banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

Social

szukajka

ADSENSE

Motyw błędnego ognika w dziełach fantasy

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 


Merida Waleczna i błędny ognikBłędne ogniki znane były w różnych kulturach od wieków. Bardzo często wierzono, że strzegą ukrytych skarbów, wskazują zagubionym wędrowcom właściwą drogę lub przeciwnie, gubią ścieżki spacerującym po lesie ludziom. W wierzeniach Słowian pojawiają się one jako dusze chłopców i dziewczynek z nieprawego łoża, które zaklęte zostały w ognie, co miało zniechęcać pary do rozwiązłego życia. Gdzie najczęściej je widywano? Wszędzie tam, gdzie było wilgotno- na mokradłach, bagnach, w okolicy jezior czy też w lasach. Dziś spotykamy się z nimi głównie w dziełach fantastycznych, które chętnie czerpią z dawnych wierzeń.

Ogniki pojawiają się we „Władcy Pierścieni: Dwie Wieże” J.R.R. Tolkiena, kiedy to natykają się na nie Frodo i Samwise wędrujący wraz z Gollumem po Martwych Bagnach. Nazywane są „świecami umarłych”, ponieważ znajdują się w miejscu pełnym martwych ciał. „Świece” te zwodzą wędrowców, by sięgnęli zwłok leżących w wodzie, a tym samym podzielili ich los.

Motyw ogników pojawia się również w bajkowej „Meridzie Walecznej”. Główna bohaterka natyka się na nie podczas wędrówki po lesie. Prowadzą ją do domu czarownicy, która niejako spełniając prośbę dziewczyny, zamienia jej matkę w niedźwiedzicę. W tym przypadku trudniej niż we „Władcy Pierścieni” stwierdzić czy ich rola była negatywna czy pozytywna, bo spełniły życzenie Meridy prowadząc ją do miejsca przeznaczenia, jednocześnie sprowadzając na nią kłopoty. Same ogniki też nie wyglądają mrocznie, raczej intrygująco.

Ich postaci bardzo często pojawiają się w grach komputerowych. Doskonałym przykładem jest chociażby „Wiedźmin”, który garściami czerpie ze słowiańskiej kultury. Tu motyw błędnych ogników pojawia się zarówno w grach, jak i książkach. Dla łowcy zjaw nie są one niczym niezwykłym, ot często obserwowanym na bagnach zjawiskiem.

Istoty te znalazły swoje miejsce także w grach przeglądarkowych, takich jak: „Margonem”, „Taern” czy „Drakensang”, w grach karcianych- „Slavika. Równonoc”, czy RPG, np. „Marant”.

Postać błędnego ognika, co ciekawe, przewinęła się również w jednej z krótkometrażowych animacji z serii „Auta”, w której to Złomek nastraszony przez kolegów ucieka przed nieprawdziwą zjawą. Jednak nie to w całej historii jest kluczowe, lecz opis ognika. Jak dowiadujemy się, nie jest on wcale sympatyczny, a wręcz przeciwnie- zły i żądny olejów silnikowych!Martwe Bagna-

Jak widać, błędne ogniki zagrzały sobie miejsce w dziełach fantasy, zarówno w filmach, jak i grach, a nawet książkach. Ich wydźwięk, w większości sytuacji, ma charakter czysto fantastyczny. Jednak w każdej bajce jest ziarno prawdy. W przypadku ogników jest to worek ziarna, ponieważ widywano je naprawdę. Tak, tak, były to światła występujące w przyrodzie na porządku dziennym. Powstawały wskutek samozapłonu gazów wydobywających się z gnijących już szczątków roślin, a także zwierząt. Niekiedy ognikami nazywano też latające w ciemności świetliki, u których występuje zjawisko bioluminescencji.

Fantastyczne czy zupełnie prawdziwe, jakby nie patrzeć, błędne ogniki pojawiają się w wielu formach fantastyki, co dowodzi, że nawet dość odległe wierzenia znajdują nadal swoje miejsce we współczesnej twórczości. A czasem warto zagłębić się w ich źródła, bo mogą nas nie raz zaskoczyć!

Nowości - Fantastyka naszym okiem

 

Bardzo często, kiedy myślimy o fantastyce, przed oczami stają nam półki pełne książek, sceny z kultowych filmów czy też gry wideo. Fantastyka nie ogranicza się jednak tylko do powieści i ruchomych obrazów. Nurt ten zaobserwować można także na nieruchomym obrazie- w malarstwie, fotografii czy grafice.

Choć fantastyka nie kojarzy się jednoznacznie z malarstwem, to jej elementy możemy zauważyć już w obrazach o tematyce mitologicznej. Pierwsze z nich powstawały w okresie antycznym. Na płótnach często pojawiały się wtedy Amory, Pegaz i wszelkie mitologiczne istoty.

 

       Kupidyn;                              

          Kupidyn z obrazu "Porwanie Heleny" Guido Reni          "Meduza z odciętą głową przez Perseusza" Edward Burne-Jones

                                                  

Przez lata motywy te powielano dorzucając do puli coraz nowsze stworzenia, m.in. smoki, które często przewijały się na obrazach wraz ze świętymi.

