szukajka

ADSENSE

"Kształt wody" - Recenzja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

                                                                                      Kształt wody

 

Niedawno, bo 16 lutego 2018 roku do kin weszło najnowsze dzieło Guillermo del Toro, reżysera takich filmów, jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy”. Tym razem z pod jego pióra wyszło fantasy z elementami dramatu i kryminału- „Kształt wody”. Historia opowiada o losie wodnego, człekokształtnego stwora, który trafia w ręce naukowców i niemej kobiety dostrzegającej w nim ludzką naturę.

Oglądając zwiastun „Kształtu wody” spodziewałam się całkiem niezłego filmu, lecz teraz otwarcie mogę stwierdzić, że przerósł on moje oczekiwania. Była to jedna z lepszych produkcji, jakie ostatnio widziałam.

Na szczególną uwagę zasługuje koncepcja filmu, który choć jest fantastyczny, to nie przypomina większości dzieł tego gatunku. Może być to zasługą bardzo mocnego ukazania realizmu. To co się z nim wiąże to naturalizm, który reżyser serwuje nam od pierwszych minut. Odziera ze wstydu główną bohaterkę, dzięki czemu już od początku między Elizą a widzem buduje się mocna więź. W filmie nie ma tematów tabu. Seks, przemoc, samotność, to obrazy, którymi zostajemy otoczeni. O ile taki ekshibicjonizm jest dużą zaletą produkcji, o tyle ilość, nie zawsze uzasadnionej przemocy, nie do końca trafia w moje gusta.

Na duży plus zasługuje klimat filmu, który utrzymany jest w latach 60-tych. Nie ma w nim zbędnych efektów specjalnych, czym często chwalą się producenci wielu dzieł fantasy. Dzięki mnóstwu elementów, takich jak kolorystyka „Kształtu wody”, czy nawiązania do starych musicali, możemy, razem z bohaterami znaleźć się w tamtych czasach.

Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w filmie, jest duża wrażliwość, jaką budowała postać głównej bohaterki. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się odrzucające, dzięki Elizie stawało się piękne. Jej gesty, zachowania emanowały subtelnością, która pozwoliła widzowi oswoić dziwne, nierzadko odstręczające sytuacje, jakie zachodziły między bohaterką a stworem. Odegrana przez Sally Hawkins rola zasługuje na duże brawa.

Jedynym, małym minusem, była dla mnie jedna ze scen, rodem z musicalu, która, na chwilę, oderwała mnie od atmosfery budowanej przez cały film. Miała zobrazować uczucia Elizy, lecz wyszła trochę zbyt komediowo.

Tak, jak wspominałam, „Kształt wody” był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Mogę śmiało dać mu mocne 9/10. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad pójściem do kina, zdecydowanie zachęcam do obejrzenia go, bo szkoda byłoby przegapić taką perełkę.

Komentarze   

0 #2 Mityczny Talent 2018-03-16 13:59
Bardzo dziękujemy za komentarz! Na pewno sięgniemy również po książkę :)
Cytować
0 #1 Gandalf 2018-03-05 17:28
To jeden z tych filmów, które po prostu trzeba zobaczyć! My także polecamy książkę, która w nieco inny sposób przenosi do świata znanego z dużego ekranu. Zdecydowanie warto! :)
Cytować

Nowości - Recenzje

 

 Assassin's Creed

 

