banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

szukajka

ADSENSE

Całkiem niefantastyczne teorie fantastyczne- Teleportacja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 


JumperCzy zastanawiałeś się kiedyś, jak świetnie byłoby móc w jednej chwili być w Ameryce, a za parę minut zwiedzać Japonię? Brzmi niewykonalnie, prawda? Jednak taką możliwość otwiera przed nami teleportacja, która przewija się w niejednym fantasy.

Dobrym przykładem umieszczenia tego motywu w powieściach może być „Harry Potter”. W Hogwarcie istnieją bowiem trzy metody teleportacji. Jedną z nich jest używanie „świstoklika”, którym może stać się dowolny, specjalnie zaczarowany przedmiot. Kolejnym sposobem jest przemieszczanie się przy pomocy proszku Fiuu, wrzucanego do kominka. Najbardziej tradycyjną teleportacją, jest  przemieszczanie się przy użyciu woli i intensywnym skupieniu się na miejscu docelowym. Tę sztukę pojęli jedynie najbardziej doświadczeni czarodzieje.

Motyw teleportacji przewija się także w „Arivaldzie z Wybrzeża” Jacka Piekary. Tutaj główny bohater przemieszcza się między wymiarami wbrew swej woli. Trzy, uwięzione w pięknym zamku, księżniczki wysyłają mu wiadomość przenoszącą go do ich siedziby, z której nie ma wyjścia. Odwrócić sytuację mogą jedynie biegli w trudniejszych czarach magowie.

Kolejną powieścią, gdzie teleportację ukazano w bardzo ciekawy sposób, jest "Porta Coeli. Brama Światów." Susany Vallejo. Główni bohaterowie: Bernardo i Yebra odkrywają przed nami możliwości międzywymiarowej wędrówki. Dzięki niezwykłej księdze otwierają przejście do innego świata, który przedstawiony jest niczym raj. Samo przekroczenie bramy jest niezwykle niebezpieczne i bolesne. Ową "bramę" stanowi bowiem masa wirów powietrznych, które wciągają wędrowców w sam środek żywiołu i niemalże rozrywając ich ciała przerzucają na drugą stronę. Tylko osoby zdolne poddać się tej sile, bezpiecznie przekraczają granicę.

Teleportacja stała się tematem filmu „Jumper” Douga Limana, w którym to bohaterowie posiadają umiejętność przeskakiwania ogromnych odległości. Nastolatek, będący główną postacią, wykorzystuje tę niezwykłą zdolność do odnalezienia zabójcy swojego ojca. Tak, jak w przypadku „Harrego Pottera”, tu również teleportacja wykorzystywana jest przeważnie w dobrym celu.

Jednak, czy w realnym świecie, możliwe jest teleportowanie się? I tak i nie, ponieważ udowodniono już, że wykonalna jest teleportacja informacji zmienionej przez teleporter w strumień światła. Za to przesyłanie w inne miejsce materii nie jest wykonalne ze względu na inwazyjność tej metody. Niestety, to co dostajemy po przesłaniu przez machinę, nie jest oryginalnym produktem, lecz jego idealną kopią. Wysłana przez nią materia zostałaby zniszczona, by w odwzorowanej formie trafić w inne miejsce.

Badania nad teleportacją prowadzono już od dawna. Najbardziej znany eksperyment został przeprowadzony w 1943 r. przez Marynarkę Stanów Zjednoczonych i miał dowieść  prawdziwość teorii Alberta Einsteina, mówiącej o istnieniu jednobiegunowego pola magnetycznego. Miało to umożliwić odchylenie promieni świetlnych w celu zakamuflowaniaProszek Fiuu- statków. Sam eksperyment zakończył się dość niespodziewanie, gdyż, jak podają świadkowie, poddany próbie statek zniknął we mgle i rzekomo uległ teleportacji.

Od jakiegoś czasu, po Internecie krąży filmik z kamery przemysłowej w Chinach, ukazujący niezwykłą scenę teleportacji rowerzysty narażonego na zderzenie z ciężarówką. W teleportacji pomaga mu postać kobiety obdarzonej tą niezwykłą umiejętnością. Niektórzy podejrzewają ją o bycie aniołem. Ciężko powiedzieć ile jest w tym prawdy, w końcu żyjemy w czasach Photoshopa i rozwiniętej obróbki filmowej.

Jak widać teleportacja, spotykana do tej pory jedynie w dziełach science fiction, bądź fantastycznych, powoli wkracza do naszego świata. Choć na razie naukowcom udało się przesłać tylko (lub aż) informację, to przy dzisiejszym, ogromnym postępie technicznym, może okazać się, że lada dzień sami będziemy mogli przemieszczać się między najodleglejszymi zakątkami globu w zaledwie kilka sekund.

 

 

A oto link do filmiku, o którym wspomniałam w artykule: Teleportacja w Chinach

Nowości - Fantastyka naszym okiem

Postanowiłem dzisiaj napisać o czymś, o czym większość z Was już pewnie słyszała, niemniej jednak jest to temat dla fanów szeroko pojętej fantastyki wyjątkowo ciekawy, ponieważ dotyczy dwóch odrębnych zwykle gatunków: fantasy i fantastyki naukowej. Mowa o Legendach Polskich wypuszczanych do sieci przez najpopularniejszy polski serwis aukcyjny - Allegro.