 

                                             Miniatura z żywota św. Klemensa

              "Św. Jerzy zabijający smoka" Juliusz Kossak                                     Miniatura z żywota św. Klemensa

 

Z czasem malarze zaczęli tworzyć na płótnach całe fantastyczne pejzaże, nie ograniczając się tylko do jednego elementu. Taki artystą był chociażby Grek- Tilemachos Pilitsidis, znany jako Telemach.

 

           Pejzaż Telemach                          

 

Mówiąc o malarstwie fantastycznym nie można nie wymienić , chyba najważniejszego twórcy tego gatunku- Zdzisława Beksińskiego. Każdy obraz osadzony jest w wyobrażonym świecie artysty, oderwanym znacznie od rzeczywistości. Jego dzieła emanują niepokojem, co widać szczególnie na twórczości z lat 60-tych, 70-tych. Beksiński skupiał się wtedy na postaciach.

 

        Zdzisław Beksiński                    Zdzisław Beksiński

 

Fantastyka bardzo mocno osadziła się w grafice komputerowej. Głównie za sprawą gier elektronicznych, które pod względem obrazu dopracowuje się, z każdym nowym tytułem, coraz bardziej.

Nie zapominajmy jednak, że grafika to nie tylko gry, lecz chociażby oprawy książek, które rozwijały się jeszcze dużo przed twórczością komputerową jaką znamy dziś. Jednym z artystów rysujących okładki był Frank Frazetta. Tworzył on ilustracje do Conana Barbarzyńcy.

 

                                        

                 "Conan the Barbarian" Frank Frazetta                                             "Sorcerer" Frank Frazetta

 

Bardzo popularne są także grafiki Josh’a Kirby ilustrującego „Świat Dysku” Terry’ego Pratchetta.

 

             

                     Okładka książki "Kosiarz" T. Pratchett'a                                         Okładka książki "Maskarada" T. Pratchett'a

 

Książki ilustrował również Michael Whelan. Spod jego ręki wyszło ponad 350 okładek.

 

                              

                            "Eric Demonslayer"                                                                        "Dragonsbane"

 

Nie można zapominać o twórcach grafik do gier bez prądu. Jednym z nich był Larry Elmore, ilustrator kultowej gry fabularnej Dungeons & Dragons.

 

                                  

                            "Crimson Dawn"                                                                                       "Castle of Deception"

 

Kolejnym autorem obrazów do gier, m.in. karcianki „Magic: The Gathering”, był Donato Giancola.

 

                        

                                      "Eowyn and the Lord of the Nazgul"

 

Fantastyka znalazła swoje miejsce także w rozległej dziedzinie, jaką jest fotografia. Wielu artystów postanowiło uciec w świat wyobraźni.

Przykładem takiej fotografki może być Annie Leibovitz, która stworzyła serię zdjęć opartą na Disney’owskich postaciach.

 

      Annie Leibovitz          

 

Na uwagę zasługują również fotografie Kirsty Mitchell, która wykonała kilka ciekawych, fantastycznych albumów, m.in. Wonderland.

 

                Kirsty Mitchell

 

Jak widać, fantastyka rozpowszechniła się nie tylko w świecie książek czy filmu. Bardzo dużo jej śladów znaleźć można również w innych dziedzinach sztuki. Nic dziwnego, w końcu mianem fantastyki określić można wszystko, co powstało w naszej wyobraźni i nie ma zbyt dosłownego odzwierciedlenia w świecie realnym.

 

 

 

Zachęcam Was również do zajrzenia na moją stronę- Fantimage, na której znajdziecie fotografie opierające się głównie na słowiańskich wierzeniach. Nie brakuje tam zjaw i fantastycznych postaci J

 

 Przyłożnik               Kania

 


Kopciusze""Kto z Was będąc dzieckiem nie słuchał czytanych do poduszki „Baśni” braci Grimm? Kto z uśmiechem nie wspomina przygód Czerwonego Kapturka, Śnieżki czy Kopciuszka. Każda z tych baśni, w formie przekazywanej nam w dzieciństwie, miała cudowne zakończenie, w którym sprawiedliwość i dobroć głównych bohaterów zwyciężała każde zło. Nieprzyjemne dla młodego czytelnika fragmenty, takie jak pożarcie przez wilka Kapturka i Babci, czy też siedmiu koźlątek złagodzono, tak by nie napędzić mu zbytnio stracha. Praktycznie w każdej baśni morałem mogłoby być stwierdzenie, że bycie prawym człowiekiem popłaca, bo dobre cechy zwalczą każde zło. Jednak początkowo baśnie braci Grimm wcale nie wyglądały tak kolorowo, a ich przesłanie nie było tak oczywiste. Spróbujmy prześledzić więc ewolucję tak znanych, dziecięcych historii.

Zacznijmy od baśni w dzisiejszym, nieco disney’owskim wydaniu. Jest ono chyba najbardziej popularną formą, którą zna większość z nas. Kopciuszek, który źle traktowany przez macochę i siostry, postanawia odmienić swoje życie i pójść na bal królewski, zostaje odwiedzony przez dobrą wróżkę. Pomaga ona naszej bohaterce przejść niesamowitą przemianę i zagościć na stałe w królewskim zamku i książęcym sercu. Macocha i złe siostry nie doznają żadnej krzywdy, poza urażoną dumą, gdyż Kopciuszek jako dobre dziewczę nie chce się na nich mścić.

