szukajka

Solutions4ad - Vikings War of Clans

Czarna Pantera – Recenzja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 

                                                                                    Czarna Pantera

 

El Dorado z Vibranium i strzegący go superbohater. Tak jednym zdaniem można opisać „Czarną Panterę”, która 22 lutego 2017 roku weszła na światowe ekrany, a 14 lutego 2018 roku pojawiła się w polskich kinach. Jest to kolejna Marvelowska produkcja wyreżyserowana przez Ryana Coogler’a. Film opowiada historię państwa- Wakandy, która skrywa wartościowy sekret i pilnującego go króla o niezwykłych zdolnościach.

 

 

 

 

Piszę tę recenzję z punktu widzenia osoby, która po raz pierwszy spotkała się z jego tytułowym superbohaterem, więc nie będę odnosił się do serii komiksowych, z których jest znany oraz innych ich adaptacji.

Tym, co moim zdaniem wyróżnia „Czarną Panterę” od licznych produkcji Marvela jest naturalna sceneria. Wielkie otwarte przestrzenie, górskie krajobrazy i dzika przyroda występują tu znacznie częściej ze względu na umiejscowienie akcji, która w znacznej części rozgrywa się w afrykańskim kraju Wakanda. Jego ukryta stolica jest harmonijnym połączeniem miasta o wysoko rozwiniętej technologii ze starożytną kulturą jego mieszkańców i ich tradycją. Odejście od rzadziej ukazanych amerykańskich aglomeracji nadaje produkcji powiewu świeżości. Dzięki temu poczułem się na chwilę wolny od ich ciężkiego klimatu.

Sama postać Czarnej Pantery jest również zaskakująca i ciężko jednoznacznie nazwać ją superbohaterem. Pomimo nadludzkich zdolności i charakterystycznego stroju, jest to raczej funkcja przekazywana sobie przez kolejnych królów Wakandy. Podczas seansu zgubiłem gdzieś możliwość związku tego herosa z innymi komiksowymi postaciami, tak jakby istniał on w zupełnie osobnym świecie.

Fabuła od samego początku ma za zadanie wprowadzić nas do tego uniwersum, jest jednak średnio ciekawa. Wydarzenia dotyczą głównie samej Wakandy i zmian jakie w niej zachodzą. Standardowy wątek ratowania świata przed zagładą wydaje się mieć w tym przypadku mniejsze znaczenie. Dopiero jego skutek nabiera na ważności, gdyż być może właśnie on otwiera furtkę do całego panteonu Marvela. Zabrakło mi w tym filmie humoru, który mógłby uprzyjemnić czas pomiędzy kluczowymi momentami i scenami walki.

Na pochwałę zasługują na pewno grafika i efekty specjalne. Rzut na stolicę afrykańskiego państwa wygląda naprawdę zdumiewająco, a podczas bitew można poczuć prawdziwość użytej w nich zaawansowanej technologii.

Aktorzy wcielający się w role również spisali się świetnie i każdy z nich wnosi od siebie coś ciekawego do tej produkcji.

 

Sceneria, grafika i dobór aktorów są więc dla mnie największymi plusami Czarnej Pantery. Razem tworzą one zaskakująco fantastyczny klimat, różniący się nieco od innych filmów o superbohaterach. Do minusów zaliczyłbym głównie liniową fabułę, poprzetykaną mało ciekawymi wątkami. Jako fan superbohaterów mam mieszane uczucia co do całości. Poleciłbym jednak Czarną Panterę jako odskocznie od znanego nam standardu.

 

 

 

„Czarna Pantera” wywołała we mnie bardzo skrajne odczucia, od pozytywnego zaskoczenia po lekkie znudzenie. Na ogromny plus zasługuje przede wszystkim postać superbohatera, ponieważ, w przeciwieństwie do Spidermana, Hulka czy Supermana, nie jest on Czarną Panterą na wyłączność. Każdy ochotnik mógłby się nią stać, gdyby tego zechciał.

Sporą zmianą w stereotypie bohatera jest także zasięg działania Czarnej Pantery, która skupia się na ochronie własnego państwa, a nie całego świata. Według mnie, jest to pozytywna odmiana. Wiąże się z tym kolejna cecha charakterystyczna produkcji, którą jest osadzenie akcji nie tylko, w dobrze nam znanych, wielkich miastach, lecz na terenie afrykańskich równin. Mimo, iż miasto wokół którego kręci się fabuła, jest zdecydowanie bardziej zaawansowane technologicznie niż reszta świata, to pozostaje w nim trochę tradycyjnych elementów.

