banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

Social

szukajka

ADSENSE

„Opowieść o Kullervo” – Recenzja

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

 

Opowieść o Kullervo

 

Gdy znalazłem informację, że wkrótce pojawić ma się niepublikowana wcześniej historia pióra J.R.R. Tolkiena, to już wiedziałem, że czeka mnie świetna lektura i… nie pomyliłem się. Opowieść o Kullervo została odczytana z rękopisu tegoż prekursora fantasy i wydana, wraz z notatkami, pod redakcją Verlyn Flieger. Tolkien wzorował się na fińskim eposie Kalevala, który w czasach pogańskich był przekazywany w formie ustnej. Autor nie dokończył prac, więc nie ma pewności jak miała wyglądać ostateczna wersja tej opowieści. Była to jednak jedna z jego pierwszych prób pisarskich i miała ogromny wpływ na późniejszą, znaną nam twórczość.

Pierwsze słowa „In the days when magic was yet new” są kluczowe zarówno dla dorobku pisarza, samej historii, jak i formy, w której została spisana. Nie odeszła ona bowiem daleko od niespójnych, nieco chaotycznych przedchrześcijańskich wierzeń. Muszę przyznać, że czytając tę opowieść po raz pierwszy doznałem szoku. Znając ramy naszej europejskiej literatury, której elementy są zawsze oprawione i dostosowane odpowiednio do kultury (głównie chrześcijańskiej), nie spodziewałem czegoś tak bezpośredniego. Przyzwyczaiłem się, że jeśli „dobry” bohater umiera w heroicznej walce, to są temu poświęcone długie, wręcz pochwalne wersy, nawet jeśli nie odgrywa on żadnej większej roli. Tutaj tego nie ma. Umiera bez ogródek, a cały jego dorobek zostaje zniszczony. Zmierzam jednak do czegoś innego. Nie jest szokujące to jak bohater umiera, ani ile linijek tekstu jest temu poświęconych, tylko to jak silne emocje potrafi wywołać ten tekst. Większość z nas pamięta pewnie z lekcji języka polskiego „Pieśń o Rolandzie”. Mi się to bardzo nie podobało i większość czasu się nudziłem. Naprawdę super, że opiewamy takie czyny, jednak przez tę całą otoczkę nie trafia do nas najważniejsze, czyli śmierć Rolanda i to co temu towarzyszy – groza, żałość, gorycz. Nie czułem tego czytając inne lektury, trafiło do mnie dopiero wczesnoeuropejskie podanie, które ukazuje sprawy takie jakimi są. Wygląda na to, że zwięzły opis jest bardziej prawdziwy od długich rozwodów. Całość jest napisana w tym stylu i poruszyła mnie do głębi. Nie dziwię się, że Kalevala stała się natchnieniem dla Tolkiena.

To nie wszystko co „Opowieść o Kullervo” ma nam do zaoferowania. Świetne są też wątki fantastyczne, naprawdę wyobraźnia ludzka nie zna granic. Uwielbiam momenty kiedy w grę wkracza magia i przenosi nas w swój świat. Jeden moment zainspirował mnie do tego stopnia, że zamierzam stworzyć ilustrację na jego podstawie.

Opowieść jest jednak tragiczna i nie wszystkim może się to spodobać. Jej przewodnie elementy to nienawiść, gniew, strach i smutek. Tytułowy Kullervo przypomina dobrze znanego nam Edypa i znacząco się różni od najbardziej znanych bohaterów Tolkiena, chociaż istnieją pewne podobieństwa, które warto wyłapać podczas lektury.

Pomimo, że historia jest pełna okropieństw i to w bezpośredni, często brutalny sposób przedstawionych, jest piękna. Chociaż jej motywy przewodnie były już wałkowane przez wieki, to czuję niedosyt. Skłoniło mnie to do przeczytania opowieści po raz drugi.

Podsumowując, gorąco polecam tę książkę wszystkim fanom fantastyki i nie tylko, ponieważ elementy fantasy nie grają tutaj głównej roli. Zaznaczam przy tym, że jest ona skierowana do dojrzałych czytelników zarówno ze względu na treść jak i bagaż przemyśleń. „Opowieść o Kullervo” rzuciła światło na coś, z czego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy i czuję się teraz bogatszy w moich przemyśleniach.