Wyobraźmy sobie pewien zimowy poranek. Niska temperatura nie zachęca do wyjścia z domu, tym bardziej, że jest dzień świąteczny i wielu ludzi jeszcze leniwie przewraca się na drugi bok. Na zewnątrz pustka i nawet płatki śniegu zdają się opadać wolniej niż robią to przeważnie. Tylko w oddali widać jak przez mrozy maszeruje garstka „szaleńców”. Spieszą oni do galerii handlowej, ta jednak okazuje się być zamknięta. Zatrzymują się przed głównym wejściem i drżącymi z zimna, lub może z roztargnienia dłońmi wyciągają telefony, by sprawdzić, która jest godzina. Ostatni raz obrzucają nieruchome, szklane drzwi przelotnym, gniewnym spojrzeniem i puszczają się w bieg wokół budynku. Ich stopy ostrożnie, lecz nie bez gracji muskają śliską powierzchnię chodnika. Zwinnie omijają ustawione na nim kamienne słupki, ochronę przed samochodami. Po drodze zatrzymują się kilka razy przy bocznych wejściach do galerii. Kręcą głowami, macają szybę w poszukiwaniu jakiejkolwiek szczeliny, lecz to wszystko na próżno. W końcu docierają do ostatniego, tego najbliżej znajdującego się wewnątrz kina wejścia i z ulgą wymalowaną na twarzy oglądają powolne, lecz stanowcze otwarcie się rozsuwanych drzwi. Już nie biegiem, lecz szybkim, płynnym krokiem wchodzą do środka i kierują się w stronę schodów automatycznych. Te jednak poruszają się za wolno. Szaleńcy spokojnie po dwa schodki wspinają się na piętro. Kino jest tuż przed nimi. Podekscytowani wyciągają bilety, a bramkarz wpuszcza ich do środka, „Sala cztery!” rzucając im na odchodne. Zmarznięci podróżnicy dotarli do celu i z radością powitali ostatnią wyświetloną przed seansem reklamę. Tę samą, która normalnie dopełniłaby właśnie czarę goryczy oczekującego na film widza. Znajdują swoje miejsca w prawie pełnej już sali i rozsiadają się wygodnie. Do głowy przychodzi im teraz jedno pytanie: „Czy warto było?”. Napisaliśmy dla Was kilka słów o naszych odczuciach po premierze filmu „Assassin’s Creed”, która odbyła się 6 grudnia.

 

 

 

Filmy na podstawie gier, które dotychczas oglądnąłem raczej nie należały do najlepszych produkcji. Ich fabuła była mało odkrywcza i pojawiały się w nich elementy niezrozumiałe dla widza, który z danym tytułem spotkał się po raz pierwszy lub miał o nim niewielkie pojęcie. Mimo to, do „Assassin’s Creed” podszedłem z bardzo pozytywnym nastawieniem. Samej gry nie przechodziłem, więc piszę te słowa z punktu widzenia osoby, która zna zaledwie zarys jej fabuły.

Zaczęło się od nieco przydługiego przedstawienia głównego bohatera i sytuacji w jakiej się znalazł. Ja osobiście byłem z tego bardzo zadowolony. Obawiałem się, że twórcy mogą wrzucić nas w wir wydarzeń bez uprzedniego przygotowania. Dzięki temu już do końca seansu wszystko było klarowne i mogłem skupić się na rozwinięciu akcji. Ta z kolei nagle mocno przyspieszyła tempo. Były momenty w których odniosłem wrażenie, że coś zostało pominięte, tak jakby nagle zabrakło sceny, która powinna się tu jeszcze znaleźć. To sprawiło, że poczułem niedosyt w niestety negatywnym sensie. Ten film powinien mieć więcej czasu na rozwinięcie.

Fabuła, jak się dowiedziałem, nieco różni się od tej w grze. Historia oparta jest na innych czasach, w innym miejscu. Dla tych, którzy grali w „Assassin’s Creed” jest to raczej na plus. W przeciwnym wypadku mogłoby dojść do sytuacji, w której totalnie nic by ich nie zaskoczyło. Teraz mogą porównywać film z wersją, którą znają i dyskutować na ten temat. Dla takich jak ja, którzy nie mieli wcześniej styczności z tym światem, nie ma to większego znaczenia. Dla scenarzystów z kolei, byłby to ciężki orzech do zgryzienia. Upchnięcie kilkudziesięciu godzin gameplay’a w krótkim filmie, nawet przy ich zdolnościach, byłoby nie lada wyzwaniem. W każdym razie film jest bogaty w zaskakujące zwroty akcji, co nieco polepszyło moje zdanie o tego typu produkcjach.

