banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

szukajka

ADSENSE

Strażnicy Galaktyki vol.2 – Recenzja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 

Strażnicy Galaktyki vol.2

 

4 maja premierę miała kolejna część Marvelowskiej opowieści o kosmicznych bohaterach- „Strażnicy Galaktyki vol.2”. W filmie pojawiła się znana z pierwszej części grupa przyjaciół, jednak nieco zmieniona i powiększona o inne postaci. Jak w przypadku poprzedniej ekranizacji, i tym razem, nieustraszony skład musiał stawić czoła przeciwnościom i ocalić Galaktykę.

 

 

 

 

Do kin weszła właśnie druga część Strażników Galaktyki. Marvel serwuje nam przygody zgranej paczki przyjaciół, która ponownie stawia czoło wielkiemu niebezpieczeństwu i robi to w świetnym stylu.

Akcja w filmie jest na najwyższym poziomie. Połączenie technologii Sci-Fi, niewiarygodnych umiejętności bohaterów i dynamicznych animacji sprawiło, że momentami przenosiłem się na pole walki. W większość scen, również tych spokojnych, wpleciony był akcent humorystyczny, który został dobrany w tak odpowiedni sposób, że nie powodował przesytu i miło witałem każdy kolejny.

Jak na film akcji, tej jednak nie było wcale tak dużo. Środkowa część seansu skupiła się na relacjach między poszczególnymi bohaterami. Poprzez pokonywanie trudności wzmacniali oni swe więzi, co było kluczowe dla osiągnięcia sukcesu. W międzyczasie dowiedzieliśmy się dużo o ich historii, charakterze i motywach. Nabyliśmy sympatii do awanturników, którzy odnaleźli w sobie rodzinę, jakiej nigdy nie mieli. Całość skończyła się w sposób, który sprawił, że łezka zakręciła się w oku, czego wcale się nie spodziewałem.

W „Strażnikach Galaktyki vol. 2” znalazłem sporo świetnej zabawy, ciekawe dopełnienie i emocjonujący finał, czyli wszystko czego mogłem oczekiwać od tego typu produkcji.

 

 

 

 

Teza mówiąca, że drugie części filmów są słabsze od pierwszych, nie zawsze jest słuszna. Tym razem mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że „Strażnicy Galaktyki vol.2” byli produkcją zrobioną nieco lepiej. Oglądając najnowszą część czułam wiele skrajnych emocji, od radości aż po smutek.

Zupełnie inaczej postrzegałam niektóre postaci, przez co, w tej części, zaczęłam bardziej doceniać  Małego Groota i Draxa, a nie jak w pierwszej części Petera Quill’a. Doszło też kilka nowych postaci, jak na przykład Ego, który, co ciekawe, nawet na chwilę nie wzbudził mojej sympatii.

Część druga obfitowała w dużo więcej żartów, zrobiona była bardziej komediowo, niż pierwsza. Nie zabrakło w niej także znanych utworów, które w znaczny sposób tworzyły klimat filmu. Już od pierwszej sceny, muzyka stanowiła ważny element całości.

Nie spodziewałam się, że typowo rozrywkowa produkcja będzie w stanie wywołać we mnie smutek i wilgotne oczy, jednak twórcy dołożyli wszelkich starań, by film nie opierał się jedynie na pustym humorze. Dzięki sprytnym manewrom na uczuciach widza, wiele postaci zyskało w moich oczach, choć początkowo nie spodziewałam się, że mogą się oni zmienić.

Jeśli jeszcze wahacie się czy iść do kina, to przestańcie! „Strażnicy Galaktyki vol.2” zdecydowanie są warci obejrzenia i przypadną do gustu nie tylko fanom twórczości Marvela.

 

 

 

Nowości - Recenzje

Trylogia - okładka

 

Wszyscy znamy powieści historyczne Henryka Sienkiewicza. Pozycje te są klasyką w kanonie literatury polskiej i znajdują się na liście lektur obowiązkowych w procesie nauczania. Mamy więc z nimi styczność już od najmłodszych lat, co sprawia, że nasza postawa wobec twórczości Sienkiewicza jest już w pewien sposób ugruntowana. Czy jest możliwe, aby historia Polaków, spisana na kartach papieru ponad sto lat temu, miała charakter fantastyczny? Nowe wydanie „Trylogii” zwiastuje przełom w postrzeganiu tegoż kultowego cyklu.

„Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.” Przytoczony cytat z „Ogniem i Mieczem” rozpoczyna naszą czytelniczą przygodę i jest wstępem do pełnych opisów natury, które towarzyszą nam przez całą podróż. Nie są one napełnione fantastycznymi zjawiskami jakie znajdziemy u Tolkiena, jednak sprawiają nieodparte wrażenie, że przyroda reaguje na nadchodzące wydarzenia. Jeżeli mamy do czynienia z realnym światem, w dużej mierze zgodnym z prawdziwą historią, to jest dość niezwykłe, by zjawiska atmosferyczne wpasowywały się w nastrój aktualnych sytuacji.  Kometa zwiastująca klęski spełnia przecież tę samą rolę, co ta z „Sagi Lodu i Ognia”. Naprawdę warto zwrócić na to uwagę. Takie zabiegi tworzą niesamowity klimat, należy jednak pamiętać, że nie mamy tu do czynienia z czymś nieracjonalnym. Można powiedzieć raczej o zbiegu okoliczności w iście fantastycznym stylu. Znacznie ciekawsze jest jednak to, co dzieje się na ziemi. W światach fantasy występują przeróżne stworzenia, których w „Trylogii” nie uświadczymy. Jest to oczywiste biorąc pod uwagę fakt, że fantastyką jaką dziś znamy, w czasach Sienkiewicza jeszcze nie istniała. Tak więc zbroi nie wykuje nam krasnolud, a na niebie nie zobaczymy przelatującego gryfa. Są one obce naszej historii. Co innego tyczy się duchów. Te istoty są mocno zakorzenione w polskim folklorze i autor skorzystał z tego, nadając grozę wydarzeniom. Oprócz zjaw, w cyklu znajdziemy również wiedźmę, czyli kobietę uprawiającą magię. Mamy więc kolejny klasyczny element fantastycznej układanki, który nie wymaga tłumaczenia. Bohaterowie są realni na tyle, na ile realne jest machanie ogromnym Zerwikapturem przy użyciu jednej ręki. Pomijając fakt niewielkiej użyteczności tak ciężkich mieczy jak ten Longinusa Podbipięty, ten przykład wyraźnie kształtuje nam cechę herosów jaką jest nadludzka siła. Pan Wołodyjowski natomiast jest tak dobrym szermierzem, że kto wie… być może mógłby stanąć w szranki z samym Geraltem z Rivii i mieć szanse na zwycięstwo. Nasza sienkiewiczowska paczka dość nieźle wpasowuje się w ramy Heroic Fantasy.

 

Wszystkie wymienione powyżej elementy są mocno ograniczone i w młodości nawet nie zwróciłem na nie uwagi. Być może szkoła nałożyła pewne ramy i nie zostawiła wiele miejsca na własne przemyślenia. Oczywiste jest, że nie możemy mówić o „Trylogii” Sienkiewicza jako o cyklu powieści fantastycznych. Takie stwierdzenie daleko mija się z prawdą. Nie ma jednak wątpliwości, że dzięki tej niewielkiej nadnaturalnej otoczce całość zyskała wyjątkowego klimatu i poruszyła serca Polaków. Teraz wiem, że warto wrócić do niektórych lektur i o odnaleźć w nich coś nowego, coś co przeoczyło się ostatnim razem. Jeśli chodzi o dzieła Sienkiewicza, nadarzyła się ku temu wyjątkowa okazja w postaci nowego wydania „Trylogii” w jednym tomie. Została ona wzbogacona o fantastyczne ilustrację Piotra Arendzikowskiego i posłowie napisane przez Andrzeja Olejnika, traktujące na temat innego odbioru cyklu w dzisiejszych czasach.