Nowości - Recenzje

 

 Assassin's Creed

 

Wyobraźmy sobie pewien zimowy poranek. Niska temperatura nie zachęca do wyjścia z domu, tym bardziej, że jest dzień świąteczny i wielu ludzi jeszcze leniwie przewraca się na drugi bok. Na zewnątrz pustka i nawet płatki śniegu zdają się opadać wolniej niż robią to przeważnie. Tylko w oddali widać jak przez mrozy maszeruje garstka „szaleńców”. Spieszą oni do galerii handlowej, ta jednak okazuje się być zamknięta. Zatrzymują się przed głównym wejściem i drżącymi z zimna, lub może z roztargnienia dłońmi wyciągają telefony, by sprawdzić, która jest godzina. Ostatni raz obrzucają nieruchome, szklane drzwi przelotnym, gniewnym spojrzeniem i puszczają się w bieg wokół budynku. Ich stopy ostrożnie, lecz nie bez gracji muskają śliską powierzchnię chodnika. Zwinnie omijają ustawione na nim kamienne słupki, ochronę przed samochodami. Po drodze zatrzymują się kilka razy przy bocznych wejściach do galerii. Kręcą głowami, macają szybę w poszukiwaniu jakiejkolwiek szczeliny, lecz to wszystko na próżno. W końcu docierają do ostatniego, tego najbliżej znajdującego się wewnątrz kina wejścia i z ulgą wymalowaną na twarzy oglądają powolne, lecz stanowcze otwarcie się rozsuwanych drzwi. Już nie biegiem, lecz szybkim, płynnym krokiem wchodzą do środka i kierują się w stronę schodów automatycznych. Te jednak poruszają się za wolno. Szaleńcy spokojnie po dwa schodki wspinają się na piętro. Kino jest tuż przed nimi. Podekscytowani wyciągają bilety, a bramkarz wpuszcza ich do środka, „Sala cztery!” rzucając im na odchodne. Zmarznięci podróżnicy dotarli do celu i z radością powitali ostatnią wyświetloną przed seansem reklamę. Tę samą, która normalnie dopełniłaby właśnie czarę goryczy oczekującego na film widza. Znajdują swoje miejsca w prawie pełnej już sali i rozsiadają się wygodnie. Do głowy przychodzi im teraz jedno pytanie: „Czy warto było?”. Napisaliśmy dla Was kilka słów o naszych odczuciach po premierze filmu „Assassin’s Creed”, która odbyła się 6 grudnia.

 

 

 

Filmy na podstawie gier, które dotychczas oglądnąłem raczej nie należały do najlepszych produkcji. Ich fabuła była mało odkrywcza i pojawiały się w nich elementy niezrozumiałe dla widza, który z danym tytułem spotkał się po raz pierwszy lub miał o nim niewielkie pojęcie. Mimo to, do „Assassin’s Creed” podszedłem z bardzo pozytywnym nastawieniem. Samej gry nie przechodziłem, więc piszę te słowa z punktu widzenia osoby, która zna zaledwie zarys jej fabuły.

Zaczęło się od nieco przydługiego przedstawienia głównego bohatera i sytuacji w jakiej się znalazł. Ja osobiście byłem z tego bardzo zadowolony. Obawiałem się, że twórcy mogą wrzucić nas w wir wydarzeń bez uprzedniego przygotowania. Dzięki temu już do końca seansu wszystko było klarowne i mogłem skupić się na rozwinięciu akcji. Ta z kolei nagle mocno przyspieszyła tempo. Były momenty w których odniosłem wrażenie, że coś zostało pominięte, tak jakby nagle zabrakło sceny, która powinna się tu jeszcze znaleźć. To sprawiło, że poczułem niedosyt w niestety negatywnym sensie. Ten film powinien mieć więcej czasu na rozwinięcie.

Fabuła, jak się dowiedziałem, nieco różni się od tej w grze. Historia oparta jest na innych czasach, w innym miejscu. Dla tych, którzy grali w „Assassin’s Creed” jest to raczej na plus. W przeciwnym wypadku mogłoby dojść do sytuacji, w której totalnie nic by ich nie zaskoczyło. Teraz mogą porównywać film z wersją, którą znają i dyskutować na ten temat. Dla takich jak ja, którzy nie mieli wcześniej styczności z tym światem, nie ma to większego znaczenia. Dla scenarzystów z kolei, byłby to ciężki orzech do zgryzienia. Upchnięcie kilkudziesięciu godzin gameplay’a w krótkim filmie, nawet przy ich zdolnościach, byłoby nie lada wyzwaniem. W każdym razie film jest bogaty w zaskakujące zwroty akcji, co nieco polepszyło moje zdanie o tego typu produkcjach.