Równie kolorowo wyglądają przygody Śnieżki, która choć otruta przez złą wiedźmę zaczarowanym jabłkiem, ocalona zostaje dzięki pocałunkowi księcia. Po tej sytuacji zostaje jego żoną i razem zamieszkują zamek. A co z krasnoludkami, które zaopiekowały się dziewczyną? Zostają one nagrodzone za swą troskliwość i dobroć.

Tak wygląda najdelikatniejsza wersja baśni Grimm. Jednak to nie jest ich oryginalny przekład. Jak zatem wyglądają „Baśnie” braci Grimm w wersji nieco mniej łagodnej, lecz takiej, którą bez problemu odnajdziemy w księgarniach? Na przykładzie „Kopciuszka” postaram się odnaleźć różnice między nimi. To co pierwsze rzuca nam się w oczy to owa dobra wróżka, której w oryginale brak. Jej miejsce zajmuje zmarła matka Kopciuszka, która niejako za pomocą drzewa kontaktuje się z dziewczyną. Kolejną istotną różnicą jest sposób mierzenia szklanego pantofelka przez córki złej macochy. Tu bracia Grimm zafundowali czytelnikom nieco dreszczyku. O ile w wersji, nazwijmy ją disney’owską, książę sam zakładał bucik na stopy panien, a gdy nie pasował, zwyczajnie szedł do kolejnej dziewczyny, o tyle we wcześniejszej wersji przyrodnie siostry mierzyły but w obecności matki. Nie byłoby to niczym niezwykłym, gdyby nie totalny brak czułości z jej strony i namowy do odcięcia sobie kawałka stopy, byleby bucik pasował. O zgrozo, jej córki się na to godziły i z krwawiącą stopą wsiadały na książęcego konia, by za chwilę usłyszeć głos gołąbków: „-Zawracaj koniczka!... Krew płynie z trzewiczka!... Trzewiczek za mały, a prawdziwa narzeczona w domu zostawiona!..” Takie poświęcenie na marne! Jednak, poza „okrojonymi” stopami, sióstr ani macochy nie spotkała większa krzywda.

„Śnieżka”, choć nie do końca zmieniona, różni się nieco od wersji disney’owskiej. Główną różnicą, która dzieli oba przekłady jest zdecydowanie sposób ukazania przebudzenia dziewczyny po zjedzeniu zatrutego jabłka. W tym przypadku to nie pocałunek księcia, lecz zwyczajne wstrząsy w szklanej trumnie sprawiły, że feralny kawałek jabłka opuścił przełyk królewny.Czerwony

Najstarsze przekazy zupełnie odmiennie ukazują tak dobrze nam znane baśni dla dzieci. Przede wszystkim warto zauważyć, że owe historie w żadnym stopniu nie były przeznaczone dla dzieci. Funkcjonowały one jako folkowe opowieści krążące wokół dorosłych podczas ich spotkań przy ognisku czy wspólnych pracach. Ich zadanie porównać można do tak popularnych ostatnio creepypast. Miały one głównie przestraszyć słuchacza ku uciesze opowiadającego, a także wprowadzić element rozrywkowy do niekiedy monotonnych czynności. Samo to może dać nam zarys tego, jak ogromnie musiały różnić się te historie od tak dobrze znanych bajek dziecięcych. Czy pamiętacie sympatycznego Czerwonego Kapturka, który z brzucha wilka zostaje uwolniony przez myśliwego? W tym przypadku historia nieco się różni. Wilk bowiem w brutalny sposób morduje babcię, a następnie karmi wnuczkę jej mięsem i poi krwią. Kolejna scena raczy nas przemocą na tle seksualnym, ponieważ wilk każe Kapturkowi rozebrać się do naga i położyć obok, a następnie go zjada. Jak łatwo się domyślić, próżno tu szukać happy endu.

Co z „Kopciuszkiem”? Historia swą brutalną naturę ujawnia pod koniec, gdy to siostry i macocha zostają pozbawione oczu przez ptaki, niejako nasłane przez księcia. Choć opowieść ma szczęśliwe zakończenie dla  głównej bohaterki, to jednak opowiadanie jej dzieciom nie jest najlepszym pomysłem.

Również opowieść o „Dziewicy Milenie” zaskakuje ogromem przemocy. W wersji nieco łagodniejszej historia rozgrywa się wokół niewinnej Mileny, która przechytrzona przez służkę nie może poślubić księcia. Jednak cała sytuacja wyjaśnia się, służka zostaje wygnana, a Milena szczęśliwie zostaje książęcą małżonką. Nieco inaczej prezentuje się to w wersji folkowej, w której Milena zostaje zaskoczona przez swego ukochanego w dość niecodziennej, choć dla niego oczywistej, sytuacji, gdy to kładzie on na stole młodą kobietę, rozbiera ją, ćwiartuje i zjada. W niektórych przekazach monarcha nie jest nawet człowiekiem, lecz przybiera postać ogra.

Jak widać nie każda opowieść jaką znamy od zawsze brzmi tak samo. Często zupełnie odbiega od przekazu ustnego sprzed lat. Nierzadko emanuje brutalnością na tle fizycznym, psychicznym czy seksualnym. Choć zmienione baśnie brzmią dziś niesamowicie pięknie, to choćby dla własnej wiadomości warto zainteresować się ich przeszłością. Co ciekawe, nie tylko bracia Grimm bazowali na pełnych przemocy historiach. Również w „Śpiącej Królewnie”, czy innych bajkach, spotykamy się z brutalnością. Nierzadko natykamy się na gwałty, kazirodztwa, morderstwa czy kanibalizm. Choć dziś prawie nie ma po nich śladu, może warto czasem zastanowić się nad genezą tego co czytamy? W końcu nie wszystko złoto co się świeci, a nie każda historia piękną była od początku swego istnienia, czyż nie?


