Solutions4ad - Vikings War of Clans

Recenzje

 

Zapraszamy Cię do zapoznania się z naszymi recenzjami wielu nowości wydawniczych i filmowych, a także tych mniej znanych, które być może dzięki nam odkryjesz.

 

Pokaż # 
Tytuł Odsłony
"Czterdzieści i cztery" Krzysztofa Piskorskiego - Recenzja powieści 1938
„Opowieść o Kullervo” – Recenzja 2133
"Harry Potter i Przeklęte Dziecko" – Recenzja książki 2105
"Konan Destylator" A. Pilipiuka - Recenzja książki 2233
"Osobliwy dom Pani Peregrine" - Recenzja filmu 2207
"Miedziana rękawica" - Recenzja powieści 2242

Nowości - Recenzje

 

Konan Destylator

 

Niecały tydzień temu, bo 26 października, w progach polskich księgarni zawitał „Konan Destylator” Andrzeja Pilipiuka. Jest to kolejna, ósma już, odsłona przygód Jakuba Wędrowycza. Książka składa się ze zbioru opowiadań poświęconych wojsławickiemu bimbrownikowi i egzorcyście.

Na ten tytuł czekałam dość długo i, gdy tylko złapałam do w ręce, przepadłam. Andrzej Pilipiuk, mimo dość sporego dorobku w zakresie Wędrowyczowych historii, nie popadł w rutynę, a jego dzieła trzymają wysoki poziom. „Konan Destylator” przerósł wręcz moje oczekiwania. Opowiadania idealnie łączą elementy historyczne, archeologiczne wspominki z garścią fantastyki, niewybrednymi żartami i Jakubową „swojskością”. To właśnie owe żarty i „wieśniackie zagrywki” sprawiły, że co chwilę wybuchałam głośnym śmiechem.

Książka nie jest trudna w odbiorze, co jest jej sporym plusem. W przystępny sposób odsłania stereotypowe przywary Polaków i choć robi to bezceremonialnie, to wcale nie poczułam się nimi skrzywdzona. Może to kwestia dużego przerysowania postaci Jakuba. Sama fabuła, choć na pierwszy rzut oka wydaje się być ulokowaną w realnym świecie, nie pozwala do końca uwierzyć w jego prawdziwość. Czytelnik jest nieustannie trzymany na granicy absurdu.

„Konan Destylator” jest idealną lekturą dla każdego, kto ma czasem ochotę odpłynąć w nie do końca poważną fantastykę. A sami fani Andrzeja Pilipiuka, na pewno nie poczują się nią rozczarowani.

                                                   

 Avengers: Wojna bez granic

 

26 kwietnia 2018 roku swoją premierę w polskich kinach miał najnowszy film Marvela- „Avengers: Wojna bez granic”. Jest to pozycja znana i wyczekiwana przez fanów przygód superbohaterów. Przedstawia ona historię wielkiej, kosmicznej jatki z udziałem większości uniwersów Marvela.

Ogromnym plusem jest właśnie pomieszanie wielu bohaterów znanych z różnych światów. Oglądanie Strażników Galaktyki walczących u boku Iron Mana stanowiło dla mnie nie lada gratkę. Co najważniejsze, nie było to wrzucenie losowych postaci bez składu do filmu, lecz stanowiło logiczny ciąg zdarzeń.

Na kolejną pochwałę zasługuje wielkie spectrum emocji, jakie pojawiały się w filmie. Strażnicy Galaktyki, Tony Stark czy Peter Parker dbali o humor, a Kapitan Ameryka czy Doktor Strange wprowadzali do fabuły powagę. Dzięki temu „Avengers…” potrafiło rozbawić widza oraz wycisnąć łzy z oczu.

Kolejnym plusem była wartka akcja, którą uzyskano dzięki wprowadzeniu przeskoków pomiędzy światami. Wątki przeplatały się, co pozwoliło nacieszyć oczy każdym z uniwersów. Akcja nie skupiała się na żadnym z nich zbyt długo, dzięki czemu z przyjemnością wyczekiwało się kolejnych wydarzeń.

