banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

szukajka

ADSENSE

Strażnicy Galaktyki vol.2 – Recenzja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 

Strażnicy Galaktyki vol.2

 

4 maja premierę miała kolejna część Marvelowskiej opowieści o kosmicznych bohaterach- „Strażnicy Galaktyki vol.2”. W filmie pojawiła się znana z pierwszej części grupa przyjaciół, jednak nieco zmieniona i powiększona o inne postaci. Jak w przypadku poprzedniej ekranizacji, i tym razem, nieustraszony skład musiał stawić czoła przeciwnościom i ocalić Galaktykę.

 

 

 

 

Do kin weszła właśnie druga część Strażników Galaktyki. Marvel serwuje nam przygody zgranej paczki przyjaciół, która ponownie stawia czoło wielkiemu niebezpieczeństwu i robi to w świetnym stylu.

Akcja w filmie jest na najwyższym poziomie. Połączenie technologii Sci-Fi, niewiarygodnych umiejętności bohaterów i dynamicznych animacji sprawiło, że momentami przenosiłem się na pole walki. W większość scen, również tych spokojnych, wpleciony był akcent humorystyczny, który został dobrany w tak odpowiedni sposób, że nie powodował przesytu i miło witałem każdy kolejny.

Jak na film akcji, tej jednak nie było wcale tak dużo. Środkowa część seansu skupiła się na relacjach między poszczególnymi bohaterami. Poprzez pokonywanie trudności wzmacniali oni swe więzi, co było kluczowe dla osiągnięcia sukcesu. W międzyczasie dowiedzieliśmy się dużo o ich historii, charakterze i motywach. Nabyliśmy sympatii do awanturników, którzy odnaleźli w sobie rodzinę, jakiej nigdy nie mieli. Całość skończyła się w sposób, który sprawił, że łezka zakręciła się w oku, czego wcale się nie spodziewałem.

W „Strażnikach Galaktyki vol. 2” znalazłem sporo świetnej zabawy, ciekawe dopełnienie i emocjonujący finał, czyli wszystko czego mogłem oczekiwać od tego typu produkcji.

 

 

 

 

Teza mówiąca, że drugie części filmów są słabsze od pierwszych, nie zawsze jest słuszna. Tym razem mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że „Strażnicy Galaktyki vol.2” byli produkcją zrobioną nieco lepiej. Oglądając najnowszą część czułam wiele skrajnych emocji, od radości aż po smutek.

Zupełnie inaczej postrzegałam niektóre postaci, przez co, w tej części, zaczęłam bardziej doceniać  Małego Groota i Draxa, a nie jak w pierwszej części Petera Quill’a. Doszło też kilka nowych postaci, jak na przykład Ego, który, co ciekawe, nawet na chwilę nie wzbudził mojej sympatii.

Część druga obfitowała w dużo więcej żartów, zrobiona była bardziej komediowo, niż pierwsza. Nie zabrakło w niej także znanych utworów, które w znaczny sposób tworzyły klimat filmu. Już od pierwszej sceny, muzyka stanowiła ważny element całości.

Nie spodziewałam się, że typowo rozrywkowa produkcja będzie w stanie wywołać we mnie smutek i wilgotne oczy, jednak twórcy dołożyli wszelkich starań, by film nie opierał się jedynie na pustym humorze. Dzięki sprytnym manewrom na uczuciach widza, wiele postaci zyskało w moich oczach, choć początkowo nie spodziewałam się, że mogą się oni zmienić.

Jeśli jeszcze wahacie się czy iść do kina, to przestańcie! „Strażnicy Galaktyki vol.2” zdecydowanie są warci obejrzenia i przypadną do gustu nie tylko fanom twórczości Marvela.