Muzyka filmowaMuzyka towarzyszy człowiekowi od tysiącleci. Poznano ją już w prehistorii, choć wtedy nie brzmiała jak dzisiejsze hity, nie przypominała nawet folku. Tworzona była wtedy  w oparciu o odgłosy otaczającej przyrody. To ludzka ciekawość i chęć tworzenia, objawiająca się również poprzez malowidła naścienne czy gliniane naczynia, sprawiła, że człowiek próbował naśladować dźwięki przeróżnych zwierząt czy zjawisk atmosferycznych. Początkowo, jedynym instrumentem, jaki wykorzystywali pierwotni ludzie, były struny głosowe. Dopiero na przestrzeni lat i wieków zaczęto konstruować pierwsze, prymitywne narzędzia muzyczne. Od antyku, ta dziedzina sztuki zaczęła nabierać rozmachu i z każdą epoką rozwijała się coraz bardziej. Dziś robiona jest na wiele różnych sposobów: z wykorzystaniem instrumentów, komputerów, głosu, a nawet naczyń. Jednym słowem, stanowi mieszankę wszystkich, wykorzystywanych wcześniej metod wydobycia dźwięku.

Z biegiem lat zaczęto łączyć różne gałęzie sztuki tworząc animacje i filmy. Nie mogło zabraknąć w nich muzyki, która pojawiała się już przy kinie niemym. Nie była ona, tak jak teraz, spojona z filmem, lecz grana na żywo podczas seansu. Wtedy stanowiła uzupełnienie, pozbawionego dialogów, materiału filmowego.

Z czasem, muzyka wykorzystywana w filmach, zaczęła nabierać też innego znaczenia. Do dziś jej ważną funkcją jest rysowanie tła danej produkcji. Co to oznacza? Nic innego, jak to, że muzyka pozwala nam przenieść się do czasów, w jakich dzieje się akcja. Pokazuje również charakter miejsca, w jakim rozgrywa się film. Tak więc, podczas sceny na cmentarzu, naMuzycy egipscy którym grasuje horda upiorów, nie usłyszymy melodii rodem z „Dumy i uprzedzenia”. Chyba, że zamysłem autora było szokowanie odbiorcy, czy stworzenie groteski.

Muzyka filmowa ma też inne, chyba najważniejsze zadanie, jakim jest wywoływanie w widzach określonych emocji. Zdawać by się mogło, iż scena śmierci jednego z „dobrych” bohaterów już sama w sobie wywoła smutek, jednak odpowiednio dobrana melodia pozwala poczuć się wciągniętym w emocjonalny dół po jego stracie. Niezwykle wdzięcznym przykładem gry na emocjach są wszelakie horrory. W większości przypadków, dreszczowiec oglądany bez dźwięku traci swoją moc straszenia widza. W horrorach muzyka buduje napięcie. Jest ona puszczana w momentach, które same w sobie nie wywołują niepokoju, by przygotować odbiorcę i zwiększyć stopniowo jego lęk, tak aby akcja kulminacyjna okazała się najbardziej przerażającym, filmowym przeżyciem. Również w produkcjach fantasy muzyka jest Wiolonczelistkatematem bardzo znaczącym. Czy pamiętacie sceny walki we „Władcy Pierścieni”? Otrzymujemy w nich dawki melodii mających obudzić w nas ducha walki, sprawić, byśmy zechcieli znaleźć się na polu bitwy pośród drużyny Gandalfa.

Niekiedy muzyka w filmie ma służyć uzupełnieniu niezbyt porywającego fragmentu. Tak więc, podczas spaceru, przygotowań do pracy, czy rutyny dnia codziennego naszego bohatera, w której nie pojawiają się żadne dialogi, usłyszymy odpowiedni utwór. Pozwala on gładko przemknąć przez mniej fascynującą, aczkolwiek ważną pod względem opisu miejsca akcji, czy życia bohatera scenę.

Wydaje mi się, że coraz częściej muzyka filmowa ma też inne, bardziej „przyziemne” zadanie. W czasach, kiedy nasze mózgi, z każdej strony, bombardowane są ogromem bodźców, ciężko skupić się na jednym elemencie. Coraz trudniej jest skierować myśli na czysty obraz. Muzyka ma nas utrzymać przy dziele filmowym i sprawić, byśmy nie znudzili się brakiem wielu, przyciągających naszą uwagę impulsów.

 

Muzyka filmowa od początku swojego istnienia ma ogromny popyt. Nic dziwnego, że rodzi się tak wielu jej twórców, jak chociażby Danny Elfman czy Hans Zimmer. Z każdą kolejną produkcją rozwija się ona ogromnie, a dzięki swojemu niemałemu znaczeniu w przemyśle filmowym, możemy być pewni, że nie przestanie być jedną z muzycznych kategorii. Warto więc wiedzieć jak działa na nas- widzów.