Film zapulsował u mnie także humorem, prezentowanym szczególnie przez siostrę tytułowej Czarnej Pantery. Dzięki niemu, cała akcja nabierała lekkości, co pozwalało na przyjemniejszy odbiór.

 

Pomimo wielu plusów, „Czarna Pantera” nie zachwyciła mnie na tyle, bym wyczekiwała z utęsknieniem kolejnej części, a sądząc po niedopowiedzianym zakończeniu, taka może się pojawić. Zabrakło mi w niej więzi widza z bohaterem, która zmusiłaby do wzruszeń i przeżywania akcji z ekranu. Niestety, „Czarna Pantera” jest dla mnie filmem na raz.

 

Nowości - Recenzje

 Miedziana rękawica

 

Całkiem niedawno, bo 6 lipca, dzięki wydawnictwu Albatros, na półkach księgarni pojawiła się nowa pozycja z gatunku fantasy, jaką jest „Miedziana rękawica” autorstwa Holly Black i Cassandry Clare. Obie autorki stworzyły już wiele interesujących opowieści (m.in. "Dary Anioła", czy "Kroniki Spiderwick"), a teraz jest dostępny także ich drugi, wspólny tom z serii „Magisterium”- kolejnej magicznej furtki znajdującej się w świecie rzeczywistym.

„Miedziana rękawica” jest kontynuacją przygód Calluma i jego przyjaciół, którzy są uczniami szkoły dla czarodziejów- Magisterium. W pierwszej części sagi dowiadujemy się, że główny bohater skrywa sekret, z którym nie do końca potrafi się pogodzić. Dodatkowo jest wystawiony na wiele prób, mających ukazać kim tak naprawdę jest. Czy zdoła je przejść? Czy przyjaźń i miłość przetrwają ciężki okres? I co do tego ma tytułowa, miedziana rękawica?

 

 

Paulina

Paulina

 

Moją uwagę w powieści, przykuł niezwykle lekki język, który sprawia, że książkę chłonie się niczym tabliczkę czekolady. Chcesz zjeść kawałek, lecz nim się obejrzysz znika cała. Mimo, iż język jest prosty, powieść nie staje się przez to infantylna.

Cały cykl „Magisterium” skierowany jest do odbiorców w wieku 12-17 lat, jednak jestem pewna, że starsi czytelnicy również znajdą w nim coś dla siebie. W serii pojawia się wiele uniwersalnych wartości, takich jak miłość, lojalność, czy przyjaźń, które nie tracą na znaczeniu zarówno u młodzieży, jak i dorosłych.

„Miedziana rękawica” zaskoczyła mnie pozytywnie swoim podobieństwem do, tak dobrze mi znanej, sagi o Harrym Potterze. Mimo tego, posiada ona swój odrębny charakter. Dzięki niemu, mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez autorki i wraz z bohaterami poczuć niesamowitą bliskość przyrody, spróbować porostów, czy spotkać na swej drodze żywiołaka. Powieść pozwoliła mi, na chwilę, stać się dzieckiem i wciągnęła w zawrotne tempo akcji.

Na pierwszy rzut oka, wydawało mi się, że książka Cassandry Clare i Holly Black, będzie dla mnie zbyt dziecinna, jednak z przyjemnością mogę przyznać, że się myliłam. Jestem ciekawa kolejnych części sagi „Magisterium” i ekranizacji, której chce się podjąć studio Constantin Films. Was również zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł i przekonania się, że seria dla  młodzieży może podbić serce nawet dorosłego czytelnika.

 

 


Dawid

Dawid

 

Kontynuację historii Calluma Hunta i jego przyjaciół czytałem z ogromną lekkością, pomimo trudnych warunków otoczenia. Akcja powieści prawie od samego początku toczy się dynamicznie przeskakując w kolejne lokalizacje i serwując przy tym sporo pokazów czarodziejskich umiejętności. Jest to niewątpliwie dobre rozwiązanie, żeby zaciekawić czytelnika. W książce znajduje się wiele barwnych opisów, które całkowicie pochłonęły moją uwagę i przeniosły mnie w wyobraźni do innego świata.