 

 

 

Nowości - Recenzje

 

Opowieść o Kullervo

 

Gdy znalazłem informację, że wkrótce pojawić ma się niepublikowana wcześniej historia pióra J.R.R. Tolkiena, to już wiedziałem, że czeka mnie świetna lektura i… nie pomyliłem się. Opowieść o Kullervo została odczytana z rękopisu tegoż prekursora fantasy i wydana, wraz z notatkami, pod redakcją Verlyn Flieger. Tolkien wzorował się na fińskim eposie Kalevala, który w czasach pogańskich był przekazywany w formie ustnej. Autor nie dokończył prac, więc nie ma pewności jak miała wyglądać ostateczna wersja tej opowieści. Była to jednak jedna z jego pierwszych prób pisarskich i miała ogromny wpływ na późniejszą, znaną nam twórczość.

Pierwsze słowa „In the days when magic was yet new” są kluczowe zarówno dla dorobku pisarza, samej historii, jak i formy, w której została spisana. Nie odeszła ona bowiem daleko od niespójnych, nieco chaotycznych przedchrześcijańskich wierzeń. Muszę przyznać, że czytając tę opowieść po raz pierwszy doznałem szoku. Znając ramy naszej europejskiej literatury, której elementy są zawsze oprawione i dostosowane odpowiednio do kultury (głównie chrześcijańskiej), nie spodziewałem czegoś tak bezpośredniego. Przyzwyczaiłem się, że jeśli „dobry” bohater umiera w heroicznej walce, to są temu poświęcone długie, wręcz pochwalne wersy, nawet jeśli nie odgrywa on żadnej większej roli. Tutaj tego nie ma. Umiera bez ogródek, a cały jego dorobek zostaje zniszczony. Zmierzam jednak do czegoś innego. Nie jest szokujące to jak bohater umiera, ani ile linijek tekstu jest temu poświęconych, tylko to jak silne emocje potrafi wywołać ten tekst. Większość z nas pamięta pewnie z lekcji języka polskiego „Pieśń o Rolandzie”. Mi się to bardzo nie podobało i większość czasu się nudziłem. Naprawdę super, że opiewamy takie czyny, jednak przez tę całą otoczkę nie trafia do nas najważniejsze, czyli śmierć Rolanda i to co temu towarzyszy – groza, żałość, gorycz. Nie czułem tego czytając inne lektury, trafiło do mnie dopiero wczesnoeuropejskie podanie, które ukazuje sprawy takie jakimi są. Wygląda na to, że zwięzły opis jest bardziej prawdziwy od długich rozwodów. Całość jest napisana w tym stylu i poruszyła mnie do głębi. Nie dziwię się, że Kalevala stała się natchnieniem dla Tolkiena.

To nie wszystko co „Opowieść o Kullervo” ma nam do zaoferowania. Świetne są też wątki fantastyczne, naprawdę wyobraźnia ludzka nie zna granic. Uwielbiam momenty kiedy w grę wkracza magia i przenosi nas w swój świat. Jeden moment zainspirował mnie do tego stopnia, że zamierzam stworzyć ilustrację na jego podstawie.

Opowieść jest jednak tragiczna i nie wszystkim może się to spodobać. Jej przewodnie elementy to nienawiść, gniew, strach i smutek. Tytułowy Kullervo przypomina dobrze znanego nam Edypa i znacząco się różni od najbardziej znanych bohaterów Tolkiena, chociaż istnieją pewne podobieństwa, które warto wyłapać podczas lektury.

Pomimo, że historia jest pełna okropieństw i to w bezpośredni, często brutalny sposób przedstawionych, jest piękna. Chociaż jej motywy przewodnie były już wałkowane przez wieki, to czuję niedosyt. Skłoniło mnie to do przeczytania opowieści po raz drugi.

Podsumowując, gorąco polecam tę książkę wszystkim fanom fantastyki i nie tylko, ponieważ elementy fantasy nie grają tutaj głównej roli. Zaznaczam przy tym, że jest ona skierowana do dojrzałych czytelników zarówno ze względu na treść jak i bagaż przemyśleń. „Opowieść o Kullervo” rzuciła światło na coś, z czego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy i czuję się teraz bogatszy w moich przemyśleniach.

