytałem przez jego pryzmat i starałem się zebrać argumenty wspólnie z młodym Callem.

Książkę „Miedziana Rękawica” określiłbym jako przyjemną powieść z nutką fascynacji dla młodszych czytelników oraz tych szukających lekkiej rozrywki w chwili relaksu.

 

 

                                                                                      Kształt wody

 

Niedawno, bo 16 lutego 2018 roku do kin weszło najnowsze dzieło Guillermo del Toro, reżysera takich filmów, jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy”. Tym razem z pod jego pióra wyszło fantasy z elementami dramatu i kryminału- „Kształt wody”. Historia opowiada o losie wodnego, człekokształtnego stwora, który trafia w ręce naukowców i niemej kobiety dostrzegającej w nim ludzką naturę.

Oglądając zwiastun „Kształtu wody” spodziewałam się całkiem niezłego filmu, lecz teraz otwarcie mogę stwierdzić, że przerósł on moje oczekiwania. Była to jedna z lepszych produkcji, jakie ostatnio widziałam.

Na szczególną uwagę zasługuje koncepcja filmu, który choć jest fantastyczny, to nie przypomina większości dzieł tego gatunku. Może być to zasługą bardzo mocnego ukazania realizmu. To co się z nim wiąże to naturalizm, który reżyser serwuje nam od pierwszych minut. Odziera ze wstydu główną bohaterkę, dzięki czemu już od początku między Elizą a widzem buduje się mocna więź. W filmie nie ma tematów tabu. Seks, przemoc, samotność, to obrazy, którymi zostajemy otoczeni. O ile taki ekshibicjonizm jest dużą zaletą produkcji, o tyle ilość, nie zawsze uzasadnionej przemocy, nie do końca trafia w moje gusta.

Na duży plus zasługuje klimat filmu, który utrzymany jest w latach 60-tych. Nie ma w nim zbędnych efektów specjalnych, czym często chwalą się producenci wielu dzieł fantasy. Dzięki mnóstwu elementów, takich jak kolorystyka „Kształtu wody”, czy nawiązania do starych musicali, możemy, razem z bohaterami znaleźć się w tamtych czasach.

Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w filmie, jest duża wrażliwość, jaką budowała postać głównej bohaterki. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się odrzucające, dzięki Elizie stawało się piękne. Jej gesty, zachowania emanowały subtelnością, która pozwoliła widzowi oswoić dziwne, nierzadko odstręczające sytuacje, jakie zachodziły między bohaterką a stworem. Odegrana przez Sally Hawkins rola zasługuje na duże brawa.

Jedynym, małym minusem, była dla mnie jedna ze scen, rodem z musicalu, która, na chwilę, oderwała mnie od atmosfery budowanej przez cały film. Miała zobrazować uczucia Elizy, lecz wyszła trochę zbyt komediowo.

Tak, jak wspominałam, „Kształt wody” był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Mogę śmiało dać mu mocne 9/10. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad pójściem do kina, zdecydowanie zachęcam do obejrzenia go, bo szkoda byłoby przegapić taką perełkę.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
niedziela, maj 20, 2018