Niestety lektura nie wymagała ode mnie przerw na przemyślenia. Pewne powtarzalne schematy sprawiły, że rozwiązanie wielu wątków potrafiłem przewidzieć już na chwilę po ich rozpoczęciu, co jest zmorą dla każdego, bardziej oczytanego odbiorcy.

Interesujący jest konflikt wewnętrzny głównego bohatera, który zapoczątkowały wydarzenia z tomu pierwszego. Sprawia on, że całość czytałem przez jego pryzmat i starałem się zebrać argumenty wspólnie z młodym Callem.

Książkę „Miedziana Rękawica” określiłbym jako przyjemną powieść z nutką fascynacji dla młodszych czytelników oraz tych szukających lekkiej rozrywki w chwili relaksu.

 

 

 

Harry Potter i przeklęte dziecko

 

Po dziewięciu latach od pojawienia się ostatniego tomu przygód Harrego Pottera, nadeszła premiera nowego dzieła ze świata czarodziejów – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. Dla mnie, jak i dla wielu, szokującym był fakt, że nie zostało ono spisane w formie powieści, lecz jako sztuka teatralna. Jej premiera odbyła się 30 lipca 2016 roku w londyńskim Palace Theatre, a wkrótce potem została wydana wersja książkowa (w Polsce 22 października 2016 r.).

Dramat składa się z dwóch części, co w mym odczuciu jest zbędnym podziałem, ponieważ historia, chociaż rozłożona w czasie, stanowi jedną spójną całość i gdybym musiał przerwać ją po pierwszej części, to nie wiedziałbym dlaczego właściwie się nagle skończyła. Na szczęście obie części zostały wydane jednocześnie i w jednej książce, więc podział tyczy się tylko spektaklu, który można obejrzeć w całości lub na dwa razy.

Sztuka bazuje na poprzedniej serii. Muszę przyznać, że spodziewałem się niemal całkowitego odejścia od przeszłości, a okazało się ono jedynie częściowe. Nie nazwałbym jej jednak kontynuacją wcześniejszych przygód, raczej dodatkiem po latach.

Pojawia się para nowych postaci, które pełnią główne role. Dzięki formie w jakiej zostały spisane ich przygody, poznajemy je jedynie po słowach i czynach, co według mnie okazało się dobrym rozwiązaniem. Problemy przed jakimi stają  są ciekawe i skłaniają do przemyśleń. W takiej sytuacji cieszę się z nieobecności narratora, który siedzi w głowach bohaterów powieści i mówi nam co tam się dzieje.

Fantastyka słynie ze swoich nierealnych opisów świata. Uwielbiamy zachwycać się czymś nieznanym, czymś magicznym. W tym przypadku z wiadomych względów tych opisów brakuje, dostajemy jedynie krótkie przedstawienie lokacji, w której toczy się akcja. Nie stanowi to jednak problemu, ponieważ po siedmiu częściach powieści i ich ekranizacjach, większość z tych miejsc jest nam znajoma, resztę ukaże wyobraźnia. Takie rozwiązanie pozwala nam skupić się na akcji, która dzieje się szybciej i pochłania całą naszą uwagę. Przeczytałem więc całość jednym tchem, pomimo późnej już godziny. Dynamika zrekompensowała mi brak fascynujących opisów.

Po przeczytaniu całości mam pewien niedosyt. Po cichu liczyłem na więcej nowości. Jako sztuka teatralna „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” z pewnością przynosi dużo emocji i rozrywki. W formie czytanej jednak tego brakuje, dlatego tę pozycję polecam przede wszystkim tym, których interesują późniejsze dzieje ulubionych bohaterów. Sam natomiast chętnie udałbym się na spektakl.

 

Konan Destylator

 

Niecały tydzień temu, bo 26 października, w progach polskich księgarni zawitał „Konan Destylator” Andrzeja Pilipiuka. Jest to kolejna, ósma już, odsłona przygód Jakuba Wędrowycza. Książka składa się ze zbioru opowiadań poświęconych wojsławickiemu bimbrownikowi i egzorcyście.

Na ten tytuł czekałam dość długo i, gdy tylko złapałam do w ręce, przepadłam. Andrzej Pilipiuk, mimo dość sporego dorobku w zakresie Wędrowyczowych historii, nie popadł w rutynę, a jego dzieła trzymają wysoki poziom. „Konan Destylator” przerósł wręcz moje oczekiwania. Opowiadania idealnie łączą elementy historyczne, archeologiczne wspominki z garścią fantastyki, niewybrednymi żartami i Jakubową „swojskością”. To właśnie owe żarty i „wieśniackie zagrywki” sprawiły, że co chwilę wybuchałam głośnym śmiechem.