Tym czego można było się spodziewać na pewno były niesamowite pokazy akrobatyczne, połączone z wymyślnymi sposobami zabijania ludzi. Większość z nich można skomentować jako „Och! Wow! Niesamowite!”. Tak, to jeden z tych tytułów, po których nachodzi człowieka dziwna ochota, by poskakać po ścianach. Uwielbiam to uczucie! Zdecydowanie efektowne sceny akcji są tym, co odzwierciedla fenomen gry. Tak mogę wnioskować po fascynacji ludzi, z którymi o niej rozmawiałem.

Pomimo niewielkich potknięć, wszystko zdaje się być bardzo przemyślane i jak na film na podstawie gry, daję mu wysoką notę. Polecam wszystkim fanom kina akcji i czekam na kontynuację, gdyż zakończenie aż się prosi o kolejną część.

 

 

 

 

 

 

Film mogę nazwać dobrym w momencie, gdy wychodząc z kina jestem w swoim świecie, gdy przez najbliższą godzinę nikt nie złapie ze mną kontaktu, bo jestem w ciele jednego z bohaterów. Tak czułam się po obejrzeniu „Assassin’s Creed”. Ta ekranizacja popularnej gry wciągnęła mnie tak bardzo w XV-wieczny świat, że zapragnęłam choć na chwilę poczuć się jak Asasyn.

Na sporą pochwałę zasługuje przede wszystkim grafika filmu i efekty, które zostały w nim użyte. Przedstawienie synchronizacji Calluma z przodkiem zrobiło na mnie chyba największe wrażenie. Ciekawie zostały ukazane również sylwetki Asasynów- mistycznych i niezwykle tajemniczych.

Jedynym, co nie podobało mi się w ekranizacji, był niedosyt jaki po sobie pozostawiła. Zabrakło mi w historii rozwinięcia, a może nawet ukończenia niektórych wątków. Z niecierpliwością czekam na kolejne części „Assassin’s Creed” i polecam ten film nie tylko zapalonym graczom, lecz również osobom, które tak jak ja oczekują od niego dobrego widowiska z elementami fantastyki.

 

Opowieść o Kullervo

 

Gdy znalazłem informację, że wkrótce pojawić ma się niepublikowana wcześniej historia pióra J.R.R. Tolkiena, to już wiedziałem, że czeka mnie świetna lektura i… nie pomyliłem się. Opowieść o Kullervo została odczytana z rękopisu tegoż prekursora fantasy i wydana, wraz z notatkami, pod redakcją Verlyn Flieger. Tolkien wzorował się na fińskim eposie Kalevala, który w czasach pogańskich był przekazywany w formie ustnej. Autor nie dokończył prac, więc nie ma pewności jak miała wyglądać ostateczna wersja tej opowieści. Była to jednak jedna z jego pierwszych prób pisarskich i miała ogromny wpływ na późniejszą, znaną nam twórczość.