 

 







 Miedziana rękawica

 

Całkiem niedawno, bo 6 lipca, dzięki wydawnictwu Albatros, na półkach księgarni pojawiła się nowa pozycja z gatunku fantasy, jaką jest „Miedziana rękawica” autorstwa Holly Black i Cassandry Clare. Obie autorki stworzyły już wiele interesujących opowieści (m.in. "Dary Anioła", czy "Kroniki Spiderwick"), a teraz jest dostępny także ich drugi, wspólny tom z serii „Magisterium”- kolejnej magicznej furtki znajdującej się w świecie rzeczywistym.

„Miedziana rękawica” jest kontynuacją przygód Calluma i jego przyjaciół, którzy są uczniami szkoły dla czarodziejów- Magisterium. W pierwszej części sagi dowiadujemy się, że główny bohater skrywa sekret, z którym nie do końca potrafi się pogodzić. Dodatkowo jest wystawiony na wiele prób, mających ukazać kim tak naprawdę jest. Czy zdoła je przejść? Czy przyjaźń i miłość przetrwają ciężki okres? I co do tego ma tytułowa, miedziana rękawica?

 

 

Paulina

Paulina

 

Moją uwagę w powieści, przykuł niezwykle lekki język, który sprawia, że książkę chłonie się niczym tabliczkę czekolady. Chcesz zjeść kawałek, lecz nim się obejrzysz znika cała. Mimo, iż język jest prosty, powieść nie staje się przez to infantylna.

Cały cykl „Magisterium” skierowany jest do odbiorców w wieku 12-17 lat, jednak jestem pewna, że starsi czytelnicy również znajdą w nim coś dla siebie. W serii pojawia się wiele uniwersalnych wartości, takich jak miłość, lojalność, czy przyjaźń, które nie tracą na znaczeniu zarówno u młodzieży, jak i dorosłych.

„Miedziana rękawica” zaskoczyła mnie pozytywnie swoim podobieństwem do, tak dobrze mi znanej, sagi o Harrym Potterze. Mimo tego, posiada ona swój odrębny charakter. Dzięki niemu, mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez autorki i wraz z bohaterami poczuć niesamowitą bliskość przyrody, spróbować porostów, czy spotkać na swej drodze żywiołaka. Powieść pozwoliła mi, na chwilę, stać się dzieckiem i wciągnęła w zawrotne tempo akcji.

Na pierwszy rzut oka, wydawało mi się, że książka Cassandry Clare i Holly Black, będzie dla mnie zbyt dziecinna, jednak z przyjemnością mogę przyznać, że się myliłam. Jestem ciekawa kolejnych części sagi „Magisterium” i ekranizacji, której chce się podjąć studio Constantin Films. Was również zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł i przekonania się, że seria dla  młodzieży może podbić serce nawet dorosłego czytelnika.

 

 


Dawid

Dawid

 

Kontynuację historii Calluma Hunta i jego przyjaciół czytałem z ogromną lekkością, pomimo trudnych warunków otoczenia. Akcja powieści prawie od samego początku toczy się dynamicznie przeskakując w kolejne lokalizacje i serwując przy tym sporo pokazów czarodziejskich umiejętności. Jest to niewątpliwie dobre rozwiązanie, żeby zaciekawić czytelnika. W książce znajduje się wiele barwnych opisów, które całkowicie pochłonęły moją uwagę i przeniosły mnie w wyobraźni do innego świata.

Niestety lektura nie wymagała ode mnie przerw na przemyślenia. Pewne powtarzalne schematy sprawiły, że rozwiązanie wielu wątków potrafiłem przewidzieć już na chwilę po ich rozpoczęciu, co jest zmorą dla każdego, bardziej oczytanego odbiorcy.

Interesujący jest konflikt wewnętrzny głównego bohatera, który zapoczątkowały wydarzenia z tomu pierwszego. Sprawia on, że całość czytałem przez jego pryzmat i starałem się zebrać argumenty wspólnie z młodym Callem.

Książkę „Miedziana Rękawica” określiłbym jako przyjemną powieść z nutką fascynacji dla młodszych czytelników oraz tych szukających lekkiej rozrywki w chwili relaksu.