Tym czego można było się spodziewać na pewno były niesamowite pokazy akrobatyczne, połączone z wymyślnymi sposobami zabijania ludzi. Większość z nich można skomentować jako „Och! Wow! Niesamowite!”. Tak, to jeden z tych tytułów, po których nachodzi człowieka dziwna ochota, by poskakać po ścianach. Uwielbiam to uczucie! Zdecydowanie efektowne sceny akcji są tym, co odzwierciedla fenomen gry. Tak mogę wnioskować po fascynacji ludzi, z którymi o niej rozmawiałem.

Pomimo niewielkich potknięć, wszystko zdaje się być bardzo przemyślane i jak na film na podstawie gry, daję mu wysoką notę. Polecam wszystkim fanom kina akcji i czekam na kontynuację, gdyż zakończenie aż się prosi o kolejną część.

 

 

 

 

 

 

Film mogę nazwać dobrym w momencie, gdy wychodząc z kina jestem w swoim świecie, gdy przez najbliższą godzinę nikt nie złapie ze mną kontaktu, bo jestem w ciele jednego z bohaterów. Tak czułam się po obejrzeniu „Assassin’s Creed”. Ta ekranizacja popularnej gry wciągnęła mnie tak bardzo w XV-wieczny świat, że zapragnęłam choć na chwilę poczuć się jak Asasyn.

Na sporą pochwałę zasługuje przede wszystkim grafika filmu i efekty, które zostały w nim użyte. Przedstawienie synchronizacji Calluma z przodkiem zrobiło na mnie chyba największe wrażenie. Ciekawie zostały ukazane również sylwetki Asasynów- mistycznych i niezwykle tajemniczych.

Jedynym, co nie podobało mi się w ekranizacji, był niedosyt jaki po sobie pozostawiła. Zabrakło mi w historii rozwinięcia, a może nawet ukończenia niektórych wątków. Z niecierpliwością czekam na kolejne części „Assassin’s Creed” i polecam ten film nie tylko zapalonym graczom, lecz również osobom, które tak jak ja oczekują od niego dobrego widowiska z elementami fantastyki.

 

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

 

Na półkach księgarni dopiero co pojawiło się wydanie książkowe sztuki teatralnej „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, a w kinach już odbyła się premiera filmu z tego samego uniwersum pod tytułem „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Jego scenariusz napisała J.K. Rowling, natomiast reżyserią zajął się David Yates. Trzeba przyznać, że po tak długim przestoju ta obfitość produkcji jest wręcz niezwykła. Czym przyciągnie ona fanów Harrego?


 

Świat się rozszerza. Nie tylko nasz wszechświat, lecz również ten w którym żyją czarodzieje, mugole i niezwykłe stworzenia . Nareszcie akcja wyszła daleko poza teren Hogwartu i poczułem powiew świeżości, na który długo czekałem. W nowej historii znalazłem całą paletę ciekawych wątków, które niczym kolory na płótnie stworzyły harmonijną całość. Na tym obrazie zobaczyć możemy między innymi poświęcenie, strach, miłość oraz problemy naszej cywilizacji. Bardzo spodobały mi się szerzej opisane relacje między społecznością czarodziejów i niemagów, dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak mało tego było we wcześniejszych produkcjach. Seans uprzyjemniły również świetne wstawki komediowe.

Dużym plusem filmu jest gra aktorska, w szczególności w przypadku głównego bohatera Newta Skamandera, w którego rolę wcielił się Eddie Redmayne. Same jego ruchy i mimika twarzy sprawiły, że od razu nabrałem do niego sympatii. Wszyscy aktorzy pokazali to szczególne dziwactwo, które jest charakterystyczne dla świata Rowling i wprowadza nas w jego fantastyczny klimat.

W scenerii jak i w całej produkcji jest znacznie więcej magii, niż w serii o Harrym Potterze, może z wyłączeniem ostatnich części. Tuż poza zasięgiem mugoli rzucane są zaklęcia, przedmioty poruszają się same, a w sercu miasta krążą światła i cienie, których większość mieszkańców nie jest w stanie zidentyfikować. Efekty specjalne są wykonane znakomicie i momentami zapierają dech w piersiach!