Trylogia - okładka

 

Wszyscy znamy powieści historyczne Henryka Sienkiewicza. Pozycje te są klasyką w kanonie literatury polskiej i znajdują się na liście lektur obowiązkowych w procesie nauczania. Mamy więc z nimi styczność już od najmłodszych lat, co sprawia, że nasza postawa wobec twórczości Sienkiewicza jest już w pewien sposób ugruntowana. Czy jest możliwe, aby historia Polaków, spisana na kartach papieru ponad sto lat temu, miała charakter fantastyczny? Nowe wydanie „Trylogii” zwiastuje przełom w postrzeganiu tegoż kultowego cyklu.

„Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.” Przytoczony cytat z „Ogniem i Mieczem” rozpoczyna naszą czytelniczą przygodę i jest wstępem do pełnych opisów natury, które towarzyszą nam przez całą podróż. Nie są one napełnione fantastycznymi zjawiskami jakie znajdziemy u Tolkiena, jednak sprawiają nieodparte wrażenie, że przyroda reaguje na nadchodzące wydarzenia. Jeżeli mamy do czynienia z realnym światem, w dużej mierze zgodnym z prawdziwą historią, to jest dość niezwykłe, by zjawiska atmosferyczne wpasowywały się w nastrój aktualnych sytuacji.  Kometa zwiastująca klęski spełnia przecież tę samą rolę, co ta z „Sagi Lodu i Ognia”. Naprawdę warto zwrócić na to uwagę. Takie zabiegi tworzą niesamowity klimat, należy jednak pamiętać, że nie mamy tu do czynienia z czymś nieracjonalnym. Można powiedzieć raczej o zbiegu okoliczności w iście fantastycznym stylu. Znacznie ciekawsze jest jednak to, co dzieje się na ziemi. W światach fantasy występują przeróżne stworzenia, których w „Trylogii” nie uświadczymy. Jest to oczywiste biorąc pod uwagę fakt, że fantastyką jaką dziś znamy, w czasach Sienkiewicza jeszcze nie istniała. Tak więc zbroi nie wykuje nam krasnolud, a na niebie nie zobaczymy przelatującego gryfa. Są one obce naszej historii. Co innego tyczy się duchów. Te istoty są mocno zakorzenione w polskim folklorze i autor skorzystał z tego, nadając grozę wydarzeniom. Oprócz zjaw, w cyklu znajdziemy również wiedźmę, czyli kobietę uprawiającą magię. Mamy więc kolejny klasyczny element fantastycznej układanki, który nie wymaga tłumaczenia. Bohaterowie są realni na tyle, na ile realne jest machanie ogromnym Zerwikapturem przy użyciu jednej ręki. Pomijając fakt niewielkiej użyteczności tak ciężkich mieczy jak ten Longinusa Podbipięty, ten przykład wyraźnie kształtuje nam cechę herosów jaką jest nadludzka siła. Pan Wołodyjowski natomiast jest tak dobrym szermierzem, że kto wie… być może mógłby stanąć w szranki z samym Geraltem z Rivii i mieć szanse na zwycięstwo. Nasza sienkiewiczowska paczka dość nieźle wpasowuje się w ramy Heroic Fantasy.