 

 

Dom osobliwości Pani Peregrine

 

Już 7 października, do repertuaru polskich kin wejdzie najnowsza produkcja Tima Burtona, twórcy m.in. „Gnijącej Panny Młodej”, „Mrocznych Cieni”, czy choćby „Marsjanie atakują!”. Jego najnowszym dziełem jest  „Osobliwy dom Pani Peregrine”, którego fabuła oparta jest na debiutanckiej powieści Ransoma Riggsa o tym samym tytule.

Film jest historią chłopca, który po kilku niewyjaśnionych zdarzeniach, postanawia pójść śladami dziadka i odkryć sekret domu zamieszkanego przez niego w dzieciństwie. Po drodze musi zmierzyć się z wieloma trudnościami. Czy, pomimo nich, uda mu się poznać prawdę o domu?

 

 

 

Jako ogromna fanka Tima Burtona ucieszyłam się na samą wieść o nowej produkcji, którą reżyseruje. Od filmu oczekiwałam typowego, „burtonowskiego” połączenia historii z dreszczykiem z opowieścią o dużym wydźwięku moralnym. I nie zawiodłam się! Choć po pierwszych kilku minutach filmu nie powiedziałabym, że reżyserem jest Tim, to pojawiają się w nim sceny, które niezaprzeczalnie temu dowodzą. Reżyser przemyca w nim chociażby fragmenty typowych dla siebie animacji.

Na ogromny plus zasługuje obsada aktorska, która idealnie sprawdziła się, w nie tak łatwych, rolach. Szczególną uwagę zwróciłam na postać pani Peregrine odgrywaną przez Evę Green oraz Barrona, w którego wcielił się Samuel L. Jackson. Obie role wypadły bardzo dobrze.

Bardzo ciekawym zabiegiem było według mnie ukazanie w filmie postaci, które na myśl przywołują, znane z legend istoty. Dzięki temu, produkcja Burtona zyskuje drugie dno, które można różnie interpretować.

 Mile zaskoczyły mnie liczne nawiązania do Polski, a dokładnie do okresu wojny, gdyż nie często spotykam się z pozytywnymi odniesieniami dotyczącymi polskości w filmach zagranicznych.

Nawet tak dobrze i ciekawie wykonane dzieło, jak „Osobliwy dom Pani Peregrine” ma kilka słabszych punktów. Film, choć wciąga widza w swój świat z ogromną mocą, to momentami wydaje się być nieco ciężki i przytłaczający. Choć sama fabuła była dla mnie zrozumiała, to niekiedy potrzebowałam ogromnego skupienia, by dobrnąć do bardziej dynamicznych scen.

Niezbyt korzystne, według mnie, było zastosowanie kilku, nieco mroczniejszych ujęć, które z powodzeniem mogły stanowić materiał na horror, a nie jak mogłoby się wydawać fantasy z elementami dreszczowca.

Film, mimo niewielkich minusów, z czystym sumieniem, mogę polecić wszystkim fanom Tima Burtona, fantastyki, mrocznych historii czy po prostu dobrego kina. Według mnie, zasługuje na mocne 8/10 punktów.

 

 

 

Film „Osobliwy dom Pani Peregrine” zdecydowanie przeszedł moje oczekiwania. Niezwykłe ukazanie miejsc i pobocznych postaci sprawiło, że prawie od początku seansu przeniosłem się do świata baśni, chociaż większość z nich była zupełnie realna.

Tak jak w wielu innych produkcjach reżyserii Tima Burtona spotkałem się ze świetnym połączeniem elementów grozy i humoru, które ukazane w unikalny sposób dostarczyły mi sporo rozrywki. Nie spodziewałem się, że potrafię śmiać się przy scenach, które normalnie powinny wywołać dreszczyk emocji.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że  w przedstawionym świecie doszukałem się pewnej nieścisłości. Muszę jednak przyznać, że nie wpłynęła ona na satysfakcję po obejrzeniu filmu.