Całość oceniam bardzo wysoko. Film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” spodobał mi się nawet bardziej od ekranizacji „Harrego Pottera”.

 

 

Duże zaskoczenie! Te dwa słowa idealnie opisują moją reakcję na film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” według scenariusza J.K. Rowling. Nie spodziewałam się, że dzieło z uniwersum „Harrego Pottera”, nie związane praktycznie ze znanymi z bestsellerów bohaterami ani wątkami, może okazać się tak dobre. Film, ku mojemu zdziwieniu, nie był odgrzanym tostem, lecz pełnowartościową ucztą wizualną.

„Fantastyczne zwierzęta…” urzekły mnie przede wszystkim postacią głównego bohatera- zakręconego, żyjącego w swoim świecie poszukiwacza magicznych stworzeń. Był on tak oddaną ideałom, a przy tym niewinną osobą, że nie dało się go nie polubić. W rolę tę wspaniale wcielił się Eddie Redmayne.

W filmie bardzo spodobało mi się wciągnięcie niemaga w przygody czarodziejów. W „Harrym Potterze” byłoby to niedopuszczalne, a tu stało się jednym z ciekawszych elementów całej historii.

Co zaskakujące, w „Fantastycznych zwierzętach…”, zwykli ludzie i czarodzieje przedstawieni byli na podobnym poziomie intelektualnym. Nie pojawił się ostry podział na „głupszych” mugoli i magów, co widoczne było przy „Harrym…”.

Kolejnym, ogromnym plusem, był pięknie ukazany świat magicznych stworzeń. Oglądało się go nie tylko z przyjemnością, lecz z pewną dozą fascynacji.

Z filmu wręcz wylewała się magia, dzięki czemu fabuła nie dłużyła się. Nie było momentu, który by mnie znudził. Cała akcja filmu stanowiła świetnie wyważoną całość.

Dzieło Rowling i Yates'a zdecydowanie polecam każdemu. Fanom „Harrego Pottera”, by odkryli coś zaskakująco innego, w tak znanym przecież świecie. Pozostałym , by przeżyli niesamowicie magiczną przygodę w pięknej krainie.

 

                                                                          Ember in the Ashes. Pochodnia w Mroku

 

Pierwszy tom z serii "Ember in the Ashes" spotkał się ze świetnym odbiorem czytelników i w krótkim czasie urósł do rangi bestsellera. To młodzieżowe fantasy wzbudziło zachwyt i wybiło się wśród wielu pozycji tego gatunku. "Imperium Ognia" opowiada o dwójce bohaterów, którzy buntują się przeciw rządzonemu okrutną ręką Imperium. Po blisko roku pojawiła się druga część, która jest kontynuacją ich wcześniejszych przygód i utrzymała równie wysoki poziom. W czym tkwi fenomen tej fantastycznej sagi?

Sabaa Tahir przedstawia nam świat wzorowany na czasach starożytnych. Można w nim spotkać kilka ras ludzi. Wojanie są potężni, potrafią wykuwać stal i panują nad pozostałymi. Scholarzy ze względu na niższy poziom postępu wiodą nędzny i niewolniczy żywot. Pojawiają się również Plemieńcy, którzy wędrują na granicach mocarstwa. Tereny są w dużej mierze pustynne, co w połączeniu z tymi ostatnimi przypomina znaną nam Afrykę. Mamy tu dość rozbudowane połączenie. Panujący Wojanie reprezentują Imperium, które ze względu na ustrój i podział klasowy można przyrównać do Cesarstwa Rzymskiego. Jako jedyni potrafią wykuwać stal, co daje im przewagę na polu bitewnym. Niektórzy z nich przechodzą w młodości morderczy trening bojowy, by stać się później Maskami, czyli elitarnymi wojownikami, budzącymi w innych skrajne przerażenie. Ich niewiarygodne umiejętności i pełne stalowe uzbrojenie, czynią z nich maszyny do zabijania. Bez wątpienia kojarzy się to z greckimi Spartanami. Mniej zaawansowani Scholarzy nie mają z nimi żadnych szans. Tak im słodko życie płynie, gdy w pewnym momencie, na skutek dramatycznych wydarzeń, buntuje się dwoje przedstawicieli obu nacji. Tak poznajemy naszych głównych bohaterów. Laia reprezentuje kastę Scholarów i posiada ukryte magiczne zdolności. Elias natomiast jest byłym uczniem Akademii Czarnego Klifu, czyli niedoszłą Maską.