Pierwsze słowa „In the days when magic was yet new” są kluczowe zarówno dla dorobku pisarza, samej historii, jak i formy, w której została spisana. Nie odeszła ona bowiem daleko od niespójnych, nieco chaotycznych przedchrześcijańskich wierzeń. Muszę przyznać, że czytając tę opowieść po raz pierwszy doznałem szoku. Znając ramy naszej europejskiej literatury, której elementy są zawsze oprawione i dostosowane odpowiednio do kultury (głównie chrześcijańskiej), nie spodziewałem czegoś tak bezpośredniego. Przyzwyczaiłem się, że jeśli „dobry” bohater umiera w heroicznej walce, to są temu poświęcone długie, wręcz pochwalne wersy, nawet jeśli nie odgrywa on żadnej większej roli. Tutaj tego nie ma. Umiera bez ogródek, a cały jego dorobek zostaje zniszczony. Zmierzam jednak do czegoś innego. Nie jest szokujące to jak bohater umiera, ani ile linijek tekstu jest temu poświęconych, tylko to jak silne emocje potrafi wywołać ten tekst. Większość z nas pamięta pewnie z lekcji języka polskiego „Pieśń o Rolandzie”. Mi się to bardzo nie podobało i większość czasu się nudziłem. Naprawdę super, że opiewamy takie czyny, jednak przez tę całą otoczkę nie trafia do nas najważniejsze, czyli śmierć Rolanda i to co temu towarzyszy – groza, żałość, gorycz. Nie czułem tego czytając inne lektury, trafiło do mnie dopiero wczesnoeuropejskie podanie, które ukazuje sprawy takie jakimi są. Wygląda na to, że zwięzły opis jest bardziej prawdziwy od długich rozwodów. Całość jest napisana w tym stylu i poruszyła mnie do głębi. Nie dziwię się, że Kalevala stała się natchnieniem dla Tolkiena.

To nie wszystko co „Opowieść o Kullervo” ma nam do zaoferowania. Świetne są też wątki fantastyczne, naprawdę wyobraźnia ludzka nie zna granic. Uwielbiam momenty kiedy w grę wkracza magia i przenosi nas w swój świat. Jeden moment zainspirował mnie do tego stopnia, że zamierzam stworzyć ilustrację na jego podstawie.

Opowieść jest jednak tragiczna i nie wszystkim może się to spodobać. Jej przewodnie elementy to nienawiść, gniew, strach i smutek. Tytułowy Kullervo przypomina dobrze znanego nam Edypa i znacząco się różni od najbardziej znanych bohaterów Tolkiena, chociaż istnieją pewne podobieństwa, które warto wyłapać podczas lektury.

Pomimo, że historia jest pełna okropieństw i to w bezpośredni, często brutalny sposób przedstawionych, jest piękna. Chociaż jej motywy przewodnie były już wałkowane przez wieki, to czuję niedosyt. Skłoniło mnie to do przeczytania opowieści po raz drugi.

Podsumowując, gorąco polecam tę książkę wszystkim fanom fantastyki i nie tylko, ponieważ elementy fantasy nie grają tutaj głównej roli. Zaznaczam przy tym, że jest ona skierowana do dojrzałych czytelników zarówno ze względu na treść jak i bagaż przemyśleń. „Opowieść o Kullervo” rzuciła światło na coś, z czego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy i czuję się teraz bogatszy w moich przemyśleniach.

 

                                                                                    Czarna Pantera

 

El Dorado z Vibranium i strzegący go superbohater. Tak jednym zdaniem można opisać „Czarną Panterę”, która 22 lutego 2017 roku weszła na światowe ekrany, a 14 lutego 2018 roku pojawiła się w polskich kinach. Jest to kolejna Marvelowska produkcja wyreżyserowana przez Ryana Coogler’a. Film opowiada historię państwa- Wakandy, która skrywa wartościowy sekret i pilnującego go króla o niezwykłych zdolnościach.

 

 

 

 

Piszę tę recenzję z punktu widzenia osoby, która po raz pierwszy spotkała się z jego tytułowym superbohaterem, więc nie będę odnosił się do serii komiksowych, z których jest znany oraz innych ich adaptacji.

Tym, co moim zdaniem wyróżnia „Czarną Panterę” od licznych produkcji Marvela jest naturalna sceneria. Wielkie otwarte przestrzenie, górskie krajobrazy i dzika przyroda występują tu znacznie częściej ze względu na umiejscowienie akcji, która w znacznej części rozgrywa się w afrykańskim kraju Wakanda. Jego ukryta stolica jest harmonijnym połączeniem miasta o wysoko rozwiniętej technologii ze starożytną kulturą jego mieszkańców i ich tradycją. Odejście od rzadziej ukazanych amerykańskich aglomeracji nadaje produkcji powiewu świeżości. Dzięki temu poczułem się na chwilę wolny od ich ciężkiego klimatu.