Pierwszy film z serii – Smok miał premierę na Youtube 30 listopada 2015. Kilka dni wcześniej natomiast mieliśmy okazję zapoznać się ze zwiastunem. Przyznam szczerze, że nie od razu kupił mnie ten pomysł i nie bardzo załapałem początkowo o co w tym wszystkim chodzi. No, bo niby mamy Kraków, Kościół Mariacki, w tytule jest smok, a tu zamiast smoka widzimy jakąś wojskową maszynę latającą i przykrego pana, który wygląda jak jeden z naczelnych czarnych charakterów przełomu lat 80. i 90. - Dolph Lundgren. Przechodząc już do samego filmu, stanowi on połączenie starego z nowym. Osią fabuły jest dobrze znana historia smoka wawelskiego opowiedziana w całkowicie nowoczesny sposób, co oznacza tyle, że uświadczymy w filmie m.in. psa-robota, androida i inne wynalazki przyszłości. Historia ma wartkie tempo, jak w rasowym filmie akcji, animacje stoją na wysokim poziomie, a całość okraszona jest lekką dozą humoru i wątkiem romantycznym. 

 

djembed

 

Na drugi ogień, po krótkim odstępie czasu (15 grudnia), poszła legenda o Panu Twardowskim. Film od razu zaczyna się mocnym akcentem – przejażdżka po powierzchni Księżyca w rytm piosenki Wszystko chuj wywołuje niesamowite wrażenie, chyba ze względu na tak frywolne połączenie niedostępnego dla większości kosmosu ze swojskim wulgaryzmem. O ile Smok mi się podobał, tak Twardowsky wbił mnie w fotel. Świetne role Roberta Więckiewicza i Aleksandry Kasprzyk, niesamowite animacje, dobra dawka humoru i znane polskie przeboje sprawiają, że największą wadą filmu jest to, że jest tak krótki.

 

djembed

 

Ku uciesze mojej i innych fanów produkcji, poznaliśmy także dalszą część historii Twardowskiego, na którą jednak musieliśmy poczekać do września niedawno zakończonego roku. Tym razem jednak zamiast 9 minut, dostaliśmy aż 20 (18 nie licząc napisów, po których mamy jeszcze krótką scenę), ze wszystkimi elementami, które tak dobrze sprawdziły się poprzednim razem. Dodatkowo twórcy zaserwowali nam niezły zwrot akcji, a po drodze przedstawili nam trochę swoje uniwersum i  głównego antagonistę - Borutę. Owocem filmu była również nowa wersja piosenki Aleja Gwiazd za którą stoi jeden z najbardziej znanych polskich producentów Matheo i piosenkarka Anna Karwan. Możemy ją usłyszeć w napisach końcowych, po kilku dniach od filmu został również opublikowany teledysk do niej, który przedstawia historię Lucynki granej przez Kasprzyk.

 

djembed

 

djembed

 

Kolejny film – Operacja Bazyliszek pojawił się w listopadzie. Tym razem w rolach głównych dobrze znani Paweł Domagała i Olaf Lubaszenko. Ich postacie wzbudzają sympatię swoją prostolinijnością podczas rozmowy na typowym męskim wypadzie na ryby, suto zakrapianym alkoholem.Poza tym scenariusz przypomina trochę ten ze Smoka, jest wątek miłosny, potwór do pokonania i postać pomysłowego i odważnego Polaka, która zresztą jest chyba głównym elementem łączącym filmy. Miło, kiedy twórcy filmowi dla odmiany chcą żebyśmy, jako naród, byli z siebie dumni. Różnicę stanowi tutaj potwór – bazyliszek jest całkiem prawdziwy. Tradycyjnie już na wysokim poziomie animacja, humor, dialogi... nie za bardzo jest się czego przyczepić. Ah, zapomniałbym o muzyce... tu również standardowo dobrze, Matheo tym razem połączył siły z Andrzejem Donarskim w odświeżonej wersji Mój jest ten kawałek podłogi, co zaowocowało kolejnym teledyskiem, w którym możemy poznać historię postaci Eugeniusza granego przez Lubaszenkę.

 

djembed

 

djembed

 

Póki co, ostatni film z serii to grudniowa Jaga, nawiązująca do historii Baby Jagi. Choć w tej wersji to bynajmniej nie stara, zmarszczona i ohydna czarownica, ale ktoś w rodzaju młodej i pięknej bogini przyrody. Scenę, w której niczym w Matrixie w spowolnionym tempie nokautuje przeciwników, ciężko mi ująć innym słowami niż „wow, niesamowite”. Choć nie zabrakło elementów humorystycznych, tym razem twórcy uderzyli w poważniejsze tony. Dali nam też wyraźne wskazówki, że w następnej części powinna pojawić się postać Peruna, która jest zagrożeniem dla Boruty. Ogólnie powinno dziać się sporo, obyśmy na kolejne legendy nie musieli znów czekać do września. Choć, nawet jeśli, to już i tak mamy sporo. Jaga również doczekała się teledysku i to mrożącego krew w żyłach.