Efekty specjalne nie stanowiły raczej zaskoczenia dla miłośników filmów Marvela. Jednak wiele z nich zasługuje na brawa. Perełkami było ukazanie efektu działania Kamieni Nieskończoności czy też końcowa bitwa w Wakandzie.

Jedynym minusem, a zarazem plusem, była dla mnie końcówka filmu. To, co mnie w niej ucieszyło, to przede wszystkim duża nieprzewidywalność. Niestety, samo zakończenie pozostało otwarte i wymusza na nas oczekiwanie na kolejną część.

Niestety, mimo wielu zalet, „Avengers: Wojna bez granic” nie stanowi dla mnie filmowej perełki. Jest to kolejna część przygód superbohaterów zrobiona w dobry sposób. Zdecydowanie polecam ją fanom dzieł Marvela, ale sama chyba nie sięgnę po nią kolejny raz.

 

                                                                                    Czarna Pantera

 

El Dorado z Vibranium i strzegący go superbohater. Tak jednym zdaniem można opisać „Czarną Panterę”, która 22 lutego 2017 roku weszła na światowe ekrany, a 14 lutego 2018 roku pojawiła się w polskich kinach. Jest to kolejna Marvelowska produkcja wyreżyserowana przez Ryana Coogler’a. Film opowiada historię państwa- Wakandy, która skrywa wartościowy sekret i pilnującego go króla o niezwykłych zdolnościach.

 

 

 

 

Piszę tę recenzję z punktu widzenia osoby, która po raz pierwszy spotkała się z jego tytułowym superbohaterem, więc nie będę odnosił się do serii komiksowych, z których jest znany oraz innych ich adaptacji.

Tym, co moim zdaniem wyróżnia „Czarną Panterę” od licznych produkcji Marvela jest naturalna sceneria. Wielkie otwarte przestrzenie, górskie krajobrazy i dzika przyroda występują tu znacznie częściej ze względu na umiejscowienie akcji, która w znacznej części rozgrywa się w afrykańskim kraju Wakanda. Jego ukryta stolica jest harmonijnym połączeniem miasta o wysoko rozwiniętej technologii ze starożytną kulturą jego mieszkańców i ich tradycją. Odejście od rzadziej ukazanych amerykańskich aglomeracji nadaje produkcji powiewu świeżości. Dzięki temu poczułem się na chwilę wolny od ich ciężkiego klimatu.

Sama postać Czarnej Pantery jest również zaskakująca i ciężko jednoznacznie nazwać ją superbohaterem. Pomimo nadludzkich zdolności i charakterystycznego stroju, jest to raczej funkcja przekazywana sobie przez kolejnych królów Wakandy. Podczas seansu zgubiłem gdzieś możliwość związku tego herosa z innymi komiksowymi postaciami, tak jakby istniał on w zupełnie osobnym świecie.

Fabuła od samego początku ma za zadanie wprowadzić nas do tego uniwersum, jest jednak średnio ciekawa. Wydarzenia dotyczą głównie samej Wakandy i zmian jakie w niej zachodzą. Standardowy wątek ratowania świata przed zagładą wydaje się mieć w tym przypadku mniejsze znaczenie. Dopiero jego skutek nabiera na ważności, gdyż być może właśnie on otwiera furtkę do całego panteonu Marvela. Zabrakło mi w tym filmie humoru, który mógłby uprzyjemnić czas pomiędzy kluczowymi momentami i scenami walki.

Na pochwałę zasługują na pewno grafika i efekty specjalne. Rzut na stolicę afrykańskiego państwa wygląda naprawdę zdumiewająco, a podczas bitew można poczuć prawdziwość użytej w nich zaawansowanej technologii.

Aktorzy wcielający się w role również spisali się świetnie i każdy z nich wnosi od siebie coś ciekawego do tej produkcji.