Książka nie jest trudna w odbiorze, co jest jej sporym plusem. W przystępny sposób odsłania stereotypowe przywary Polaków i choć robi to bezceremonialnie, to wcale nie poczułam się nimi skrzywdzona. Może to kwestia dużego przerysowania postaci Jakuba. Sama fabuła, choć na pierwszy rzut oka wydaje się być ulokowaną w realnym świecie, nie pozwala do końca uwierzyć w jego prawdziwość. Czytelnik jest nieustannie trzymany na granicy absurdu.

„Konan Destylator” jest idealną lekturą dla każdego, kto ma czasem ochotę odpłynąć w nie do końca poważną fantastykę. A sami fani Andrzeja Pilipiuka, na pewno nie poczują się nią rozczarowani.

                                                                          Ember in the Ashes. Pochodnia w Mroku

 

Pierwszy tom z serii "Ember in the Ashes" spotkał się ze świetnym odbiorem czytelników i w krótkim czasie urósł do rangi bestsellera. To młodzieżowe fantasy wzbudziło zachwyt i wybiło się wśród wielu pozycji tego gatunku. "Imperium Ognia" opowiada o dwójce bohaterów, którzy buntują się przeciw rządzonemu okrutną ręką Imperium. Po blisko roku pojawiła się druga część, która jest kontynuacją ich wcześniejszych przygód i utrzymała równie wysoki poziom. W czym tkwi fenomen tej fantastycznej sagi?

Sabaa Tahir przedstawia nam świat wzorowany na czasach starożytnych. Można w nim spotkać kilka ras ludzi. Wojanie są potężni, potrafią wykuwać stal i panują nad pozostałymi. Scholarzy ze względu na niższy poziom postępu wiodą nędzny i niewolniczy żywot. Pojawiają się również Plemieńcy, którzy wędrują na granicach mocarstwa. Tereny są w dużej mierze pustynne, co w połączeniu z tymi ostatnimi przypomina znaną nam Afrykę. Mamy tu dość rozbudowane połączenie. Panujący Wojanie reprezentują Imperium, które ze względu na ustrój i podział klasowy można przyrównać do Cesarstwa Rzymskiego. Jako jedyni potrafią wykuwać stal, co daje im przewagę na polu bitewnym. Niektórzy z nich przechodzą w młodości morderczy trening bojowy, by stać się później Maskami, czyli elitarnymi wojownikami, budzącymi w innych skrajne przerażenie. Ich niewiarygodne umiejętności i pełne stalowe uzbrojenie, czynią z nich maszyny do zabijania. Bez wątpienia kojarzy się to z greckimi Spartanami. Mniej zaawansowani Scholarzy nie mają z nimi żadnych szans. Tak im słodko życie płynie, gdy w pewnym momencie, na skutek dramatycznych wydarzeń, buntuje się dwoje przedstawicieli obu nacji. Tak poznajemy naszych głównych bohaterów. Laia reprezentuje kastę Scholarów i posiada ukryte magiczne zdolności. Elias natomiast jest byłym uczniem Akademii Czarnego Klifu, czyli niedoszłą Maską.

Głównym wątkiem jest oczywiście ratowanie świata przed złym Imperatorem. Schemat ten, chociaż został już wielokrotnie powielony, nie rujnuje nam przyjemności z czytania. Jest tak, ponieważ treść skupiona jest na psychologii naszych bohaterów. Muszę przyznać, że autorka wspaniale przemyślała sobie postacie i ich wewnętrzne rozterki. Znajdujący się w trudnym położeniu Laia i Elias przechodzą wewnętrzną przemianę. Nie dokonują oni bezsensownych heroicznych czynów. Za każdym razem poznajemy te nietuzinkowe emocje, które ich do tego skłaniają. Nutkę tajemniczości wprowadza natomiast Komendatka, nasz czarny charakter.