 

djembed

 

djembed

 

W aspekcie marketingowym, Legendy Polskie to świetny przykład budowania marki poprzez opowiadanie historii - storytelling. Natomiast dla zwykłego widza jest to przede wszystkim rozrywka na najwyższym poziomie. Pod każdym filmem odnajdziemy prośby o stworzenie filmu pełnometrażowego i nie ma się co dziwić, twórcy znaleźli idealną receptę na połączenie tradycji z nowoczesnością, dodając do tego szczyptę przaśnego polskiego humoru, a wszystko to zostało "ugotowane" przez czołowe nazwiska polskiej kinematografii. Gdyby pełnoprawny film powstał i choć zbliżył się poziomem do krótkich filmów dotąd stworzonych, byłby produkcją przyćmiewającą większość obrazów powstałych w ciągu całej historii rodzimego kina. Pomijając już świetną fabułę, grę aktorską, dialogi, muzykę i całą resztę, poziom animacji komputerowych i efektów jest czymś, czego w filmach nad Wisłą nigdy nie uświadczyliśmy, dość wspomnieć z jakimi przeciwnikami mierzył się Żebrowski - Geralt w filmie z 2001 roku, o którym zdecydowana większość fanów Wiedźmina wolałaby zapomnieć. A propos, scenarzystą Legend Polskich jest dobrze znany twórca animacji Tomasz Bagiński. Wielu powinno ucieszyć, że jest on w trakcie produkcji... Wiedźmina właśnie.

Osobiście odnoszę wrażenie, że w tych krótkich filmach mamy wszystko to, czego moglibyśmy oczekiwać od filmu o polskim pogromcy potworów, w końcu więc mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Oczywiście pojawiają się też wątpliwości. Wiedźmin ma zostać zrealizowany z pomocą amerykańskiej wytwórni Sean Daniel Company, odpowiedzialnej za raczej średnio oceniane filmy, jak trzecia część Mumii czy Ben-Hurz 2016 roku. W dodatku do napisania scenariusza została wybrana amerykanka Thania St. John,która do tej pory pisała scenariusza głównie do niespecjalnie ambitnych seriali młodzieżowych, takich jak Buffy: Postrach wampirów czy Roswell: W kręgu tajemnic. Rodzą się obawy, czy film będzie miał odpowiedni klimat, czy nasza chluba narodowa nie zostanie zamerykanizowana i odarta ze swej słowiańskości i wyjątkowego charakteru. Miejmy nadzieję, że pan Bagiński przypilnuje żeby tak się nie stało. Zdarzają się przecież czasem takie przypadki jak Peter Jackson – człowiek, który po kiepskich filmach stworzył jedną z najlepszych trylogii w historii kina. Różnica jest chyba jednak taka, że, jeśli dobrze pamiętam, Jackson był wielkim fanem twórczości Tolkiena, a panią John nie podejrzewam o bycie fanką Sapkowskiego.

Chyba jednak największym problemem tej produkcji jest fakt, że pierwsze informacje o niej pojawiły się już w 2015 roku, data premiery nadal jest ustalona na rok obecny, a tymczasem nie mamy żadnych nowych doniesień, nie wiadomo więc, czy Wiedźmin nie umrze na etapie produkcji. W każdym razie życzę sobie i Wam, żebyśmy dostali świetny film o Wiedźminie i jak najwięcej kolejnych Legend Polskich, a może nawet jakiś pełnometrażowy film? :>


Powrót do przyszłościKto z nas nie chciał, choć raz w życiu, przenieść się w czasie? Niekiedy po to, by przeżyć jakąś chwilę jeszcze raz, czasem, by naprawić popełniony błąd, a może ujrzeć swoją przyszłość. Mimo, iż pragnienie to nie jest dla człowieka niczym obcym, to jednak takie podróże wydają się nam na tyle abstrakcyjne, że umiejscawiamy je jedynie w powieściach czy filmach science fiction. Czy słusznie?

Już od dawna wiemy, że czas nie jest wartością do końca mierzalną, gdyż w zależności od materii i energii płynie w różny sposób. Jest za to elastyczny i nieuchwytny, co udowodnić próbował, już w IV wieku, św. Augustyn z Hippony. Przypuszczenia te potwierdził ostatecznie Albert Einstein poprzez teorię względności. On też pierwszy użył określenia „czasoprzestrzeni”. Dzisiejsi naukowcy badający ten temat nie wykluczają możliwości przemieszczania się w czasie, lecz, jak twierdzą, jest ona aktualnie niemożliwa do realizacji pod względem technicznym, ponieważ masa człowieka jest za duża. Jednak, mimo tej teorii, zdarzały się przypadki prawdopodobnego podróżowania w czasie.

Rudolph Fentz był jednym z bardziej znanych „podróżników”. Wspomnienia o nim pochodzą z 1950 r., z Nowego Jorku. To właśnie tego roku, jak podawali świadkowie, dziwnie ubrany Rudolph krzycząc coś wbiegł wprost pod jadącą taksówkę. Znalezione przy mężczyźnie dokumenty datowane były na XIX w., choć ich stan zupełnie na to nie wskazywał. Policji udało się odnaleźć jego synową, która twierdziła, że Rudolph zaginął 80 lat wcześniej w niewiadomych okolicznościach. Jak się okazało, adres zamieszkania, który podała kobieta, zgadzał się z tym znalezionym w dokumentach.