 

Sceneria, grafika i dobór aktorów są więc dla mnie największymi plusami Czarnej Pantery. Razem tworzą one zaskakująco fantastyczny klimat, różniący się nieco od innych filmów o superbohaterach. Do minusów zaliczyłbym głównie liniową fabułę, poprzetykaną mało ciekawymi wątkami. Jako fan superbohaterów mam mieszane uczucia co do całości. Poleciłbym jednak Czarną Panterę jako odskocznie od znanego nam standardu.

 

 

 

„Czarna Pantera” wywołała we mnie bardzo skrajne odczucia, od pozytywnego zaskoczenia po lekkie znudzenie. Na ogromny plus zasługuje przede wszystkim postać superbohatera, ponieważ, w przeciwieństwie do Spidermana, Hulka czy Supermana, nie jest on Czarną Panterą na wyłączność. Każdy ochotnik mógłby się nią stać, gdyby tego zechciał.

Sporą zmianą w stereotypie bohatera jest także zasięg działania Czarnej Pantery, która skupia się na ochronie własnego państwa, a nie całego świata. Według mnie, jest to pozytywna odmiana. Wiąże się z tym kolejna cecha charakterystyczna produkcji, którą jest osadzenie akcji nie tylko, w dobrze nam znanych, wielkich miastach, lecz na terenie afrykańskich równin. Mimo, iż miasto wokół którego kręci się fabuła, jest zdecydowanie bardziej zaawansowane technologicznie niż reszta świata, to pozostaje w nim trochę tradycyjnych elementów.

Film zapulsował u mnie także humorem, prezentowanym szczególnie przez siostrę tytułowej Czarnej Pantery. Dzięki niemu, cała akcja nabierała lekkości, co pozwalało na przyjemniejszy odbiór.

 

Pomimo wielu plusów, „Czarna Pantera” nie zachwyciła mnie na tyle, bym wyczekiwała z utęsknieniem kolejnej części, a sądząc po niedopowiedzianym zakończeniu, taka może się pojawić. Zabrakło mi w niej więzi widza z bohaterem, która zmusiłaby do wzruszeń i przeżywania akcji z ekranu. Niestety, „Czarna Pantera” jest dla mnie filmem na raz.

 

                                                                                      Kształt wody

 

Niedawno, bo 16 lutego 2018 roku do kin weszło najnowsze dzieło Guillermo del Toro, reżysera takich filmów, jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy”. Tym razem z pod jego pióra wyszło fantasy z elementami dramatu i kryminału- „Kształt wody”. Historia opowiada o losie wodnego, człekokształtnego stwora, który trafia w ręce naukowców i niemej kobiety dostrzegającej w nim ludzką naturę.

Oglądając zwiastun „Kształtu wody” spodziewałam się całkiem niezłego filmu, lecz teraz otwarcie mogę stwierdzić, że przerósł on moje oczekiwania. Była to jedna z lepszych produkcji, jakie ostatnio widziałam.

Na szczególną uwagę zasługuje koncepcja filmu, który choć jest fantastyczny, to nie przypomina większości dzieł tego gatunku. Może być to zasługą bardzo mocnego ukazania realizmu. To co się z nim wiąże to naturalizm, który reżyser serwuje nam od pierwszych minut. Odziera ze wstydu główną bohaterkę, dzięki czemu już od początku między Elizą a widzem buduje się mocna więź. W filmie nie ma tematów tabu. Seks, przemoc, samotność, to obrazy, którymi zostajemy otoczeni. O ile taki ekshibicjonizm jest dużą zaletą produkcji, o tyle ilość, nie zawsze uzasadnionej przemocy, nie do końca trafia w moje gusta.

Na duży plus zasługuje klimat filmu, który utrzymany jest w latach 60-tych. Nie ma w nim zbędnych efektów specjalnych, czym często chwalą się producenci wielu dzieł fantasy. Dzięki mnóstwu elementów, takich jak kolorystyka „Kształtu wody”, czy nawiązania do starych musicali, możemy, razem z bohaterami znaleźć się w tamtych czasach.

Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w filmie, jest duża wrażliwość, jaką budowała postać głównej bohaterki. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się odrzucające, dzięki Elizie stawało się piękne. Jej gesty, zachowania emanowały subtelnością, która pozwoliła widzowi oswoić dziwne, nierzadko odstręczające sytuacje, jakie zachodziły między bohaterką a stworem. Odegrana przez Sally Hawkins rola zasługuje na duże brawa.

Jedynym, małym minusem, była dla mnie jedna ze scen, rodem z musicalu, która, na chwilę, oderwała mnie od atmosfery budowanej przez cały film. Miała zobrazować uczucia Elizy, lecz wyszła trochę zbyt komediowo.

Tak, jak wspominałam, „Kształt wody” był dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Mogę śmiało dać mu mocne 9/10. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad pójściem do kina, zdecydowanie zachęcam do obejrzenia go, bo szkoda byłoby przegapić taką perełkę.

 

Deadpool 2

 

Zabójczy wojownik powrócił. Jest szybki, silny i przede wszystkim seksowny. Od jego sukcesu w kinach minęły dwa lata, a teraz pojawił się ponownie, żeby zawstydzić cały panteon superbohaterów. Czy dostarczy nam kolejną dawkę świetnego humoru w akompaniamencie odrąbanych nóg i rąk, czy może wyszedł z formy?

 

 

Dawid

Druga część Deadpoola zachwyciła mnie tak samo jak poprzednia. Ten film jest w stanie zarówno oczarować widza, jak i wzbudzić w nim dreszcz obrzydzenia. Przede wszystkim jednak jest to film, który potrafi rozbawić do łez. Pełen groteskowych sytuacji idealnie parodiuje znane i lubiane produkcje o potężnych facetach w obcisłych wdziankach. Zarówno styl jak i fabuła filmu nie jest specjalnie zaskakująca, nie spodziewałem się jednak niczego innego. Za wcześnie jest na zmianę, która znacząco wpłynęłaby na odbiór tego bohatera. Dopiero od niedawna pojawił się on w kinach i ma ciekawy charakter. Jest więc z czego czerpać, a „Deadpool 2” jest tego przykładem.

 

 

Paulina

„Deadpool 2” zdecydowanie zasługuje na ogromnego plusa. Idąc do kina, nie spodziewałam się, że będę miała problem z oceną, która część jest lepsza. O ile pierwsza obraca się głównie wokół ciętego humoru bohatera i jest praktycznie w całości komediowa, o tyle w drugiej możemy znaleźć też dramatyczne wątki. Kiedy przybliżona zostaje nam druga twarz Deadpoola, ironia i bezwzględność idą w odstawkę. Dla mnie przedstawienie głównej postaci w taki sposób było dużym, pozytywnym zaskoczeniem.

Oczywiście, w filmie nie było czasu na nudę, gdyż akcja cały czas się rozpędzała. Dynamiczne sceny walki czy perypetie X-Force sprawiały, że film oglądałam z zapartym tchem. Nie mogłabym nie wspomnieć o żartach Deadpoola, które trzymały poziom i niczym nie odbiegały od humoru z pierwszej części.

Na duże brawa zasługuje ścieżka dźwiękowa użyta w filmie, która nie tylko była wspaniałym tłem do perypetii bohatera, ale stanowiła znaczący element całej historii.

Fani Deadpoola nie mogą ominąć drugiej części jego przygód! Z czystym sumieniem film mogę polecić też wszystkim miłośnikom nie całkiem grzecznego humoru i wciągającej akcji.

Dom osobliwości Pani Peregrine

 

Już 7 października, do repertuaru polskich kin wejdzie najnowsza produkcja Tima Burtona, twórcy m.in. „Gnijącej Panny Młodej”, „Mrocznych Cieni”, czy choćby „Marsjanie atakują!”. Jego najnowszym dziełem jest  „Osobliwy dom Pani Peregrine”, którego fabuła oparta jest na debiutanckiej powieści Ransoma Riggsa o tym samym tytule.

Film jest historią chłopca, który po kilku niewyjaśnionych zdarzeniach, postanawia pójść śladami dziadka i odkryć sekret domu zamieszkanego przez niego w dzieciństwie. Po drodze musi zmierzyć się z wieloma trudnościami. Czy, pomimo nich, uda mu się poznać prawdę o domu?