Głównym wątkiem jest oczywiście ratowanie świata przed złym Imperatorem. Schemat ten, chociaż został już wielokrotnie powielony, nie rujnuje nam przyjemności z czytania. Jest tak, ponieważ treść skupiona jest na psychologii naszych bohaterów. Muszę przyznać, że autorka wspaniale przemyślała sobie postacie i ich wewnętrzne rozterki. Znajdujący się w trudnym położeniu Laia i Elias przechodzą wewnętrzną przemianę. Nie dokonują oni bezsensownych heroicznych czynów. Za każdym razem poznajemy te nietuzinkowe emocje, które ich do tego skłaniają. Nutkę tajemniczości wprowadza natomiast Komendatka, nasz czarny charakter.

Wydarzenia drugiego tomu skupiają się w większości z dala od stolicy Imperium. Misja dwojga bohaterów zdaje się być pretekstem do wprowadzenia szeregu innych elementów, które rozczłonkowują akcję. Szablon został nieco przełamany i na horyzoncie zaczyna nakreślać się coś nowego. Powitałem to z wielką radością i chętniej zabrałem się do lektury. To jest coś, czego wcześniej brakowało mi w tej serii. Rozbudowały się również motywy fantastyczne. Narastają one do końca trwania powieści i przyjmują ostatecznie potężny wymiar, który ma wpływ na fabułę.
O ile w „Imperium Ognia” nie było dużo miejsca na uczucie kiełkujące w naszych bohaterach, tak w „Pochodni w Mroku” pojawia się ono znacznie częściej. Nie jest co prawda dominującą częścią, ale rozgrywa się obok głównych wydarzeń i przykuwa uwagę na tyle, że momentami staje się ciekawsze od głównego wątku. Podoba mi się pomysł wdrażania z czasem kolejnych detali. Minusem natomiast jest główny wątek i misja, która okropnie ciągnie się przez całą książkę. Wydawałoby się, że powinna być punktem kulminacyjnym, natomiast w pewnym momencie stała się nieco nudna i naszło mnie wrażenie, że straciła totalnie na znaczeniu. Mimo wszystko jasne jest, że bohaterowie muszą nią podążać, a czytelnik wraz z nimi.

Drugi tom serii „Ember in the Ashes” przerósł moje oczekiwania. Spodziewałem się kontynuacji lekkiego fantasy. Fabuła jednak rozgałęziła się na boki wystarczająco, by przykuć moją większą uwagę. Trzecia część zapowiada się więc obiecująco. Polecam tę pozycję wszystkim, którzy czerpią przyjemność z samej przygody i szukają równocześnie nieco bardziej skomplikowanych charakterów .

 Miedziana rękawica

 

Całkiem niedawno, bo 6 lipca, dzięki wydawnictwu Albatros, na półkach księgarni pojawiła się nowa pozycja z gatunku fantasy, jaką jest „Miedziana rękawica” autorstwa Holly Black i Cassandry Clare. Obie autorki stworzyły już wiele interesujących opowieści (m.in. "Dary Anioła", czy "Kroniki Spiderwick"), a teraz jest dostępny także ich drugi, wspólny tom z serii „Magisterium”- kolejnej magicznej furtki znajdującej się w świecie rzeczywistym.

„Miedziana rękawica” jest kontynuacją przygód Calluma i jego przyjaciół, którzy są uczniami szkoły dla czarodziejów- Magisterium. W pierwszej części sagi dowiadujemy się, że główny bohater skrywa sekret, z którym nie do końca potrafi się pogodzić. Dodatkowo jest wystawiony na wiele prób, mających ukazać kim tak naprawdę jest. Czy zdoła je przejść? Czy przyjaźń i miłość przetrwają ciężki okres? I co do tego ma tytułowa, miedziana rękawica?

 

 

Paulina

Paulina

 

Moją uwagę w powieści, przykuł niezwykle lekki język, który sprawia, że książkę chłonie się niczym tabliczkę czekolady. Chcesz zjeść kawałek, lecz nim się obejrzysz znika cała. Mimo, iż język jest prosty, powieść nie staje się przez to infantylna.