 

 

 

Na koniec chciałabym polecić Wam również autora tworzącego muzykę z gatunku fantasy, który jest mniej znany, lecz na pewno warty uwagi:

 

 djembed

 

 

 

Każdy, kto choć raz obejrzał animację Tima Burtona, na pewno się ze mną zgodzi, że jego twórczość ma swój wyjątkowy klimat. Gnijąca panna młodaOd pierwszych sekund jesteśmy wciągani w świat Burtonowskiej wyobraźni, która odkrywa przed nami mroczne, posiadające charakterystyczny wygląd postacie. Jednak nie tylko one wyróżniają się w owych dziełach, również wątek każdej z historii jest specyficzny, gdyż zahacza w mniejszym bądź większym stopniu o śmierć. Nie wspominając  o ukazanym świecie, który to, przez cały czas, raczy nas awangardą. Większość filmów animowanych słynnego reżysera stworzona jest z myślą o dzieciach w wieku od 7, bądź też od 12 lat. Zastanawia mnie jednak czy taka twórczość, aby na pewno jest odpowiednia dla młodych ludzi? Żeby to sprawdzić postanowiłam jeszcze raz pochylić się nad trzema animacjami wprost ze scenariusza Tima Burtona, są nimi: „Gnijąca panna młoda” (2005 r.), „Frankenweenie” (2012 r.) oraz „Koralina i tajemnicze drzwi” (2009 r.).

Na początek zastanówmy się nad „Gnijącą panną młodą”. Jej świat osadzony jest w dwóch miejscach- krainie żywych i umarłych. Obie z nich charakteryzuje dość ponury klimat, jednak, co dziwne, to podziemie pełne ruchliwych trupów jest weselsze niż pozornie szczęśliwy świat tętniący życiem. Mieszkańcy górnego „piętra” prezentują się dość smutno, a ich otoczenie maluje się w szarych barwach. Już na samym początku wita nas niezwykła monotonia: człowiek zamiatający drogę w rytm cykania zegarów czy rybacy oporządzający ryby. Cała scenografia i ukazane postaci otoczone są brudem i przygnębieniem. Kraina umarłych przedstawiona jest w zupełnie przeciwny sposób- tętni kolorami, a zewsząd rozlegają się odgłosy zabawy. Zamieszkujące ją szkielety, zombie i inne indywidua są cały czas uśmiechnięte i „pełne życia”. Czy Burton nie posunął się za daleko igrając ze śmiercią w tak lekki sposób? Samo ukazanie sposobu umierania jest dość delikatne. Osoby odchodzące na świat „u dołu” zmieniają kolor skóry na niebieski pozostając w takim stanie jak za życia.

 A co z głównymi bohaterami, którzy jednak odgrywają dość istotną rolę w postrzeganiu całej animacji? Zarówno Victor, Victoria, jak i Emily charakteryzują się niezwykłą wrażliwością, której brakuje pozostałym osobistościom. Mimo dość istotnej rzeczy, która ich dzieli, mianowicie stanu życia w jakim się znajdują, potrafią odnaleźć wspólny język. Victor, będący niezwykle roztrzepanym i niezdarnym młodym mężczyzną, przez swoją nieuwagę oświadcza się nieżywej Emily, mimo iż kolejnego dnia miał brać ślub z przypisaną mu przez rodziców Victorią. Poplątana historia? Cóż, Burton nie lubi prostych rozwiązań. Skupmy się jednak na wyglądzie naszych bohaterów. Na początek Victoria, która wygląda najbardziej „ludzko”. Zamieszkuje ona świat żywych, więc nic dziwnego, że nie posiada cech nieboszczki. Zdaje się być bardziej energiczna niż pozostali bohaterowie żyjący w krainie „na górze”. Co do Victora, który stał się prowodyrem całego zamieszania, cechuje go niezwykle szczupła sylwetka, bladość i chorobliwie podkrążone oczy. Jest on idealnym łącznikiem między dwoma przedstawionymi światami. To on prowadzi nas do Emily- gnijącej panny młodej, która tuż przed swoim ślubem została zamordowana przez swojego narzeczonego. Już sam wątek może być przerażający, a dochodzi jeszcze nieco demoniczny wygląd dziewczyny. Jak większość umarłych ma ona niebieską skórę. Chodzi w podartej i brudnej sukni ślubnej, którą miała na sobie w dniu śmierci. Jedna z dziur odsłania jej bogate wnętrze, i to dosłownie, gdyż uwydatnia nagie żebra. Duże oczy dziewczyny są niezwykle ruchliwe, jedno z nich co jakiś czas wypada, a w głowie zamieszkuje sympatyczny lokator- czerw, który w historii staje się poniekąd żywym sumieniem naszej bohaterki. Mimo odstraszającego wyglądu po pewnym czasie budzi sympatię. Uważam jednak, że młodszych widzów postać Emily może przestraszyć. Choć sympatyczna, balansuje zbytnio na granicy życia i śmierci. Faktem jest, że owa granica w animacjach amerykańskiego reżysera praktycznie nie istnieje, co wyróżnia go pośród innych i nadaje mu niepowtarzalny styl. Czy mimo wszystko dzieci oglądające takie kino nie są za małe na abstrakcję, którą im się serwuje?