Sama postać Czarnej Pantery jest również zaskakująca i ciężko jednoznacznie nazwać ją superbohaterem. Pomimo nadludzkich zdolności i charakterystycznego stroju, jest to raczej funkcja przekazywana sobie przez kolejnych królów Wakandy. Podczas seansu zgubiłem gdzieś możliwość związku tego herosa z innymi komiksowymi postaciami, tak jakby istniał on w zupełnie osobnym świecie.

Fabuła od samego początku ma za zadanie wprowadzić nas do tego uniwersum, jest jednak średnio ciekawa. Wydarzenia dotyczą głównie samej Wakandy i zmian jakie w niej zachodzą. Standardowy wątek ratowania świata przed zagładą wydaje się mieć w tym przypadku mniejsze znaczenie. Dopiero jego skutek nabiera na ważności, gdyż być może właśnie on otwiera furtkę do całego panteonu Marvela. Zabrakło mi w tym filmie humoru, który mógłby uprzyjemnić czas pomiędzy kluczowymi momentami i scenami walki.

Na pochwałę zasługują na pewno grafika i efekty specjalne. Rzut na stolicę afrykańskiego państwa wygląda naprawdę zdumiewająco, a podczas bitew można poczuć prawdziwość użytej w nich zaawansowanej technologii.

Aktorzy wcielający się w role również spisali się świetnie i każdy z nich wnosi od siebie coś ciekawego do tej produkcji.

 

Sceneria, grafika i dobór aktorów są więc dla mnie największymi plusami Czarnej Pantery. Razem tworzą one zaskakująco fantastyczny klimat, różniący się nieco od innych filmów o superbohaterach. Do minusów zaliczyłbym głównie liniową fabułę, poprzetykaną mało ciekawymi wątkami. Jako fan superbohaterów mam mieszane uczucia co do całości. Poleciłbym jednak Czarną Panterę jako odskocznie od znanego nam standardu.

 

 

 

„Czarna Pantera” wywołała we mnie bardzo skrajne odczucia, od pozytywnego zaskoczenia po lekkie znudzenie. Na ogromny plus zasługuje przede wszystkim postać superbohatera, ponieważ, w przeciwieństwie do Spidermana, Hulka czy Supermana, nie jest on Czarną Panterą na wyłączność. Każdy ochotnik mógłby się nią stać, gdyby tego zechciał.

Sporą zmianą w stereotypie bohatera jest także zasięg działania Czarnej Pantery, która skupia się na ochronie własnego państwa, a nie całego świata. Według mnie, jest to pozytywna odmiana. Wiąże się z tym kolejna cecha charakterystyczna produkcji, którą jest osadzenie akcji nie tylko, w dobrze nam znanych, wielkich miastach, lecz na terenie afrykańskich równin. Mimo, iż miasto wokół którego kręci się fabuła, jest zdecydowanie bardziej zaawansowane technologicznie niż reszta świata, to pozostaje w nim trochę tradycyjnych elementów.

Film zapulsował u mnie także humorem, prezentowanym szczególnie przez siostrę tytułowej Czarnej Pantery. Dzięki niemu, cała akcja nabierała lekkości, co pozwalało na przyjemniejszy odbiór.

 

Pomimo wielu plusów, „Czarna Pantera” nie zachwyciła mnie na tyle, bym wyczekiwała z utęsknieniem kolejnej części, a sądząc po niedopowiedzianym zakończeniu, taka może się pojawić. Zabrakło mi w niej więzi widza z bohaterem, która zmusiłaby do wzruszeń i przeżywania akcji z ekranu. Niestety, „Czarna Pantera” jest dla mnie filmem na raz.