Wydarzenia drugiego tomu skupiają się w większości z dala od stolicy Imperium. Misja dwojga bohaterów zdaje się być pretekstem do wprowadzenia szeregu innych elementów, które rozczłonkowują akcję. Szablon został nieco przełamany i na horyzoncie zaczyna nakreślać się coś nowego. Powitałem to z wielką radością i chętniej zabrałem się do lektury. To jest coś, czego wcześniej brakowało mi w tej serii. Rozbudowały się również motywy fantastyczne. Narastają one do końca trwania powieści i przyjmują ostatecznie potężny wymiar, który ma wpływ na fabułę.
O ile w „Imperium Ognia” nie było dużo miejsca na uczucie kiełkujące w naszych bohaterach, tak w „Pochodni w Mroku” pojawia się ono znacznie częściej. Nie jest co prawda dominującą częścią, ale rozgrywa się obok głównych wydarzeń i przykuwa uwagę na tyle, że momentami staje się ciekawsze od głównego wątku. Podoba mi się pomysł wdrażania z czasem kolejnych detali. Minusem natomiast jest główny wątek i misja, która okropnie ciągnie się przez całą książkę. Wydawałoby się, że powinna być punktem kulminacyjnym, natomiast w pewnym momencie stała się nieco nudna i naszło mnie wrażenie, że straciła totalnie na znaczeniu. Mimo wszystko jasne jest, że bohaterowie muszą nią podążać, a czytelnik wraz z nimi.

Drugi tom serii „Ember in the Ashes” przerósł moje oczekiwania. Spodziewałem się kontynuacji lekkiego fantasy. Fabuła jednak rozgałęziła się na boki wystarczająco, by przykuć moją większą uwagę. Trzecia część zapowiada się więc obiecująco. Polecam tę pozycję wszystkim, którzy czerpią przyjemność z samej przygody i szukają równocześnie nieco bardziej skomplikowanych charakterów .

                                                                                      Kształt wody

 

Niedawno, bo 16 lutego 2018 roku do kin weszło najnowsze dzieło Guillermo del Toro, reżysera takich filmów, jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy”. Tym razem z pod jego pióra wyszło fantasy z elementami dramatu i kryminału- „Kształt wody”. Historia opowiada o losie wodnego, człekokształtnego stwora, który trafia w ręce naukowców i niemej kobiety dostrzegającej w nim ludzką naturę.

Oglądając zwiastun „Kształtu wody” spodziewałam się całkiem niezłego filmu, lecz teraz otwarcie mogę stwierdzić, że przerósł on moje oczekiwania. Była to jedna z lepszych produkcji, jakie ostatnio widziałam.

Na szczególną uwagę zasługuje koncepcja filmu, który choć jest fantastyczny, to nie przypomina większości dzieł tego gatunku. Może być to zasługą bardzo mocnego ukazania realizmu. To co się z nim wiąże to naturalizm, który reżyser serwuje nam od pierwszych minut. Odziera ze wstydu główną bohaterkę, dzięki czemu już od początku między Elizą a widzem buduje się mocna więź. W filmie nie ma tematów tabu. Seks, przemoc, samotność, to obrazy, którymi zostajemy otoczeni. O ile taki ekshibicjonizm jest dużą zaletą produkcji, o tyle ilość, nie zawsze uzasadnionej przemocy, nie do końca trafia w moje gusta.

Na duży plus zasługuje klimat filmu, który utrzymany jest w latach 60-tych. Nie ma w nim zbędnych efektów specjalnych, czym często chwalą się producenci wielu dzieł fantasy. Dzięki mnóstwu elementów, takich jak kolorystyka „Kształtu wody”, czy nawiązania do starych musicali, możemy, razem z bohaterami znaleźć się w tamtych czasach.

Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w filmie, jest duża wrażliwość, jaką budowała postać głównej bohaterki. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się odrzucające, dzięki Elizie stawało się piękne. Jej gesty, zachowania emanowały subtelnością, która pozwoliła widzowi oswoić dziwne, nierzadko odstręczające sytuacje, jakie zachodziły między bohaterką a stworem. Odegrana przez Sally Hawkins rola zasługuje na duże brawa.

Jedynym, małym minusem, była dla mnie jedna ze scen, rodem z musicalu, która, na chwilę, oderwała mnie od atmosfery budowanej przez cały film. Miała zobrazować uczucia Elizy, lecz wyszła trochę zbyt komediowo.

Tak, jak wspominałam, „Kształt wody” był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Mogę śmiało dać mu mocne 9/10. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad pójściem do kina, zdecydowanie zachęcam do obejrzenia go, bo szkoda byłoby przegapić taką perełkę.