Sama historia ukazana w „Gnijącej pannie młodej” również może przestraszyć: tańczące trupy, dążący tylko do uzyskania majątku rodzice Victorii i odstraszający zabójca żon, nie są tematami prostymi. Jednak jak w każdej historii pojawia się morał, który jest godny zapamiętania. Według mnie najważniejszymi wnioskami, które możemy wyłuskać z animacji są: wiara w prawdziwą miłość, której nie da się pozbyć i której nie powinno się zwalczać i świadomość, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne jest również, by pamiętać, iż nie da się nikogo zmusić do uczucia, jeśli nas nim nie darzy.

Kolejną wartą poznania animacją jest „Frankenweenie”. Film osadzono w szarościach jak wcześniejsze dzieła Burtona. Jego akcja rozgrywa się w małym miasteczku, które samo w sobie nie jest przygnębiające, jak to miało miejsce w „Gnijącej pannie młodej”. PFrankenweenieoznajemy głównie mieszkające w nim dzieci, które łączy wspólna pasja do nauki i chęć wygrania jednego z konkursów, a także ogromna miłość do swych zwierząt. Pośród nich wyróżniają się szczególnie dwie postaci: Igor, który przypomina pomocnika dr Frankensteina oraz mała właścicielka kota o imieniu Pusiaczek posiadająca ogromne, wpatrzone w głąb człowieka oczy. Jest jeszcze nasz główny bohater- Victor Frankenstein. Myślę, że nawiązanie do nazwiska słynnego doktora z horrorów nie jest przypadkowe. Mały Victor jest dzieckiem zamkniętym w sobie, ma swój świat nauki i filmu oraz najlepszego przyjaciela- Korka. Mimo swej psiej natury Korek jest jego jedyną, poza rodzicami, bliską istotą. Niefortunne zdarzenie sprawia jednak, że psiak ginie, a nasz mały naukowiec, kierowany wiedzą wyniesioną ze szkoły, postanawia go ożywić, co mu się, o dziwo, udaje. Pech sprawia, że dowiadują się o tym inne dzieci, które budzą do świata żywych inne zwierzęta, nieświadomie tworząc z nich potwory. Już sama fabuła filmu balansująca, kolejny raz, na pograniczu życia i śmierci, nie do końca przeznaczona jest dla dzieci. Jednak reżyser postanowił posunąć się o krok dalej i dostarczyć nam mocnych wrażeń w postaci wykopywania zwierzęcych zwłok na cmentarzu, dość brutalnej śmierci pana Pusiaczka, który zamienił się w latającą bestię, a także wyskakującego zza ściany zmutowanego szczura. Tak oto bajka przeznaczona dla widzów od 7, bądź od 10 lat, staje się straszakiem, który potrafi zaskoczyć niejednego dorosłego. Film zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych dzieci i dla widzów o słabych nerwach. Klimat Burtonowski zdecydowanie został w nim utrzymany. Jak w każdej historii, tak i w tej  zawarty został morał, który mówi, że wszystko co robimy powinno mieć właściwe pobudki. Oglądając pierwszy raz „Frankenweeniego” myślałam, iż pozwoli on pogodzić się z odejściem bliskiej osoby i pokaże śmierć jako coś naturalnego, co musimy zaakceptować. Tu Burton poszedł jednak krok dalej i na koniec filmu ożywił Korka. Pewien morał uciekł z historii, lecz mamy w niej szczęśliwe zakończenie zdecydowanie lepsze dla młodszych widzów.

Jednak to wszystko było jedynie moją subiektywną opinią. Jestem świadoma tego, że odczucia dzieci po obejrzeniu owych filmów znacznie różnią się od moich, gdyż pierwszy z nich obejrzałam może cztery lata temu, więc byłam dużo starsza od docelowej grupy widzów. Postanowiłam więc zasięgnąć opinii najmłodszych i trochę przeszukać sieć w celu odkrycia wrażeń jakie zrodziły się w dzieciach po obejrzeniu animacji. „Frankenweenie”, który zaklasyfikowano jako film dla dzieci od 7, bądź 10 lat w zależności od źródła informacji, dorosłym fanom Tima Burtona przypadł do gustu, jednak dzieci wystraszyły się już samego zwiastunu. Choć animacja zdecydowanie jest warta obejrzenia, to jednak młodsi odbiorcy mogą mieć problem z wyłuskaniem jej przekazu. Wrażliwi na bodźce widzowie, przez atmosferę grozy i mroczne sceny, wystawiani są na próbę. Co dziwne, „Gnijąca panna młoda”, która widnieje jako film od 12 roku życia, zdaje się być delikatniej ukazaną historią niż „Frankenweenie”. Dlatego też protesty pod jej nazwą nie są tak zaognione.

 

Zgadzam się, że część z filmów Burtona przeznaczonych dla dzieci powinna mieć podniesiony wiek widza. Jednocześnie jestem zdania, iż animacje te są jak najbardziej warte obejrzenia, bo zawierają cenny morał, a sama historia ukazana jest w zupełnie odmienny sposób niż bajki Disney’owskie. Choć nie dla odbiorców o słabych nerwach, to jak najbardziej godne uwagi. Nawet nieco starsze dzieci nie powinny mieć problemu z formą owych filmów. Analiza Burtonowskich animacji daje nam jednak podstawy do twierdzenia, że nie każda bajka, nie każdy film animowany nadaje się dla dzieci. A może to tylko nasze dorosłe uprzedzenia nie pozwalają nam podać najmłodszym czegoś zupełnie innego niż wesołe, rozmowne zwierzęta i księżniczki? 