 

 

Harry Potter i przeklęte dziecko

 

Po dziewięciu latach od pojawienia się ostatniego tomu przygód Harrego Pottera, nadeszła premiera nowego dzieła ze świata czarodziejów – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. Dla mnie, jak i dla wielu, szokującym był fakt, że nie zostało ono spisane w formie powieści, lecz jako sztuka teatralna. Jej premiera odbyła się 30 lipca 2016 roku w londyńskim Palace Theatre, a wkrótce potem została wydana wersja książkowa (w Polsce 22 października 2016 r.).

Dramat składa się z dwóch części, co w mym odczuciu jest zbędnym podziałem, ponieważ historia, chociaż rozłożona w czasie, stanowi jedną spójną całość i gdybym musiał przerwać ją po pierwszej części, to nie wiedziałbym dlaczego właściwie się nagle skończyła. Na szczęście obie części zostały wydane jednocześnie i w jednej książce, więc podział tyczy się tylko spektaklu, który można obejrzeć w całości lub na dwa razy.

Sztuka bazuje na poprzedniej serii. Muszę przyznać, że spodziewałem się niemal całkowitego odejścia od przeszłości, a okazało się ono jedynie częściowe. Nie nazwałbym jej jednak kontynuacją wcześniejszych przygód, raczej dodatkiem po latach.

Pojawia się para nowych postaci, które pełnią główne role. Dzięki formie w jakiej zostały spisane ich przygody, poznajemy je jedynie po słowach i czynach, co według mnie okazało się dobrym rozwiązaniem. Problemy przed jakimi stają  są ciekawe i skłaniają do przemyśleń. W takiej sytuacji cieszę się z nieobecności narratora, który siedzi w głowach bohaterów powieści i mówi nam co tam się dzieje.

Fantastyka słynie ze swoich nierealnych opisów świata. Uwielbiamy zachwycać się czymś nieznanym, czymś magicznym. W tym przypadku z wiadomych względów tych opisów brakuje, dostajemy jedynie krótkie przedstawienie lokacji, w której toczy się akcja. Nie stanowi to jednak problemu, ponieważ po siedmiu częściach powieści i ich ekranizacjach, większość z tych miejsc jest nam znajoma, resztę ukaże wyobraźnia. Takie rozwiązanie pozwala nam skupić się na akcji, która dzieje się szybciej i pochłania całą naszą uwagę. Przeczytałem więc całość jednym tchem, pomimo późnej już godziny. Dynamika zrekompensowała mi brak fascynujących opisów.

Po przeczytaniu całości mam pewien niedosyt. Po cichu liczyłem na więcej nowości. Jako sztuka teatralna „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” z pewnością przynosi dużo emocji i rozrywki. W formie czytanej jednak tego brakuje, dlatego tę pozycję polecam przede wszystkim tym, których interesują późniejsze dzieje ulubionych bohaterów. Sam natomiast chętnie udałbym się na spektakl.

 

Czterdzieści i cztery

 

Dzięki uprzejmości księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl w moje ręce wpadła najnowsza powieść Krzysztofa Piskorskiego, zdobywcy wielu literackich nagród i uznanego polskiego autora literatury fantastycznej. „Czterdzieści i cztery”, bo o niej mowa, była książką długo wyczekiwaną przez fanów pisarza i miłośników fantastyki.

Pierwszym, co zauważyłam czytając powieść, jest niełatwy sposób odbioru jej. Wymagała ode mnie dużego skupienia, ponieważ wielowątkowość i duża ilość zagadnień historycznych zabiera sporo uwagi. Książka w zaskakujący sposób łączy motywy realnej historii z science fiction i rodzimą fantastyką. Rzadko spotyka się tak zróżnicowane gatunkowo dzieło. Dla mnie jest to ogromny plus.

Autor, przez dużą część powieści, stara się wytworzyć iluzję realności przedstawionych wątków fantastycznych, co w wielu momentach mu się udaje. Mi także, kilka razy, zdarzyło się wpaść w pułapkę zastawioną przez Piskorskiego. Sama obecność prawdziwych lub lekko „podrasowanych” fragmentów poezji i dzieł znanych wieszczów, dodatkowo wytwarza wokół całej historii wrażenie prawdziwości.