 

 

 

Jako ogromna fanka Tima Burtona ucieszyłam się na samą wieść o nowej produkcji, którą reżyseruje. Od filmu oczekiwałam typowego, „burtonowskiego” połączenia historii z dreszczykiem z opowieścią o dużym wydźwięku moralnym. I nie zawiodłam się! Choć po pierwszych kilku minutach filmu nie powiedziałabym, że reżyserem jest Tim, to pojawiają się w nim sceny, które niezaprzeczalnie temu dowodzą. Reżyser przemyca w nim chociażby fragmenty typowych dla siebie animacji.

Na ogromny plus zasługuje obsada aktorska, która idealnie sprawdziła się, w nie tak łatwych, rolach. Szczególną uwagę zwróciłam na postać pani Peregrine odgrywaną przez Evę Green oraz Barrona, w którego wcielił się Samuel L. Jackson. Obie role wypadły bardzo dobrze.

Bardzo ciekawym zabiegiem było według mnie ukazanie w filmie postaci, które na myśl przywołują, znane z legend istoty. Dzięki temu, produkcja Burtona zyskuje drugie dno, które można różnie interpretować.

 Mile zaskoczyły mnie liczne nawiązania do Polski, a dokładnie do okresu wojny, gdyż nie często spotykam się z pozytywnymi odniesieniami dotyczącymi polskości w filmach zagranicznych.

Nawet tak dobrze i ciekawie wykonane dzieło, jak „Osobliwy dom Pani Peregrine” ma kilka słabszych punktów. Film, choć wciąga widza w swój świat z ogromną mocą, to momentami wydaje się być nieco ciężki i przytłaczający. Choć sama fabuła była dla mnie zrozumiała, to niekiedy potrzebowałam ogromnego skupienia, by dobrnąć do bardziej dynamicznych scen.

Niezbyt korzystne, według mnie, było zastosowanie kilku, nieco mroczniejszych ujęć, które z powodzeniem mogły stanowić materiał na horror, a nie jak mogłoby się wydawać fantasy z elementami dreszczowca.

Film, mimo niewielkich minusów, z czystym sumieniem, mogę polecić wszystkim fanom Tima Burtona, fantastyki, mrocznych historii czy po prostu dobrego kina. Według mnie, zasługuje na mocne 8/10 punktów.

 

 

 

Film „Osobliwy dom Pani Peregrine” zdecydowanie przeszedł moje oczekiwania. Niezwykłe ukazanie miejsc i pobocznych postaci sprawiło, że prawie od początku seansu przeniosłem się do świata baśni, chociaż większość z nich była zupełnie realna.

Tak jak w wielu innych produkcjach reżyserii Tima Burtona spotkałem się ze świetnym połączeniem elementów grozy i humoru, które ukazane w unikalny sposób dostarczyły mi sporo rozrywki. Nie spodziewałem się, że potrafię śmiać się przy scenach, które normalnie powinny wywołać dreszczyk emocji.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że  w przedstawionym świecie doszukałem się pewnej nieścisłości. Muszę jednak przyznać, że nie wpłynęła ona na satysfakcję po obejrzeniu filmu.

Podczas seansu z łatwością można było dostrzec problemy moralne bohaterów i naukę jaka wynika z ich rozwiązania. Pewne motywy skłaniały do refleksji i spowodowały, że posiedziałem na krześle w sali kinowej jeszcze chwilę po zakończeniu filmu. To jednak nie wszystko. Niewysłowioną przyjemność sprawiło mi odkrywanie alegorii , które nasuwają mi się aż do teraz i są warte zastanowienia.

Jestem wdzięczny za produkcję tego typu. Jest to harmonijne połączenie dobrej zabawy i bagażu przemyśleń w doskonałym wykonaniu twórców i obsady aktorskiej. Jestem pewien, że w „Osobliwym domu Pani Peregrine” każdy znajdzie coś dla siebie.