Wampir Barnabas Wielu z nas zaczytywało się w dziełach Anne Rice, które w ciekawy sposób ukazywały świat wampirów. Większości taki właśnie obraz wampira, jaki serwuje nam autorka, utkwił w głowie jako stereotypowy i najbardziej znany. „Wywiad z wampirem” doczekał się też bardzo popularnej ekranizacji, która przekonała do siebie kolejne tysiące ludzi. Czy aby na pewno tak wygląda wampir? A może jak Dracula jest bezwzględną bestią? Zarówno „Miasteczko Salem” Stephena Kinga czy późniejszy „Zmierzch” Stephenie Meyer, a nawet film Tima Burtona „Mroczne cienie” pokazuje, że wizerunek wampira na przestrzeni lat zmieniał się diametralnie. Jednak w jaki sposób? Czy wampir łagodnieje, a może przeciwnie, staje się coraz groźniejszym potworem?

Zacznijmy od wyglądu wampirów, ponieważ on również, choć pozornie podobny, doczekał się na przełomie lat, widocznych zmian. Postać wampira serwowana nam przez Kinga w „Miasteczku Salem” (1975 r.) jest iście grobowa. Upiory pukające do okien mieszkańców Salem cechuje blade oblicze o matowym spojrzeniu, podkrążone oczy, białe, długie kły oraz ubrania w jakich zostali pogrzebani. Nieco inaczej przedstawia się wygląd wampirów w „Wywiadzie z wampirem” (1976 r.). Choć są nadal blade i posiadające długie kły, to jednak zdecydowanie bardziej eleganckie niż ich poprzednicy. Istoty te wyróżnia zamiłowanie do szykownych strojów, które chętnie noszą, a także niezwykła dbałość o wygląd. Co widać wyraźnie na przykładzie Lestata. „Zmierzch” (2005 r.) zdecydowanie odbiega w opisie wampirów od pierwotnego ich wyglądu. Niewiele jest cech odróżniających je od pozostałych mieszkańców Forks. Ubierają się tak, by wpasować się w tłum, ich cera, choć nieco bledsza, nieszczególnie odbiega kolorem od skóry innych ludzi, kły nie są widoczne. Nie trudno jest pomylić wampira z człowiekiem. Ale czy aby na pewno? Są pewne cechy ukazujące ich wampirzą naturę. Jest to kolor oczu zmieniający się pod wpływem „pożywienia” jakie konsumują, a także niezwykła uroda. Ostatnim dziełem jakiego chcę użyć do porównania jest film „Mroczne cienie” (2012 r.). Charakter komediowy z elementami horroru wymusza na nas podejście do całości z lekkim przymrużeniem oka, jednak postać wampira, choć czasem ukazana w krzywym zwierciadle, posiada typowe dla swego gatunku cechy. Barnabas powraca wyglądem do czasów „Miasteczka Salem”, jest niezwykle blady, chudy, z podkrążonymi oczami. Jednak posiada też cechy bohaterów „Wywiadu…”, jego ubiór, choć początkowo jak „z grobu wyjęty”, szybko staje się szykowny i godny arystokraty.

Ciekawą kwestią jest też zmiana zachowań wampirów. Choć niezmienna jest ich potrzeba picia krwi, to rytuały związane z jej zdobywaniem uległy zróżnicowaniu. Istoty z „Miasteczka Salem” pozyskują ją żerując na dobroci i naiwności ludzi. Pukają do domostw Edward Cullen- mieszkańców miasteczka prosząc o wpuszczenie do środka. Jedynie, gdy zostaną zaproszone mogą wejść, by tam pożywić się krwią niewinnych gospodarzy. Są bezwzględne w swoim działaniu, ponieważ kieruje nimi niepohamowana żądza. W „Wywiadzie…” sprawy nieco się komplikują. Wampiry staranniej wybierają swoje „posiłki”. Nie steruje nimi tylko pragnienie krwi, lecz również chęć doboru odpowiedniej ofiary. A ich polowania nie wymagają zgody osób trzecich, ponieważ są w stanie wejść wszędzie gdzie chcą i złapać kogo chcą. Nierzadko też zapraszają, jak to ma w zwyczaju Lestat, swoje ofiary do domu, by tam, po bliższym poznaniu, móc się nimi „delektować”. Jeśli zwyczaje wampirów tak różnią się w powieściach, które dzieli rok, to jak bardzo odmienne muszą być w „Zmierzchu”? Ogromnie. Członkowie rodziny Cullenów są wampirzymi wegetarianami. Choć to dziwne określenie, to najtrafniej opisuje preferencje żywieniowe  owych wampirów, które zamiast pić krew ludzką, zastępują ją zwierzęcą. Nie każdy wampir w „Zmierzchu” stroni od ludzi, jednak to Cullenowie wiodą prym w tej historii. Nie można by ich nazwać wampirami, gdyby nigdy nie spróbowali ludzkiej krwi. Tak, tak, Cullenowie, też kiedyś zabijali ludzi. Ich przyzwyczajenia zmieniły się dopiero po stworzeniu „rodziny”, która zapragnęła być bardziej ludzka. Od tamtej pory również wygląd  oczu wampirów uległ zmianie. Żywienie się   zwierzęcą posoką zastąpiło kolor czerwony złocistą barwą. Co do samego polowania, odbywa się ono co jakiś czas, w niedostępnym dla ludzi miejscu. Krew, którą Cullenowi zdobywają, wystarcza na dość długi czas. A jak poluje Barnabas z „Mrocznych cieni”? I tutaj znów niespodzianka. Choć postać dość świeża, to jednak wraca do tradycji „Wywiadu z wampirem”. Dobiera ofiary w szczególny sposób i początkowo je poznaje, by następnie bez skrupułów pozbawić krwi, lecz nie zawsze, czasem nie zdąży ich poznać.