Podczas seansu z łatwością można było dostrzec problemy moralne bohaterów i naukę jaka wynika z ich rozwiązania. Pewne motywy skłaniały do refleksji i spowodowały, że posiedziałem na krześle w sali kinowej jeszcze chwilę po zakończeniu filmu. To jednak nie wszystko. Niewysłowioną przyjemność sprawiło mi odkrywanie alegorii , które nasuwają mi się aż do teraz i są warte zastanowienia.

Jestem wdzięczny za produkcję tego typu. Jest to harmonijne połączenie dobrej zabawy i bagażu przemyśleń w doskonałym wykonaniu twórców i obsady aktorskiej. Jestem pewien, że w „Osobliwym domu Pani Peregrine” każdy znajdzie coś dla siebie.

 

 Assassin's Creed

 

Wyobraźmy sobie pewien zimowy poranek. Niska temperatura nie zachęca do wyjścia z domu, tym bardziej, że jest dzień świąteczny i wielu ludzi jeszcze leniwie przewraca się na drugi bok. Na zewnątrz pustka i nawet płatki śniegu zdają się opadać wolniej niż robią to przeważnie. Tylko w oddali widać jak przez mrozy maszeruje garstka „szaleńców”. Spieszą oni do galerii handlowej, ta jednak okazuje się być zamknięta. Zatrzymują się przed głównym wejściem i drżącymi z zimna, lub może z roztargnienia dłońmi wyciągają telefony, by sprawdzić, która jest godzina. Ostatni raz obrzucają nieruchome, szklane drzwi przelotnym, gniewnym spojrzeniem i puszczają się w bieg wokół budynku. Ich stopy ostrożnie, lecz nie bez gracji muskają śliską powierzchnię chodnika. Zwinnie omijają ustawione na nim kamienne słupki, ochronę przed samochodami. Po drodze zatrzymują się kilka razy przy bocznych wejściach do galerii. Kręcą głowami, macają szybę w poszukiwaniu jakiejkolwiek szczeliny, lecz to wszystko na próżno. W końcu docierają do ostatniego, tego najbliżej znajdującego się wewnątrz kina wejścia i z ulgą wymalowaną na twarzy oglądają powolne, lecz stanowcze otwarcie się rozsuwanych drzwi. Już nie biegiem, lecz szybkim, płynnym krokiem wchodzą do środka i kierują się w stronę schodów automatycznych. Te jednak poruszają się za wolno. Szaleńcy spokojnie po dwa schodki wspinają się na piętro. Kino jest tuż przed nimi. Podekscytowani wyciągają bilety, a bramkarz wpuszcza ich do środka, „Sala cztery!” rzucając im na odchodne. Zmarznięci podróżnicy dotarli do celu i z radością powitali ostatnią wyświetloną przed seansem reklamę. Tę samą, która normalnie dopełniłaby właśnie czarę goryczy oczekującego na film widza. Znajdują swoje miejsca w prawie pełnej już sali i rozsiadają się wygodnie. Do głowy przychodzi im teraz jedno pytanie: „Czy warto było?”. Napisaliśmy dla Was kilka słów o naszych odczuciach po premierze filmu „Assassin’s Creed”, która odbyła się 6 grudnia.

 

 

 

Filmy na podstawie gier, które dotychczas oglądnąłem raczej nie należały do najlepszych produkcji. Ich fabuła była mało odkrywcza i pojawiały się w nich elementy niezrozumiałe dla widza, który z danym tytułem spotkał się po raz pierwszy lub miał o nim niewielkie pojęcie. Mimo to, do „Assassin’s Creed” podszedłem z bardzo pozytywnym nastawieniem. Samej gry nie przechodziłem, więc piszę te słowa z punktu widzenia osoby, która zna zaledwie zarys jej fabuły.

Zaczęło się od nieco przydługiego przedstawienia głównego bohatera i sytuacji w jakiej się znalazł. Ja osobiście byłem z tego bardzo zadowolony. Obawiałem się, że twórcy mogą wrzucić nas w wir wydarzeń bez uprzedniego przygotowania. Dzięki temu już do końca seansu wszystko było klarowne i mogłem skupić się na rozwinięciu akcji. Ta z kolei nagle mocno przyspieszyła tempo. Były momenty w których odniosłem wrażenie, że coś zostało pominięte, tak jakby nagle zabrakło sceny, która powinna się tu jeszcze znaleźć. To sprawiło, że poczułem niedosyt w niestety negatywnym sensie. Ten film powinien mieć więcej czasu na rozwinięcie.