 

Wszystkie wymienione powyżej elementy są mocno ograniczone i w młodości nawet nie zwróciłem na nie uwagi. Być może szkoła nałożyła pewne ramy i nie zostawiła wiele miejsca na własne przemyślenia. Oczywiste jest, że nie możemy mówić o „Trylogii” Sienkiewicza jako o cyklu powieści fantastycznych. Takie stwierdzenie daleko mija się z prawdą. Nie ma jednak wątpliwości, że dzięki tej niewielkiej nadnaturalnej otoczce całość zyskała wyjątkowego klimatu i poruszyła serca Polaków. Teraz wiem, że warto wrócić do niektórych lektur i o odnaleźć w nich coś nowego, coś co przeoczyło się ostatnim razem. Jeśli chodzi o dzieła Sienkiewicza, nadarzyła się ku temu wyjątkowa okazja w postaci nowego wydania „Trylogii” w jednym tomie. Została ona wzbogacona o fantastyczne ilustrację Piotra Arendzikowskiego i posłowie napisane przez Andrzeja Olejnika, traktujące na temat innego odbioru cyklu w dzisiejszych czasach.

 

 







 

Strażnicy Galaktyki vol.2

 

4 maja premierę miała kolejna część Marvelowskiej opowieści o kosmicznych bohaterach- „Strażnicy Galaktyki vol.2”. W filmie pojawiła się znana z pierwszej części grupa przyjaciół, jednak nieco zmieniona i powiększona o inne postaci. Jak w przypadku poprzedniej ekranizacji, i tym razem, nieustraszony skład musiał stawić czoła przeciwnościom i ocalić Galaktykę.

 

 

 

 

Do kin weszła właśnie druga część Strażników Galaktyki. Marvel serwuje nam przygody zgranej paczki przyjaciół, która ponownie stawia czoło wielkiemu niebezpieczeństwu i robi to w świetnym stylu.

Akcja w filmie jest na najwyższym poziomie. Połączenie technologii Sci-Fi, niewiarygodnych umiejętności bohaterów i dynamicznych animacji sprawiło, że momentami przenosiłem się na pole walki. W większość scen, również tych spokojnych, wpleciony był akcent humorystyczny, który został dobrany w tak odpowiedni sposób, że nie powodował przesytu i miło witałem każdy kolejny.

Jak na film akcji, tej jednak nie było wcale tak dużo. Środkowa część seansu skupiła się na relacjach między poszczególnymi bohaterami. Poprzez pokonywanie trudności wzmacniali oni swe więzi, co było kluczowe dla osiągnięcia sukcesu. W międzyczasie dowiedzieliśmy się dużo o ich historii, charakterze i motywach. Nabyliśmy sympatii do awanturników, którzy odnaleźli w sobie rodzinę, jakiej nigdy nie mieli. Całość skończyła się w sposób, który sprawił, że łezka zakręciła się w oku, czego wcale się nie spodziewałem.

W „Strażnikach Galaktyki vol. 2” znalazłem sporo świetnej zabawy, ciekawe dopełnienie i emocjonujący finał, czyli wszystko czego mogłem oczekiwać od tego typu produkcji.

 

 

 

 

Teza mówiąca, że drugie części filmów są słabsze od pierwszych, nie zawsze jest słuszna. Tym razem mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że „Strażnicy Galaktyki vol.2” byli produkcją zrobioną nieco lepiej. Oglądając najnowszą część czułam wiele skrajnych emocji, od radości aż po smutek.

Zupełnie inaczej postrzegałam niektóre postaci, przez co, w tej części, zaczęłam bardziej doceniać  Małego Groota i Draxa, a nie jak w pierwszej części Petera Quill’a. Doszło też kilka nowych postaci, jak na przykład Ego, który, co ciekawe, nawet na chwilę nie wzbudził mojej sympatii.

Część druga obfitowała w dużo więcej żartów, zrobiona była bardziej komediowo, niż pierwsza. Nie zabrakło w niej także znanych utworów, które w znaczny sposób tworzyły klimat filmu. Już od pierwszej sceny, muzyka stanowiła ważny element całości.

Nie spodziewałam się, że typowo rozrywkowa produkcja będzie w stanie wywołać we mnie smutek i wilgotne oczy, jednak twórcy dołożyli wszelkich starań, by film nie opierał się jedynie na pustym humorze. Dzięki sprytnym manewrom na uczuciach widza, wiele postaci zyskało w moich oczach, choć początkowo nie spodziewałam się, że mogą się oni zmienić.