Choć przypadek ten wydaje się nad wyraz nierealny, nie jest wcale odosobniony. Być może bardziej znany stał się John Titor, który zasłynął w 2000 roku na forum internetowym. Twierdził, że pochodzi z przyszłości i cofnął się w czasie, by zapobiec kolejnej wojnie. Miał tego dokonać przenosząc jeden z  komputerów IBM do swoich lat. W internetowej społeczności funkcjonował przez rok, by następnie, po oznajmieniu swojego powrotu do przyszłości, zniknąć bez śladu. Jedynym, na co natknęli się poszukujący go, była firma na nazwisko Titor, posiadająca zaledwie skrytkę pocztową.Zmieniacz czasu

Te i inne opowieści o podróżnikach w czasie zainspirowały wielu autorów fantastycznych i science fiction. Najlepszym przykładem jest film „Powrót do przyszłości” Roberta Zemechisa z 1985 r., w którym to amerykański nastolatek, za namową szalonego naukowca, testuje wehikuł czasu i wraz z doktorem przenosi się do przeszłości. Film ten zyskał na tyle dużą popularność, że powstały kolejne jego części.

Również Andrzej Pilipiuk w powieści „Operacja Dzień Wskrzeszenia” użył motywu podróży w czasie jako tematu przewodniego. Tym razem jest ona użyta w wyższym celu. Bohaterowie powieści muszą odwrócić losy świata spustoszonego przez wojnę atomową. W tym celu udają się do przeszłości, by tam unieszkodliwić Pawła Citko, prezydenta odpowiedzialnego za marny los całej Ziemi. Właściwie chcą zapobiec narodzinom Pawła, pozbawiając jego ojca możliwości płodzenia dzieci.

W „Harrym Potterze” również pojawia się możliwość podróży w czasie, a dzieje się to za sprawą magicznej, niepozornej klepsydry- zmieniacza czasu, który przenosi osobę korzystającą z jego mocy, do odpowiedniego dnia, a nawet chwili. Przy korzystaniu z niej istnieje ryzyko zdemaskowania przez „siebie z przeszłości”, co doprowadzić może do nieodwracalnych zmian w historii.

 Opowieść wigilijnaCzy pamiętacie może jedną z lektur, opowiadającą o skąpcu nienawidzącym świąt? Tak, chodzi mi o „Opowieść Wigilijną”, w której motyw podróży w czasie pojawia się, choć nie jest ukazany tak, jak w innych dziełach. Tutaj, Ebenezer Scrooge doświadcza możliwości ujrzenia swojej przeszłości i przyszłości dzięki duchom świąt. Podróże te mają na celu ukazanie błędów popełnianych przez mężczyznę i wzbudzenie w nim chęci poprawy.

Jak widać, podróże w czasie, wehikuły i chęć ujrzenia tego, co było lub będzie, natchnęła wielu twórców do stworzenia dzieł o tej tematyce. Choć, póki co, przewija się w książkach i w kinie, to możliwe, iż kiedyś takie podróżowanie stanie się dla nas codziennością. Jednak, wiedząc jak ryzykownym by to było, czy na pewno chcielibyśmy skakać w czasie?

W poprzedniej części artykułu omówiłam już maszyny latające oraz humanoidalne roboty, jednak science fiction otwiera przed nami dużo więcej technicznych, przyszłościowych furtek, na które warto zwrócić uwagę.
MatrixPochylmy się na chwilę nad tematem ludzi w technologii i zastanówmy nad kwestią połączenia umysłu z siecią. Motyw ten jest dość często spotykany w dziełach z zakresu fantastyki naukowej. Bardzo widoczny jest m.in. w filmie „Matrix” Andy’ego i Lany Wachowskich oraz w „Avatarze” Jamesa Camerona. W obu przypadkach, bohaterowie za pomocą połączeń mózgu z komputerem przenoszą się do innego świata, gdzie mają do wykonania powierzone im misje.

Coraz bliższa staje się także możliwość łączenia umysłu z siecią w realnym życiu. Póki co, naukowcy udostępnili do użytku okulary Google, które łącząc się z Internetem pozwalają robić zdjęcia, wyszukiwać potrzebne dane, a nawet odsłuchiwać dźwięk bez użycia słuchawek. Odbiór informacji ma umożliwić zainstalowany w okularach ekran wyświetlający. Bez wątpliwości tworząc je wzorowano się nieco na gadżetach tajnych agentów.

Technologia stworzyła również sporych rozmiarów gogle mogące przenieść nas do wirtualnej rzeczywistości. Tym wynalazkiem jest Oculus, szczególnie popularny wśród graczy, którzy dzięki niemu są w stanie poczuć grę „na własnej skórze”.

Kolejnym ciekawym rozwiązaniem, jakie oferują nam dzieła science fiction, są hologramy. Ukazano je w wielu filmach, jak chociażby „Gwiezdne wojny”, czy „Powrót do przyszłości”. Hologramy bardzo często stosowano jako „realne” połączenie z drugą osobą, nie raz były one wyposażone w urządzenia pozwalające porozumieć się również werbalnie.Star Wars

To zagadnienie, pod kątem wyświetlania obrazu, przestało być dla nas fikcją, a hologramy, choć nie są codziennością w życiu większości ludzi, nie stanowią dużej sensacji. Są one używane podczas wystąpień scenicznych, wykładów, a chętni mogą nawet stworzyć hologram 3D na własnym telefonie. A jak powstają takie obrazy? Są one tworzone za pomocą wysokoenergetycznych wiązek lasera, wysyłanych w przestrzeń pod takim kątem, by mogły się przeciąć i wytworzyć plazmę, która obrazuje nam daną rzecz w formie voseli (odpowiednik piksla).