Fabuła, jak się dowiedziałem, nieco różni się od tej w grze. Historia oparta jest na innych czasach, w innym miejscu. Dla tych, którzy grali w „Assassin’s Creed” jest to raczej na plus. W przeciwnym wypadku mogłoby dojść do sytuacji, w której totalnie nic by ich nie zaskoczyło. Teraz mogą porównywać film z wersją, którą znają i dyskutować na ten temat. Dla takich jak ja, którzy nie mieli wcześniej styczności z tym światem, nie ma to większego znaczenia. Dla scenarzystów z kolei, byłby to ciężki orzech do zgryzienia. Upchnięcie kilkudziesięciu godzin gameplay’a w krótkim filmie, nawet przy ich zdolnościach, byłoby nie lada wyzwaniem. W każdym razie film jest bogaty w zaskakujące zwroty akcji, co nieco polepszyło moje zdanie o tego typu produkcjach.

Tym czego można było się spodziewać na pewno były niesamowite pokazy akrobatyczne, połączone z wymyślnymi sposobami zabijania ludzi. Większość z nich można skomentować jako „Och! Wow! Niesamowite!”. Tak, to jeden z tych tytułów, po których nachodzi człowieka dziwna ochota, by poskakać po ścianach. Uwielbiam to uczucie! Zdecydowanie efektowne sceny akcji są tym, co odzwierciedla fenomen gry. Tak mogę wnioskować po fascynacji ludzi, z którymi o niej rozmawiałem.

Pomimo niewielkich potknięć, wszystko zdaje się być bardzo przemyślane i jak na film na podstawie gry, daję mu wysoką notę. Polecam wszystkim fanom kina akcji i czekam na kontynuację, gdyż zakończenie aż się prosi o kolejną część.

 

 

 

 

 

 

Film mogę nazwać dobrym w momencie, gdy wychodząc z kina jestem w swoim świecie, gdy przez najbliższą godzinę nikt nie złapie ze mną kontaktu, bo jestem w ciele jednego z bohaterów. Tak czułam się po obejrzeniu „Assassin’s Creed”. Ta ekranizacja popularnej gry wciągnęła mnie tak bardzo w XV-wieczny świat, że zapragnęłam choć na chwilę poczuć się jak Asasyn.

Na sporą pochwałę zasługuje przede wszystkim grafika filmu i efekty, które zostały w nim użyte. Przedstawienie synchronizacji Calluma z przodkiem zrobiło na mnie chyba największe wrażenie. Ciekawie zostały ukazane również sylwetki Asasynów- mistycznych i niezwykle tajemniczych.

Jedynym, co nie podobało mi się w ekranizacji, był niedosyt jaki po sobie pozostawiła. Zabrakło mi w historii rozwinięcia, a może nawet ukończenia niektórych wątków. Z niecierpliwością czekam na kolejne części „Assassin’s Creed” i polecam ten film nie tylko zapalonym graczom, lecz również osobom, które tak jak ja oczekują od niego dobrego widowiska z elementami fantastyki.

 

Konan Destylator

 

Niecały tydzień temu, bo 26 października, w progach polskich księgarni zawitał „Konan Destylator” Andrzeja Pilipiuka. Jest to kolejna, ósma już, odsłona przygód Jakuba Wędrowycza. Książka składa się ze zbioru opowiadań poświęconych wojsławickiemu bimbrownikowi i egzorcyście.

Na ten tytuł czekałam dość długo i, gdy tylko złapałam do w ręce, przepadłam. Andrzej Pilipiuk, mimo dość sporego dorobku w zakresie Wędrowyczowych historii, nie popadł w rutynę, a jego dzieła trzymają wysoki poziom. „Konan Destylator” przerósł wręcz moje oczekiwania. Opowiadania idealnie łączą elementy historyczne, archeologiczne wspominki z garścią fantastyki, niewybrednymi żartami i Jakubową „swojskością”. To właśnie owe żarty i „wieśniackie zagrywki” sprawiły, że co chwilę wybuchałam głośnym śmiechem.