Jeśli jeszcze wahacie się czy iść do kina, to przestańcie! „Strażnicy Galaktyki vol.2” zdecydowanie są warci obejrzenia i przypadną do gustu nie tylko fanom twórczości Marvela.

 

 

 

 

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

 

Na półkach księgarni dopiero co pojawiło się wydanie książkowe sztuki teatralnej „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, a w kinach już odbyła się premiera filmu z tego samego uniwersum pod tytułem „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Jego scenariusz napisała J.K. Rowling, natomiast reżyserią zajął się David Yates. Trzeba przyznać, że po tak długim przestoju ta obfitość produkcji jest wręcz niezwykła. Czym przyciągnie ona fanów Harrego?


 

Świat się rozszerza. Nie tylko nasz wszechświat, lecz również ten w którym żyją czarodzieje, mugole i niezwykłe stworzenia . Nareszcie akcja wyszła daleko poza teren Hogwartu i poczułem powiew świeżości, na który długo czekałem. W nowej historii znalazłem całą paletę ciekawych wątków, które niczym kolory na płótnie stworzyły harmonijną całość. Na tym obrazie zobaczyć możemy między innymi poświęcenie, strach, miłość oraz problemy naszej cywilizacji. Bardzo spodobały mi się szerzej opisane relacje między społecznością czarodziejów i niemagów, dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak mało tego było we wcześniejszych produkcjach. Seans uprzyjemniły również świetne wstawki komediowe.

Dużym plusem filmu jest gra aktorska, w szczególności w przypadku głównego bohatera Newta Skamandera, w którego rolę wcielił się Eddie Redmayne. Same jego ruchy i mimika twarzy sprawiły, że od razu nabrałem do niego sympatii. Wszyscy aktorzy pokazali to szczególne dziwactwo, które jest charakterystyczne dla świata Rowling i wprowadza nas w jego fantastyczny klimat.

W scenerii jak i w całej produkcji jest znacznie więcej magii, niż w serii o Harrym Potterze, może z wyłączeniem ostatnich części. Tuż poza zasięgiem mugoli rzucane są zaklęcia, przedmioty poruszają się same, a w sercu miasta krążą światła i cienie, których większość mieszkańców nie jest w stanie zidentyfikować. Efekty specjalne są wykonane znakomicie i momentami zapierają dech w piersiach!

Całość oceniam bardzo wysoko. Film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” spodobał mi się nawet bardziej od ekranizacji „Harrego Pottera”.

 

 

Duże zaskoczenie! Te dwa słowa idealnie opisują moją reakcję na film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” według scenariusza J.K. Rowling. Nie spodziewałam się, że dzieło z uniwersum „Harrego Pottera”, nie związane praktycznie ze znanymi z bestsellerów bohaterami ani wątkami, może okazać się tak dobre. Film, ku mojemu zdziwieniu, nie był odgrzanym tostem, lecz pełnowartościową ucztą wizualną.

„Fantastyczne zwierzęta…” urzekły mnie przede wszystkim postacią głównego bohatera- zakręconego, żyjącego w swoim świecie poszukiwacza magicznych stworzeń. Był on tak oddaną ideałom, a przy tym niewinną osobą, że nie dało się go nie polubić. W rolę tę wspaniale wcielił się Eddie Redmayne.

W filmie bardzo spodobało mi się wciągnięcie niemaga w przygody czarodziejów. W „Harrym Potterze” byłoby to niedopuszczalne, a tu stało się jednym z ciekawszych elementów całej historii.

Co zaskakujące, w „Fantastycznych zwierzętach…”, zwykli ludzie i czarodzieje przedstawieni byli na podobnym poziomie intelektualnym. Nie pojawił się ostry podział na „głupszych” mugoli i magów, co widoczne było przy „Harrym…”.