Ciekawym zagadnieniem są także kapsuły regeneracyjne, umożliwiające zebranie energii i potrzebnych ciału składników odżywczych w krótszym od przeciętnego czasie. Taka forma odzyskiwania sił ukazana była m.in. w książce „Hurysy z katalogu”. Dzięki kapsule bohaterowie mogli odzyskać sprawność fizyczną, by, w tym przypadku, powrócić do służenia ludziom.


Kapsuła regeneracyjnaMaszyna taka powstała również w naszym świecie. Wyprodukowana została przez niemiecką firmę i prawdopodobnie dostępna jest już do użytku na większą skalę. Jej specjalne właściwości regeneracyjne opierają się na działaniu fal biomagnetycznych, które, przy odpowiedniej częstotliwości drgań, podnoszą aktywność komórek organizmu, a tym samym wspomagają pracę wielu narządów. Podobno kapsuła ma też właściwości odmładzające i rzekomo potrafi wydłużyć życie.

Jak widać, z biegiem lat, science fiction przestało być tak fikcyjne, jak mogłoby się wydawać. Przez ostatnie kilkanaście lat technologia nabrała niewyobrażalnego tempa, tym samym dając podłoże dla wielu niesamowitych wynalazków. Z każdym dniem przyspiesza, co oznacza, że niedługo możemy dogonić wyobrażenia twórców sci-fi sprzed lat, a latanie samochodami, rozmowa z humanoidalnym robotem, czy nawet podróże w czasie staną się normą.

 

 

 

Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda tworzenie hologramów na iPadzie, zerknijcie na film poniżej:

djembed

 

Od niepamiętnych czasów ludzie raczyli się opowieściami o bogach, bohaterach, zjawach i potworach. Było ich niesamowicie wiele, a całość tworzyła zespół wierzeń dla danego regionu. Te historie i przekonania przekazywane były najczęściej ustnie, naturalne więc było wykształcenie się wśród społeczności kasty kapłanów, którzy będą starannie pielęgnować dobytek kulturowy i religijny oraz wygłaszać nauki swoim ziomkom. Dzięki ich działalności znamy między innymi mitologię grecką, która jest kolebką naszej europejskiej kultury. Istniała jednak w Europie grupa ludów, która objęła olbrzymi teren, lecz ze względu na niedobór źródeł pisanych, większość ich obyczajów pozostaje do dzisiaj tajemnicą, natomiast kapłani nabrali fantastycznych umiejętności.

zbieranie jemioły

Druidzi byli zawodowymi kapłanami Celtów i cieszyli się olbrzymim poważaniem wśród ludu. Znali oni prawo, medycynę, astronomię i historię plemienia. Dziedziny te są ważne dla funkcjonowania całej grupy, dlatego też byli wysoko postawieni i posiadali wpływy polityczne. Parali się również wróżbiarstwem, zielarstwem oraz magią. Ich nauka trwała dwadzieścia lat i była przekazywana drogą ustną poprzez poezję, której ogromną ilość musieli zapamiętać. Odprawiali rytuały religijne w świętych dąbrowach oraz zajmowali się edukacją i sądownictwem. Przypuszczalnie większość z nich pochodziła z elity społeczeństwa.

Informacje jakie posiadamy o druidach są niepewne, gdyż pochodzą ze źródeł pisanych ludów starożytnych wrogo usposobionych do Celtów. To czego nie znamy przez stulecia zastępowane było ludzką fantazją. Ludy Europy, w poszukiwaniu tożsamości narodowej innej niż z południowych krain morza śródziemnego, zainteresowały się historią Celtów, a w szczególności druidów, którzy tworzyli w tym przypadku trzon kulturowy. Podekscytowani odkrywcy wygłaszali własne teorie, które przeniknęły do opinii publicznej i stworzyły fantastyczny obraz celtyckiego maga przywołującego nadnaturalne moce, w gniewie zmieniającego ludzi w menhiry.anglesey

Znana jest prawdziwa historia z 60 roku, w której Rzymianie pod dowództwem Gajusza Swetoniusza Paulinusa zaatakowali plemiona celtyckie na wyspie Anglesey. W bitwie oprócz wojowników brytyjskich wzięli udział również druidzi i czarownice, którzy z dzikością wykrzykiwali zaklęcia i przekleństwa oraz wymachiwali pochodniami. W efekcie rzymskich legionistów ogarnął strach, jednak z pomocą Paulinusa po chwili ruszyli do ataku. Takie wydarzenie już samo w sobie intryguje i prosi się o stworzenie fantastycznej otoczki.

Dziś historycy znają już więcej faktów i wycofali nieprawdziwe teorie. Mają jednak one kontynuację w literaturze, muzyce i grach. Istnieją również grupy neodruidów, które starają się wskrzesić kult celtycki i praktykują ich wierzenia.

neodruidzi

 

Archetyp druida w fantastyce, to istota, która nawiązała duchową łączność z naturą i studiuje jej istotę. Odprawia tajemnicze rytuały, dzięki którym potrafi porozumieć się ze zwierzętami i roślinami. Dba o nie i może wezwać je do pomocy. Sam również zmienia postać na zwierzęcą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czci dęby i jemiołę, z której potrafi wydobyć cudowne właściwości. W przyrodzie występują żywioły, nad którymi druid potrafi zapanować dzięki magii. Przy ich pomocy jest w stanie przywołać huragan, deszcz lub trzęsienie ziemi. Uzdrawia życiodajną mocą płynącą ze zrozumienia życia, nie boską jak w przypadku innych kapłanów.