 

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

 

Na półkach księgarni dopiero co pojawiło się wydanie książkowe sztuki teatralnej „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, a w kinach już odbyła się premiera filmu z tego samego uniwersum pod tytułem „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Jego scenariusz napisała J.K. Rowling, natomiast reżyserią zajął się David Yates. Trzeba przyznać, że po tak długim przestoju ta obfitość produkcji jest wręcz niezwykła. Czym przyciągnie ona fanów Harrego?


 

Świat się rozszerza. Nie tylko nasz wszechświat, lecz również ten w którym żyją czarodzieje, mugole i niezwykłe stworzenia . Nareszcie akcja wyszła daleko poza teren Hogwartu i poczułem powiew świeżości, na który długo czekałem. W nowej historii znalazłem całą paletę ciekawych wątków, które niczym kolory na płótnie stworzyły harmonijną całość. Na tym obrazie zobaczyć możemy między innymi poświęcenie, strach, miłość oraz problemy naszej cywilizacji. Bardzo spodobały mi się szerzej opisane relacje między społecznością czarodziejów i niemagów, dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak mało tego było we wcześniejszych produkcjach. Seans uprzyjemniły również świetne wstawki komediowe.

Dużym plusem filmu jest gra aktorska, w szczególności w przypadku głównego bohatera Newta Skamandera, w którego rolę wcielił się Eddie Redmayne. Same jego ruchy i mimika twarzy sprawiły, że od razu nabrałem do niego sympatii. Wszyscy aktorzy pokazali to szczególne dziwactwo, które jest charakterystyczne dla świata Rowling i wprowadza nas w jego fantastyczny klimat.

W scenerii jak i w całej produkcji jest znacznie więcej magii, niż w serii o Harrym Potterze, może z wyłączeniem ostatnich części. Tuż poza zasięgiem mugoli rzucane są zaklęcia, przedmioty poruszają się same, a w sercu miasta krążą światła i cienie, których większość mieszkańców nie jest w stanie zidentyfikować. Efekty specjalne są wykonane znakomicie i momentami zapierają dech w piersiach!

Całość oceniam bardzo wysoko. Film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” spodobał mi się nawet bardziej od ekranizacji „Harrego Pottera”.

 

 

Duże zaskoczenie! Te dwa słowa idealnie opisują moją reakcję na film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” według scenariusza J.K. Rowling. Nie spodziewałam się, że dzieło z uniwersum „Harrego Pottera”, nie związane praktycznie ze znanymi z bestsellerów bohaterami ani wątkami, może okazać się tak dobre. Film, ku mojemu zdziwieniu, nie był odgrzanym tostem, lecz pełnowartościową ucztą wizualną.

„Fantastyczne zwierzęta…” urzekły mnie przede wszystkim postacią głównego bohatera- zakręconego, żyjącego w swoim świecie poszukiwacza magicznych stworzeń. Był on tak oddaną ideałom, a przy tym niewinną osobą, że nie dało się go nie polubić. W rolę tę wspaniale wcielił się Eddie Redmayne.

W filmie bardzo spodobało mi się wciągnięcie niemaga w przygody czarodziejów. W „Harrym Potterze” byłoby to niedopuszczalne, a tu stało się jednym z ciekawszych elementów całej historii.

Co zaskakujące, w „Fantastycznych zwierzętach…”, zwykli ludzie i czarodzieje przedstawieni byli na podobnym poziomie intelektualnym. Nie pojawił się ostry podział na „głupszych” mugoli i magów, co widoczne było przy „Harrym…”.

Kolejnym, ogromnym plusem, był pięknie ukazany świat magicznych stworzeń. Oglądało się go nie tylko z przyjemnością, lecz z pewną dozą fascynacji.

Z filmu wręcz wylewała się magia, dzięki czemu fabuła nie dłużyła się. Nie było momentu, który by mnie znudził. Cała akcja filmu stanowiła świetnie wyważoną całość.

Dzieło Rowling i Yates'a zdecydowanie polecam każdemu. Fanom „Harrego Pottera”, by odkryli coś zaskakująco innego, w tak znanym przecież świecie. Pozostałym , by przeżyli niesamowicie magiczną przygodę w pięknej krainie.

 

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
poniedziałek, lipiec 23, 2018