Kolejnym, ogromnym plusem, był pięknie ukazany świat magicznych stworzeń. Oglądało się go nie tylko z przyjemnością, lecz z pewną dozą fascynacji.

Z filmu wręcz wylewała się magia, dzięki czemu fabuła nie dłużyła się. Nie było momentu, który by mnie znudził. Cała akcja filmu stanowiła świetnie wyważoną całość.

Dzieło Rowling i Yates'a zdecydowanie polecam każdemu. Fanom „Harrego Pottera”, by odkryli coś zaskakująco innego, w tak znanym przecież świecie. Pozostałym , by przeżyli niesamowicie magiczną przygodę w pięknej krainie.

 

 Miedziana rękawica

 

Całkiem niedawno, bo 6 lipca, dzięki wydawnictwu Albatros, na półkach księgarni pojawiła się nowa pozycja z gatunku fantasy, jaką jest „Miedziana rękawica” autorstwa Holly Black i Cassandry Clare. Obie autorki stworzyły już wiele interesujących opowieści (m.in. "Dary Anioła", czy "Kroniki Spiderwick"), a teraz jest dostępny także ich drugi, wspólny tom z serii „Magisterium”- kolejnej magicznej furtki znajdującej się w świecie rzeczywistym.

„Miedziana rękawica” jest kontynuacją przygód Calluma i jego przyjaciół, którzy są uczniami szkoły dla czarodziejów- Magisterium. W pierwszej części sagi dowiadujemy się, że główny bohater skrywa sekret, z którym nie do końca potrafi się pogodzić. Dodatkowo jest wystawiony na wiele prób, mających ukazać kim tak naprawdę jest. Czy zdoła je przejść? Czy przyjaźń i miłość przetrwają ciężki okres? I co do tego ma tytułowa, miedziana rękawica?

 

 

Paulina

Paulina

 

Moją uwagę w powieści, przykuł niezwykle lekki język, który sprawia, że książkę chłonie się niczym tabliczkę czekolady. Chcesz zjeść kawałek, lecz nim się obejrzysz znika cała. Mimo, iż język jest prosty, powieść nie staje się przez to infantylna.

Cały cykl „Magisterium” skierowany jest do odbiorców w wieku 12-17 lat, jednak jestem pewna, że starsi czytelnicy również znajdą w nim coś dla siebie. W serii pojawia się wiele uniwersalnych wartości, takich jak miłość, lojalność, czy przyjaźń, które nie tracą na znaczeniu zarówno u młodzieży, jak i dorosłych.

„Miedziana rękawica” zaskoczyła mnie pozytywnie swoim podobieństwem do, tak dobrze mi znanej, sagi o Harrym Potterze. Mimo tego, posiada ona swój odrębny charakter. Dzięki niemu, mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez autorki i wraz z bohaterami poczuć niesamowitą bliskość przyrody, spróbować porostów, czy spotkać na swej drodze żywiołaka. Powieść pozwoliła mi, na chwilę, stać się dzieckiem i wciągnęła w zawrotne tempo akcji.

Na pierwszy rzut oka, wydawało mi się, że książka Cassandry Clare i Holly Black, będzie dla mnie zbyt dziecinna, jednak z przyjemnością mogę przyznać, że się myliłam. Jestem ciekawa kolejnych części sagi „Magisterium” i ekranizacji, której chce się podjąć studio Constantin Films. Was również zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł i przekonania się, że seria dla  młodzieży może podbić serce nawet dorosłego czytelnika.

 

 


Dawid

Dawid

 

Kontynuację historii Calluma Hunta i jego przyjaciół czytałem z ogromną lekkością, pomimo trudnych warunków otoczenia. Akcja powieści prawie od samego początku toczy się dynamicznie przeskakując w kolejne lokalizacje i serwując przy tym sporo pokazów czarodziejskich umiejętności. Jest to niewątpliwie dobre rozwiązanie, żeby zaciekawić czytelnika. W książce znajduje się wiele barwnych opisów, które całkowicie pochłonęły moją uwagę i przeniosły mnie w wyobraźni do innego świata.