W przeszłości Celtowie wierzyli w magię i potęgę sił natury. Można więc powiedzieć, że pomiędzy twardym naukowym wizerunkiem druida, a jego fantastycznym odpowiednikiem istnieje subtelna, wręcz romantyczna różnica. A Wy który z nich wolicie? Ten realny, lecz wciąż pełen tajemnic, czy fantazyjnie rozbudowany o niewiarygodne cechy i umiejętności?

druid Panoramiks

dezinformacjaWojna jest częstym motywem w utworach fantasy. Gdy strony konfliktu walczą ze sobą często porównujemy do siebie stan ich wojska, wyposażenia i umiejętności. Następnie jesteśmy zdziwieni obrotem spraw i zastanawiamy się, dlaczego wyżej wymienione czynniki nie decydują o wyniku brutalnych starć.  Z pewnością byłoby prościej skonfrontować je z grą w szachy, gdzie cała plansza oraz figury są odkryte, a liczą się jedynie umiejętności gracza i odpowiednie podejście. Trafniej jednak jest odnieść zbrojne spory do rozgrywki pokera. W sytuacji zakrytych kart pokerzysta stara się przechytrzyć pozostałych uczestników uważnie ich obserwując i starając się jednocześnie zachować nieprzeniknioną twarz. Pomimo różnic w rozdaniu, właśnie ta strategia ma decydujący wpływ na ostateczny rezultat. Czym właściwie ona jest i jaką moc posiada?

Dezinformację najczęściej kojarzymy z oszustwem, jest ona jednak bardziej złożona. Określa się ją jako narzędzie, które ma na celu wywołanie określonych zachowań. Oddziałuje ona na ludzką świadomość, w skutek czego człowiek zaczyna myśleć i pragnąć tak jak sobie tego życzy posługujący się tą techniką. Jej skuteczność możemy zaobserwować w wielu utworach fantasy.

Jak rabuś, gwałciciel i morderca stał się członkiem Kapituły Czarodziejów, w której jego słowo miało decydujące znaczenie? Vilgefortz w „Wiedźminie” przede wszystkim ukrył swoje pochodzenie. Był niezwykle utalentowany i przystojny. Wyrażał się szczerze i przekonująco. Tą postawą przyćmił swoją przeszłość do tego stopnia, że pozostali mieli go za wspaniałego, szlachetnego człowieka. Takich czynów również się dopuścił. Był przywódcą w bitwie pod Sodden, gdzie wykazał się poświęceniem w obronie ludu, a w radzie zawsze popierał działania dążące do pokoju. To wszystko jednak miało tylko ukryć jego prawdziwe oblicze. Vilgefortz pragnął władzy nad wieloma światami, co chciał osiągnąć dzięki Ciri. Gdy jego intencje wyszły na jaw, sytuacja była już beznadziejna. Na powyższym przykładzie widać jak dzięki dezinformacji i nie tylko, ten stosunkowo młody czarodziej manipulował myślami innych. „Saga o Wiedźminie” ukazuje nam wiele innych przykładów takich jak rozpowszechnianie informacji o stworzeniach, które w ukryciu wspomagają bunt elfów, czy o barbarzyńskiej postawie driad. Wywoływały one wrogość w umysłach ludzi i były podstawą dla późniejszych prześladowań.palpatine

„Dobrze, niechże szaleństwo będzie kamuflażem, który skryje nasze zamiary przed oczyma wroga”. Taki kamuflaż jako rodzaj dezinformacji został użyty przez siły dobra pod przewodnictwem Gandalfa we „Władcy Pierścieni”. Sauron oczekiwał próby użycia siły pierścienia przeciw niemu, nawet do „oka” nie przyszła mu myśl, że ów przedmiot zostanie powierzony małemu hobbitowi i wysłany do Mordoru, w ognie Góry Przeznaczenia. Podejrzewał, że drużyna zmierza w kierunku Minas Tirith, skąd wyda mu wojnę z całą mocą pierścienia. Chcąc wyprzedzić swojego przeciwnika, zaatakował pierwszy i zostawił niewielki garnizon strzegący tajemnego przejścia, prowadzącego w głąb jego krainy. Tą drogą przeszli Frodo i Sam, wykonując niebezpieczną misję i ostatecznie pokonując Władcę Ciemności.

Kolejny przykład dezinformacji możemy napotkać  w części z cyklu Gwiezdnych Wojen” pt: „Zemsta Sithów”. Kanclerz Palpatine posądza Zakon Jedi o zamach stanu, usprawiedliwiając tym samym atak na świątynie i późniejsze represje. W opinii publicznej rycerze Jedi z bohaterów jakimi niewątpliwie byli, zmienili się w kryminalistów i wrogów Republiki. Sam Palpatine, pozbywając się swoich odwiecznych przeciwników, bez przeszkód mianuje siebie imperatorem.

Działania przedstawione wyżej dają nam już pojęcie, jaki wpływ potrafi mieć osoba sprawnie posługująca się dezinformacją. Sabotuje ona nasz umysł i programuje myśli. Może nawet dojść do sytuacji, w której okupant zostaje postawiony w pozycji wybawcy narodu. Taką moc z pewnością można porównać do magii najwyższego stopnia.