Książka w ciekawy sposób przeniosła mnie w wiele miejsc, w których zderzają się różne światy. Zresztą cała „Czterdzieści i cztery” jest jednym wielkim zderzeniem światów, czasów, wierzeń i osobowości. Na jednej płaszczyźnie potrafią się tu spotkać ludowe czary i wielce zaawansowana technologia.

Powieść w sprytny sposób manewruje też uczuciami i charakterem postaci. Nie ma w niej czysto złych czy dobrych bohaterów. Każdy podejmuje lepsze lub gorsze decyzje, które jednak nie warunkują całego bagażu emocjonalnego niesionego przez niego. W historii jest też dużo intryg uniemożliwiających jasne określenie postaci.

Ważną rolę odrywa tu poczucie misji, chęć zmiany świata na lepsze. W „Czterdzieści i cztery” widać niemałe wzorowanie się literaturą „ku pokrzepieniu serc”. Dużą rolę odrywają w niej bohaterowie narodowi, powstańcy walczący za słuszną sprawę. To im poświęcony jest ładny kawał dzieła Krzysztofa Piskorskiego. Na nich opiera się wiele poruszonych przez autora wątków. Szkoda tylko, że część z nich nie zostaje zakończona, co pozostawia mały niedosyt po przeczytaniu książki.

Powieść pozytywnie zaskoczyła mnie i mimo kilku drobnych uwag, uważam, że warto bliżej się jej przyjrzeć. Polecam ją przede wszystkim fanom fantastyki i historii, gdyż takiej dawki futurystycznych rozwiązań, pierwotnej magii, poezji, międzynarodowych intryg i pełnej zaangażowania walki o ideały ze świecą szukać w literaturze.

Pan Lodowego Ogrodu - Tom I

 

Gdy dowiedziałem się o kolekcji Mistrzowie Polskiej Fantastyki, uznałem ją za doskonałą okazję, by nadrobić swoje braki w polskiej literaturze fantasy. Od razu zamówiłem prenumeratę i z niecierpliwością czekałem na pierwszy tom. Okazało się, że w paczce przyszły od razu dwa, a ja zadowolony wziąłem się do czytania. Wstąpiłem tym samym do Midgaardu, czyli obcej planety przypominającej naszą Ziemię w dawnych czasach. Dziś jestem już po ostatnim, czwartym tomie sagi autorstwa Jarosława Grzędowicza, lecz chciałbym się jeszcze na chwilę zatrzymać w tym wspaniałym świecie, żeby nieco Wam o nim opowiedzieć. Ta recenzja rozpoczyna serię artykułów, poświęconych polskiej literaturze fantastycznej.

Powieść zrobiła na mnie dobre pierwsze wrażenie. Jej początek wrzuca nas w wydarzenia będące skutkiem poprzedniej wyprawy naukowców na odległą planetę. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Start w kosmos, wybuchowe lądowanie i walka z nienaturalnie zwinnym przeciwnikiem. Dostajemy przy tym mnóstwo informacji, które właściwie na razie nic nam nie mówią, a wszystko okaże się dopiero w swoim czasie. Podoba mi się tak wymagające podejście do czytelnika.
W tym chaosie poznajemy Vuko Drakkainena lub Ulfa Nitj’sefni w mowie Wybrzeża Żagli , czyli głównego bohatera. Ten człowiek naprawdę da się lubić. Jego proste, techniczne podejście do życia i powierzonej mu misji sprawiło, że natychmiast zostałem jego fanem. Jeżeli zaś chodzi o sam cel wyprawy, to jest nim odnalezienie i ewakuacja członków ekipy badawczej z tej odległej planety. Sprawa niby wydaje się nietrudna, zwłaszcza, że nasz zwiadowca przed misją uzyskał doskonałe przeszkolenie szpiegowskie i bojowe oraz nabył umiejętności przetrwania w skrajnie trudnych warunkach. Otóż niestety wszystko się trochę skomplikowało, a to za sprawką magii.