Cały cykl „Magisterium” skierowany jest do odbiorców w wieku 12-17 lat, jednak jestem pewna, że starsi czytelnicy również znajdą w nim coś dla siebie. W serii pojawia się wiele uniwersalnych wartości, takich jak miłość, lojalność, czy przyjaźń, które nie tracą na znaczeniu zarówno u młodzieży, jak i dorosłych.

„Miedziana rękawica” zaskoczyła mnie pozytywnie swoim podobieństwem do, tak dobrze mi znanej, sagi o Harrym Potterze. Mimo tego, posiada ona swój odrębny charakter. Dzięki niemu, mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez autorki i wraz z bohaterami poczuć niesamowitą bliskość przyrody, spróbować porostów, czy spotkać na swej drodze żywiołaka. Powieść pozwoliła mi, na chwilę, stać się dzieckiem i wciągnęła w zawrotne tempo akcji.

Na pierwszy rzut oka, wydawało mi się, że książka Cassandry Clare i Holly Black, będzie dla mnie zbyt dziecinna, jednak z przyjemnością mogę przyznać, że się myliłam. Jestem ciekawa kolejnych części sagi „Magisterium” i ekranizacji, której chce się podjąć studio Constantin Films. Was również zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł i przekonania się, że seria dla  młodzieży może podbić serce nawet dorosłego czytelnika.

 

 


Dawid

Dawid

 

Kontynuację historii Calluma Hunta i jego przyjaciół czytałem z ogromną lekkością, pomimo trudnych warunków otoczenia. Akcja powieści prawie od samego początku toczy się dynamicznie przeskakując w kolejne lokalizacje i serwując przy tym sporo pokazów czarodziejskich umiejętności. Jest to niewątpliwie dobre rozwiązanie, żeby zaciekawić czytelnika. W książce znajduje się wiele barwnych opisów, które całkowicie pochłonęły moją uwagę i przeniosły mnie w wyobraźni do innego świata.

Niestety lektura nie wymagała ode mnie przerw na przemyślenia. Pewne powtarzalne schematy sprawiły, że rozwiązanie wielu wątków potrafiłem przewidzieć już na chwilę po ich rozpoczęciu, co jest zmorą dla każdego, bardziej oczytanego odbiorcy.

Interesujący jest konflikt wewnętrzny głównego bohatera, który zapoczątkowały wydarzenia z tomu pierwszego. Sprawia on, że całość czytałem przez jego pryzmat i starałem się zebrać argumenty wspólnie z młodym Callem.

Książkę „Miedziana Rękawica” określiłbym jako przyjemną powieść z nutką fascynacji dla młodszych czytelników oraz tych szukających lekkiej rozrywki w chwili relaksu.

 

 

 

Harry Potter i przeklęte dziecko

 

Po dziewięciu latach od pojawienia się ostatniego tomu przygód Harrego Pottera, nadeszła premiera nowego dzieła ze świata czarodziejów – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. Dla mnie, jak i dla wielu, szokującym był fakt, że nie zostało ono spisane w formie powieści, lecz jako sztuka teatralna. Jej premiera odbyła się 30 lipca 2016 roku w londyńskim Palace Theatre, a wkrótce potem została wydana wersja książkowa (w Polsce 22 października 2016 r.).

Dramat składa się z dwóch części, co w mym odczuciu jest zbędnym podziałem, ponieważ historia, chociaż rozłożona w czasie, stanowi jedną spójną całość i gdybym musiał przerwać ją po pierwszej części, to nie wiedziałbym dlaczego właściwie się nagle skończyła. Na szczęście obie części zostały wydane jednocześnie i w jednej książce, więc podział tyczy się tylko spektaklu, który można obejrzeć w całości lub na dwa razy.

Sztuka bazuje na poprzedniej serii. Muszę przyznać, że spodziewałem się niemal całkowitego odejścia od przeszłości, a okazało się ono jedynie częściowe. Nie nazwałbym jej jednak kontynuacją wcześniejszych przygód, raczej dodatkiem po latach.

Pojawia się para nowych postaci, które pełnią główne role. Dzięki formie w jakiej zostały spisane ich przygody, poznajemy je jedynie po słowach i czynach, co według mnie okazało się dobrym rozwiązaniem. Problemy przed jakimi stają  są ciekawe i skłaniają do przemyśleń. W takiej sytuacji cieszę się z nieobecności narratora, który siedzi w głowach bohaterów powieści i mówi nam co tam się dzieje.