Każdy, kto choć raz obejrzał animację Tima Burtona, na pewno się ze mną zgodzi, że jego twórczość ma swój wyjątkowy klimat. Gnijąca panna młodaOd pierwszych sekund jesteśmy wciągani w świat Burtonowskiej wyobraźni, która odkrywa przed nami mroczne, posiadające charakterystyczny wygląd postacie. Jednak nie tylko one wyróżniają się w owych dziełach, również wątek każdej z historii jest specyficzny, gdyż zahacza w mniejszym bądź większym stopniu o śmierć. Nie wspominając  o ukazanym świecie, który to, przez cały czas, raczy nas awangardą. Większość filmów animowanych słynnego reżysera stworzona jest z myślą o dzieciach w wieku od 7, bądź też od 12 lat. Zastanawia mnie jednak czy taka twórczość, aby na pewno jest odpowiednia dla młodych ludzi? Żeby to sprawdzić postanowiłam jeszcze raz pochylić się nad trzema animacjami wprost ze scenariusza Tima Burtona, są nimi: „Gnijąca panna młoda” (2005 r.), „Frankenweenie” (2012 r.) oraz „Koralina i tajemnicze drzwi” (2009 r.).

Na początek zastanówmy się nad „Gnijącą panną młodą”. Jej świat osadzony jest w dwóch miejscach- krainie żywych i umarłych. Obie z nich charakteryzuje dość ponury klimat, jednak, co dziwne, to podziemie pełne ruchliwych trupów jest weselsze niż pozornie szczęśliwy świat tętniący życiem. Mieszkańcy górnego „piętra” prezentują się dość smutno, a ich otoczenie maluje się w szarych barwach. Już na samym początku wita nas niezwykła monotonia: człowiek zamiatający drogę w rytm cykania zegarów czy rybacy oporządzający ryby. Cała scenografia i ukazane postaci otoczone są brudem i przygnębieniem. Kraina umarłych przedstawiona jest w zupełnie przeciwny sposób- tętni kolorami, a zewsząd rozlegają się odgłosy zabawy. Zamieszkujące ją szkielety, zombie i inne indywidua są cały czas uśmiechnięte i „pełne życia”. Czy Burton nie posunął się za daleko igrając ze śmiercią w tak lekki sposób? Samo ukazanie sposobu umierania jest dość delikatne. Osoby odchodzące na świat „u dołu” zmieniają kolor skóry na niebieski pozostając w takim stanie jak za życia.

 A co z głównymi bohaterami, którzy jednak odgrywają dość istotną rolę w postrzeganiu całej animacji? Zarówno Victor, Victoria, jak i Emily charakteryzują się niezwykłą wrażliwością, której brakuje pozostałym osobistościom. Mimo dość istotnej rzeczy, która ich dzieli, mianowicie stanu życia w jakim się znajdują, potrafią odnaleźć wspólny język. Victor, będący niezwykle roztrzepanym i niezdarnym młodym mężczyzną, przez swoją nieuwagę oświadcza się nieżywej Emily, mimo iż kolejnego dnia miał brać ślub z przypisaną mu przez rodziców Victorią. Poplątana historia? Cóż, Burton nie lubi prostych rozwiązań. Skupmy się jednak na wyglądzie naszych bohaterów. Na początek Victoria, która wygląda najbardziej „ludzko”. Zamieszkuje ona świat żywych, więc nic dziwnego, że nie posiada cech nieboszczki. Zdaje się być bardziej energiczna niż pozostali bohaterowie żyjący w krainie „na górze”. Co do Victora, który stał się prowodyrem całego zamieszania, cechuje go niezwykle szczupła sylwetka, bladość i chorobliwie podkrążone oczy. Jest on idealnym łącznikiem między dwoma przedstawionymi światami. To on prowadzi nas do Emily- gnijącej panny młodej, która tuż przed swoim ślubem została zamordowana przez swojego narzeczonego. Już sam wątek może być przerażający, a dochodzi jeszcze nieco demoniczny wygląd dziewczyny. Jak większość umarłych ma ona niebieską skórę. Chodzi w podartej i brudnej sukni ślubnej, którą miała na sobie w dniu śmierci. Jedna z dziur odsłania jej bogate wnętrze, i to dosłownie, gdyż uwydatnia nagie żebra. Duże oczy dziewczyny są niezwykle ruchliwe, jedno z nich co jakiś czas wypada, a w głowie zamieszkuje sympatyczny lokator- czerw, który w historii staje się poniekąd żywym sumieniem naszej bohaterki. Mimo odstraszającego wyglądu po pewnym czasie budzi sympatię. Uważam jednak, że młodszych widzów postać Emily może przestraszyć. Choć sympatyczna, balansuje zbytnio na granicy życia i śmierci. Faktem jest, że owa granica w animacjach amerykańskiego reżysera praktycznie nie istnieje, co wyróżnia go pośród innych i nadaje mu niepowtarzalny styl. Czy mimo wszystko dzieci oglądające takie kino nie są za małe na abstrakcję, którą im się serwuje?