Fabuła jest przejrzysta i dąży do klasycznej walki dobra ze złem. Widzimy ją jednak z innej niż zwykle perspektywy. Prowadzi nas przez nią w większości pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia wspomnianego powyżej Vuko, czyli człowieka pochodzącego z nowoczesnego społeczeństwa, pełnego reguł, zakazów i wszechobecnej technologii. Jest on utalentowany w wielu dziedzinach i posiada wiedzę wykraczającą poza rozumienie większości z nas, a co dopiero zacofanych mieszkańców Midgaardu. Nic więc dziwnego, że klasyczne wątki fantasy wydają się być czymś odległym, dziwnym, a nawet śmiesznym skoro opowiada nam o nich mieszkaniec Ziemi, znający jedynie naukowe wyjaśnienie otaczającego go świata. Uważam, że jest to duży plus tej powieści. Takie rozwiązanie nadaje jej realizmu. Koniec z bohaterami, którzy wkraczając w fantastyczną krainę, z biegu stają się  pompatycznymi wyznawcami jej nadnaturalnych właściwości. Oprócz Vuko, swoją historię opowiada nam równolegle Terkej Tendżaruk, który pochodzi z cesarskiej rodziny w Midgaardzie. Mamy więc dla kontrastu spojrzenie na świat od strony jej mieszkańca. Daje to nam lepsze rozeznanie w sytuacji, a sama historia młodego księcia czasem bywa nawet ciekawsza od głównego wątku. Istnieje jeszcze trzecioosobowa narracja, która prawie dosłownie „włącza się”, gdy Ulf aktywuje cyfrala. Jest to sztucznie wyhodowany pasożyt, który wszczepiony w jego ciało, podnosi jego umiejętności tworząc z niego nadczłowieka. Ten zabieg narracyjny również jest pewnym urozmaiceniem, chociaż z początku trudno było mi się przyzwyczaić do tej nagłej zmiany.

Dynamika akcji drastycznie spada w drugim tomie, który poświęcony jest głównie Tendżarukowi i jego podróży. Główny wątek, który prowadzi Vuko, prawie nie porusza się do przodu, co niestety przyjąłem z lekkim zniecierpliwieniem. Mimo wszystko wyjaśniają się pewne ważne kwestie, które dają podłoże przyszłym wydarzeniom. Od tej pory akcja zaczyna się powoli rozpędzać, by dać nam ostateczny, popisowy finał.

Bohaterowie główni jak i poboczni są dobrze przemyślani. Poza Ulfem i młodym księciem poznajemy kilku miejscowych oraz wspomnianych już wcześniej naukowców. Każdy z nich kieruje się własnym rozumem i uczuciami, a nie jakąś niezrozumiałą potrzebą bycia herosem.

Plusami tej sagi są dla mnie więc jej bohaterowie, świat Midgaardu przedstawiony w oryginalny sposób oraz ciekawe elementy akcji, a zwłaszcza walki, która momentami zapiera dech w piersi i z pewnością dobrze wyglądałaby na dużym ekranie. Do minusów zaliczyłbym wspomniane wcześniej zwolnienie tempa w drugim tomie, oraz wiele podobieństw głównego bohatera do innych znanych w fantastyce postaci, chociaż tego trudno jest w dzisiejszych czasach uniknąć.

Polecam wszystkim, którzy lubią klasyczną fantastykę, jako niecodzienną, lecz wcale nie tak odległą odskocznię od pewnych zarysowanych już standardów. Pozycja również dla tych, którzy lubią oddać się chwili refleksji nad światem w akompaniamencie efektownych scen walki.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
niedziela, maj 20, 2018