Fantastyka słynie ze swoich nierealnych opisów świata. Uwielbiamy zachwycać się czymś nieznanym, czymś magicznym. W tym przypadku z wiadomych względów tych opisów brakuje, dostajemy jedynie krótkie przedstawienie lokacji, w której toczy się akcja. Nie stanowi to jednak problemu, ponieważ po siedmiu częściach powieści i ich ekranizacjach, większość z tych miejsc jest nam znajoma, resztę ukaże wyobraźnia. Takie rozwiązanie pozwala nam skupić się na akcji, która dzieje się szybciej i pochłania całą naszą uwagę. Przeczytałem więc całość jednym tchem, pomimo późnej już godziny. Dynamika zrekompensowała mi brak fascynujących opisów.

Po przeczytaniu całości mam pewien niedosyt. Po cichu liczyłem na więcej nowości. Jako sztuka teatralna „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” z pewnością przynosi dużo emocji i rozrywki. W formie czytanej jednak tego brakuje, dlatego tę pozycję polecam przede wszystkim tym, których interesują późniejsze dzieje ulubionych bohaterów. Sam natomiast chętnie udałbym się na spektakl.

 

Czterdzieści i cztery

 

Dzięki uprzejmości księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl w moje ręce wpadła najnowsza powieść Krzysztofa Piskorskiego, zdobywcy wielu literackich nagród i uznanego polskiego autora literatury fantastycznej. „Czterdzieści i cztery”, bo o niej mowa, była książką długo wyczekiwaną przez fanów pisarza i miłośników fantastyki.

Pierwszym, co zauważyłam czytając powieść, jest niełatwy sposób odbioru jej. Wymagała ode mnie dużego skupienia, ponieważ wielowątkowość i duża ilość zagadnień historycznych zabiera sporo uwagi. Książka w zaskakujący sposób łączy motywy realnej historii z science fiction i rodzimą fantastyką. Rzadko spotyka się tak zróżnicowane gatunkowo dzieło. Dla mnie jest to ogromny plus.

Autor, przez dużą część powieści, stara się wytworzyć iluzję realności przedstawionych wątków fantastycznych, co w wielu momentach mu się udaje. Mi także, kilka razy, zdarzyło się wpaść w pułapkę zastawioną przez Piskorskiego. Sama obecność prawdziwych lub lekko „podrasowanych” fragmentów poezji i dzieł znanych wieszczów, dodatkowo wytwarza wokół całej historii wrażenie prawdziwości.

Książka w ciekawy sposób przeniosła mnie w wiele miejsc, w których zderzają się różne światy. Zresztą cała „Czterdzieści i cztery” jest jednym wielkim zderzeniem światów, czasów, wierzeń i osobowości. Na jednej płaszczyźnie potrafią się tu spotkać ludowe czary i wielce zaawansowana technologia.

Powieść w sprytny sposób manewruje też uczuciami i charakterem postaci. Nie ma w niej czysto złych czy dobrych bohaterów. Każdy podejmuje lepsze lub gorsze decyzje, które jednak nie warunkują całego bagażu emocjonalnego niesionego przez niego. W historii jest też dużo intryg uniemożliwiających jasne określenie postaci.

Ważną rolę odrywa tu poczucie misji, chęć zmiany świata na lepsze. W „Czterdzieści i cztery” widać niemałe wzorowanie się literaturą „ku pokrzepieniu serc”. Dużą rolę odrywają w niej bohaterowie narodowi, powstańcy walczący za słuszną sprawę. To im poświęcony jest ładny kawał dzieła Krzysztofa Piskorskiego. Na nich opiera się wiele poruszonych przez autora wątków. Szkoda tylko, że część z nich nie zostaje zakończona, co pozostawia mały niedosyt po przeczytaniu książki.

Powieść pozytywnie zaskoczyła mnie i mimo kilku drobnych uwag, uważam, że warto bliżej się jej przyjrzeć. Polecam ją przede wszystkim fanom fantastyki i historii, gdyż takiej dawki futurystycznych rozwiązań, pierwotnej magii, poezji, międzynarodowych intryg i pełnej zaangażowania walki o ideały ze świecą szukać w literaturze.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
środa, listopad 22, 2017