Sama historia ukazana w „Gnijącej pannie młodej” również może przestraszyć: tańczące trupy, dążący tylko do uzyskania majątku rodzice Victorii i odstraszający zabójca żon, nie są tematami prostymi. Jednak jak w każdej historii pojawia się morał, który jest godny zapamiętania. Według mnie najważniejszymi wnioskami, które możemy wyłuskać z animacji są: wiara w prawdziwą miłość, której nie da się pozbyć i której nie powinno się zwalczać i świadomość, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne jest również, by pamiętać, iż nie da się nikogo zmusić do uczucia, jeśli nas nim nie darzy.

Kolejną wartą poznania animacją jest „Frankenweenie”. Film osadzono w szarościach jak wcześniejsze dzieła Burtona. Jego akcja rozgrywa się w małym miasteczku, które samo w sobie nie jest przygnębiające, jak to miało miejsce w „Gnijącej pannie młodej”. PFrankenweenieoznajemy głównie mieszkające w nim dzieci, które łączy wspólna pasja do nauki i chęć wygrania jednego z konkursów, a także ogromna miłość do swych zwierząt. Pośród nich wyróżniają się szczególnie dwie postaci: Igor, który przypomina pomocnika dr Frankensteina oraz mała właścicielka kota o imieniu Pusiaczek posiadająca ogromne, wpatrzone w głąb człowieka oczy. Jest jeszcze nasz główny bohater- Victor Frankenstein. Myślę, że nawiązanie do nazwiska słynnego doktora z horrorów nie jest przypadkowe. Mały Victor jest dzieckiem zamkniętym w sobie, ma swój świat nauki i filmu oraz najlepszego przyjaciela- Korka. Mimo swej psiej natury Korek jest jego jedyną, poza rodzicami, bliską istotą. Niefortunne zdarzenie sprawia jednak, że psiak ginie, a nasz mały naukowiec, kierowany wiedzą wyniesioną ze szkoły, postanawia go ożywić, co mu się, o dziwo, udaje. Pech sprawia, że dowiadują się o tym inne dzieci, które budzą do świata żywych inne zwierzęta, nieświadomie tworząc z nich potwory. Już sama fabuła filmu balansująca, kolejny raz, na pograniczu życia i śmierci, nie do końca przeznaczona jest dla dzieci. Jednak reżyser postanowił posunąć się o krok dalej i dostarczyć nam mocnych wrażeń w postaci wykopywania zwierzęcych zwłok na cmentarzu, dość brutalnej śmierci pana Pusiaczka, który zamienił się w latającą bestię, a także wyskakującego zza ściany zmutowanego szczura. Tak oto bajka przeznaczona dla widzów od 7, bądź od 10 lat, staje się straszakiem, który potrafi zaskoczyć niejednego dorosłego. Film zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych dzieci i dla widzów o słabych nerwach. Klimat Burtonowski zdecydowanie został w nim utrzymany. Jak w każdej historii, tak i w tej  zawarty został morał, który mówi, że wszystko co robimy powinno mieć właściwe pobudki. Oglądając pierwszy raz „Frankenweeniego” myślałam, iż pozwoli on pogodzić się z odejściem bliskiej osoby i pokaże śmierć jako coś naturalnego, co musimy zaakceptować. Tu Burton poszedł jednak krok dalej i na koniec filmu ożywił Korka. Pewien morał uciekł z historii, lecz mamy w niej szczęśliwe zakończenie zdecydowanie lepsze dla młodszych widzów.

Jednak to wszystko było jedynie moją subiektywną opinią. Jestem świadoma tego, że odczucia dzieci po obejrzeniu owych filmów znacznie różnią się od moich, gdyż pierwszy z nich obejrzałam może cztery lata temu, więc byłam dużo starsza od docelowej grupy widzów. Postanowiłam więc zasięgnąć opinii najmłodszych i trochę przeszukać sieć w celu odkrycia wrażeń jakie zrodziły się w dzieciach po obejrzeniu animacji. „Frankenweenie”, który zaklasyfikowano jako film dla dzieci od 7, bądź 10 lat w zależności od źródła informacji, dorosłym fanom Tima Burtona przypadł do gustu, jednak dzieci wystraszyły się już samego zwiastunu. Choć animacja zdecydowanie jest warta obejrzenia, to jednak młodsi odbiorcy mogą mieć problem z wyłuskaniem jej przekazu. Wrażliwi na bodźce widzowie, przez atmosferę grozy i mroczne sceny, wystawiani są na próbę. Co dziwne, „Gnijąca panna młoda”, która widnieje jako film od 12 roku życia, zdaje się być delikatniej ukazaną historią niż „Frankenweenie”. Dlatego też protesty pod jej nazwą nie są tak zaognione.

 

Zgadzam się, że część z filmów Burtona przeznaczonych dla dzieci powinna mieć podniesiony wiek widza. Jednocześnie jestem zdania, iż animacje te są jak najbardziej warte obejrzenia, bo zawierają cenny morał, a sama historia ukazana jest w zupełnie odmienny sposób niż bajki Disney’owskie. Choć nie dla odbiorców o słabych nerwach, to jak najbardziej godne uwagi. Nawet nieco starsze dzieci nie powinny mieć problemu z formą owych filmów. Analiza Burtonowskich animacji daje nam jednak podstawy do twierdzenia, że nie każda bajka, nie każdy film animowany nadaje się dla dzieci. A może to tylko nasze dorosłe uprzedzenia nie pozwalają nam podać najmłodszym czegoś zupełnie innego niż wesołe, rozmowne zwierzęta i księżniczki? 

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
czwartek, czerwiec 22, 2017