Książka nie jest trudna w odbiorze, co jest jej sporym plusem. W przystępny sposób odsłania stereotypowe przywary Polaków i choć robi to bezceremonialnie, to wcale nie poczułam się nimi skrzywdzona. Może to kwestia dużego przerysowania postaci Jakuba. Sama fabuła, choć na pierwszy rzut oka wydaje się być ulokowaną w realnym świecie, nie pozwala do końca uwierzyć w jego prawdziwość. Czytelnik jest nieustannie trzymany na granicy absurdu.

„Konan Destylator” jest idealną lekturą dla każdego, kto ma czasem ochotę odpłynąć w nie do końca poważną fantastykę. A sami fani Andrzeja Pilipiuka, na pewno nie poczują się nią rozczarowani.

 

Czterdzieści i cztery

 

Dzięki uprzejmości księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl w moje ręce wpadła najnowsza powieść Krzysztofa Piskorskiego, zdobywcy wielu literackich nagród i uznanego polskiego autora literatury fantastycznej. „Czterdzieści i cztery”, bo o niej mowa, była książką długo wyczekiwaną przez fanów pisarza i miłośników fantastyki.

Pierwszym, co zauważyłam czytając powieść, jest niełatwy sposób odbioru jej. Wymagała ode mnie dużego skupienia, ponieważ wielowątkowość i duża ilość zagadnień historycznych zabiera sporo uwagi. Książka w zaskakujący sposób łączy motywy realnej historii z science fiction i rodzimą fantastyką. Rzadko spotyka się tak zróżnicowane gatunkowo dzieło. Dla mnie jest to ogromny plus.

Autor, przez dużą część powieści, stara się wytworzyć iluzję realności przedstawionych wątków fantastycznych, co w wielu momentach mu się udaje. Mi także, kilka razy, zdarzyło się wpaść w pułapkę zastawioną przez Piskorskiego. Sama obecność prawdziwych lub lekko „podrasowanych” fragmentów poezji i dzieł znanych wieszczów, dodatkowo wytwarza wokół całej historii wrażenie prawdziwości.

Książka w ciekawy sposób przeniosła mnie w wiele miejsc, w których zderzają się różne światy. Zresztą cała „Czterdzieści i cztery” jest jednym wielkim zderzeniem światów, czasów, wierzeń i osobowości. Na jednej płaszczyźnie potrafią się tu spotkać ludowe czary i wielce zaawansowana technologia.

Powieść w sprytny sposób manewruje też uczuciami i charakterem postaci. Nie ma w niej czysto złych czy dobrych bohaterów. Każdy podejmuje lepsze lub gorsze decyzje, które jednak nie warunkują całego bagażu emocjonalnego niesionego przez niego. W historii jest też dużo intryg uniemożliwiających jasne określenie postaci.

Ważną rolę odrywa tu poczucie misji, chęć zmiany świata na lepsze. W „Czterdzieści i cztery” widać niemałe wzorowanie się literaturą „ku pokrzepieniu serc”. Dużą rolę odrywają w niej bohaterowie narodowi, powstańcy walczący za słuszną sprawę. To im poświęcony jest ładny kawał dzieła Krzysztofa Piskorskiego. Na nich opiera się wiele poruszonych przez autora wątków. Szkoda tylko, że część z nich nie zostaje zakończona, co pozostawia mały niedosyt po przeczytaniu książki.

Powieść pozytywnie zaskoczyła mnie i mimo kilku drobnych uwag, uważam, że warto bliżej się jej przyjrzeć. Polecam ją przede wszystkim fanom fantastyki i historii, gdyż takiej dawki futurystycznych rozwiązań, pierwotnej magii, poezji, międzynarodowych intryg i pełnej zaangażowania walki o ideały ze świecą szukać w literaturze.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
poniedziałek, lipiec 24, 2017