Niestety lektura nie wymagała ode mnie przerw na przemyślenia. Pewne powtarzalne schematy sprawiły, że rozwiązanie wielu wątków potrafiłem przewidzieć już na chwilę po ich rozpoczęciu, co jest zmorą dla każdego, bardziej oczytanego odbiorcy.

Interesujący jest konflikt wewnętrzny głównego bohatera, który zapoczątkowały wydarzenia z tomu pierwszego. Sprawia on, że całość czytałem przez jego pryzmat i starałem się zebrać argumenty wspólnie z młodym Callem.

Książkę „Miedziana Rękawica” określiłbym jako przyjemną powieść z nutką fascynacji dla młodszych czytelników oraz tych szukających lekkiej rozrywki w chwili relaksu.

 

 

 

Harry Potter i przeklęte dziecko

 

Po dziewięciu latach od pojawienia się ostatniego tomu przygód Harrego Pottera, nadeszła premiera nowego dzieła ze świata czarodziejów – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. Dla mnie, jak i dla wielu, szokującym był fakt, że nie zostało ono spisane w formie powieści, lecz jako sztuka teatralna. Jej premiera odbyła się 30 lipca 2016 roku w londyńskim Palace Theatre, a wkrótce potem została wydana wersja książkowa (w Polsce 22 października 2016 r.).

Dramat składa się z dwóch części, co w mym odczuciu jest zbędnym podziałem, ponieważ historia, chociaż rozłożona w czasie, stanowi jedną spójną całość i gdybym musiał przerwać ją po pierwszej części, to nie wiedziałbym dlaczego właściwie się nagle skończyła. Na szczęście obie części zostały wydane jednocześnie i w jednej książce, więc podział tyczy się tylko spektaklu, który można obejrzeć w całości lub na dwa razy.

Sztuka bazuje na poprzedniej serii. Muszę przyznać, że spodziewałem się niemal całkowitego odejścia od przeszłości, a okazało się ono jedynie częściowe. Nie nazwałbym jej jednak kontynuacją wcześniejszych przygód, raczej dodatkiem po latach.

Pojawia się para nowych postaci, które pełnią główne role. Dzięki formie w jakiej zostały spisane ich przygody, poznajemy je jedynie po słowach i czynach, co według mnie okazało się dobrym rozwiązaniem. Problemy przed jakimi stają  są ciekawe i skłaniają do przemyśleń. W takiej sytuacji cieszę się z nieobecności narratora, który siedzi w głowach bohaterów powieści i mówi nam co tam się dzieje.

Fantastyka słynie ze swoich nierealnych opisów świata. Uwielbiamy zachwycać się czymś nieznanym, czymś magicznym. W tym przypadku z wiadomych względów tych opisów brakuje, dostajemy jedynie krótkie przedstawienie lokacji, w której toczy się akcja. Nie stanowi to jednak problemu, ponieważ po siedmiu częściach powieści i ich ekranizacjach, większość z tych miejsc jest nam znajoma, resztę ukaże wyobraźnia. Takie rozwiązanie pozwala nam skupić się na akcji, która dzieje się szybciej i pochłania całą naszą uwagę. Przeczytałem więc całość jednym tchem, pomimo późnej już godziny. Dynamika zrekompensowała mi brak fascynujących opisów.

Po przeczytaniu całości mam pewien niedosyt. Po cichu liczyłem na więcej nowości. Jako sztuka teatralna „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” z pewnością przynosi dużo emocji i rozrywki. W formie czytanej jednak tego brakuje, dlatego tę pozycję polecam przede wszystkim tym, których interesują późniejsze dzieje ulubionych bohaterów. Sam natomiast chętnie udałbym się na spektakl.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
wtorek, wrzesień 26, 2017