Wiemy już jak wyglądały i polowały wampiry na przestrzeni lat, ale ważniejszym pytaniem jest co czuły? Tu również każdy twórca postanowił zróżnicować swoje postaci i nadać im zupełnie odmienne cechy. King w „Miasteczku Salem” zdecydowanie postawił na prostotę. Pozbawił wampiry ludzkich uczuć i stworzył bezlitosne maszyny do zabijania. Czy na pewno? Z tego co czytamy nie potrafią odczuwać miłości, jednak, gdy nie uda im się dostać do domu ofiar na ich twarzach maluje się coś na kształt zawodu i smutku. Czyżby to oznaczało, że czują? Moim zdaniem, te cząstkowe, „ludzkie” emocje mogą być pozostałością po poprzednim życiu wampira lub też złością, która cechuje nie tylko człowieka. Zupełnie inaczej rysują się uczucia, opisanych przez Rice, Lestata i Louisa z „Wywiadu z wampirem”. Jest to kolejny ogromny przeskok w postrzeganiu wampirów, dokonany w zaledwie rok. Zarówno Louis, jak i Lestat, posiadają pełną gamę uczuć nie różniącą się niczym od ludzkiej. Obaj potrafią kochać, zazdrościć, nienawidzić, czuć smutek. Ich emocje jednak tłumione są w obliczu głodu. Przykładem tu może być wizyta Louisa w jednym z domów, w którym zastał martwą kobietę i jej płaczące, zaniedbane dziecko. Początkowo czuł litość i smutek patrząc na taki obrazek, jednak żądza krwi okazała się silniejsza. Niezwykle zauważalnym uczuciem w powieści jest miłość. Louis darzy nią Claudię, wampirzycę, którą uratował od śmierci. Jest to miłość niepoprawna, z ludzkiego punktu widzenia, gdyż cechuje ją pożądanie między dzieckiem a dorosłym. Cały „Wywiad…” naszpikowany jest uczuciami, które ciężko byłoby mi w całości opisać w tym artykule, więc zdecydowałam się ograniczyć je do pobieżnego omówienia. A jakie emocje ukazane są w „Zmierzchu”? Wszystkie. W tej powieści stykamy się zarówno z miłością, przyjaźnią, nadzieją, oddaniem, jak również z nienawiścią, zazdrością i smutkiem. Czy to oznacza, że pod tym względem nie różnią się niczym od ludzi? Nie do końca, ponieważ czasem są bardziej uczuciowe od przeciętnego człowieka. Widać to na przykładzie rodziny Cullenów, która jest związana ze sobą niezwykle silnie. Również związek Belli i Edwarda, cechują intensywne emocje. Co ciekawe mamy tu pierwszą, w dziejach wampirów, tak niewinną i szczerą więź między pijącym krew a człowiekiem, nasyconą również zazdrością o wilkołaka. A jak wyglądają uczucia Barnabasa z „Mrocznych cieni”? Tutaj, ku zaskoczeniu, emocje odczuwane przez wampira bliższe są tym ze „Zmierzchu” niż z wcześniejszych dzieł. Otóż nasz bohater darzy uczuciem pewną kobietę, którą w nieprzyjemnych okolicznościach, za swego człowieczego życia, stracił. Po wielu latach, które spędza zakopany pod ziemią, powraca do świata „żywych”, gdzie poznaje kolejną, bardzo podobną do poprzedniczki, delikatną kobietę, w której się zakochuje. Jak widać potrafi odczuwać miłość, co ciekawe, będąc przy tym nieśmiałym. Nie jest też obojętny na wdzięki kobiece i odczuwa pożądanie. Objawia się ono podczas spotkania z czarownicą. Barnabas, jak widać, odczuwa dużo ludzkich emocji, choć nie zawsze otwarcie je ukazuje.

Ostatnią kwestią, którą chcę się zająć, są słabe punkty, a także niezwykłe moce, które posiadają wampiry. Zacznijmy od tradycyjnych, ukazanych w „Miasteczku Salem”. Jak zdążyli zorientować się bohaterowie owej powieści, na tamtejsze upiory działają konwencjonalne metody, czyli woda święcona, krzyż, czosnek i drewniany kołek wbity w serce. Taka broń na wampiry przewija się w wielu wyobrażeniach o nich. Co najciekawsze, nie wzięła się znikąd, ponieważ w wielu kulturach ludzie wierzyli, że używając owych przedmiotów można pozbyć się nieumarłych. Zaskakujące jest to, że niektóre narody wierzące w wampiry, nadal stosują takie sposoby na walkę z nimi. Wykopując groby, wbijając w pierś kołki i odrąbując głowy umarłym pokonują potwory w jakie zamieniają się wieczorami. Jak widać, King dużo czerpał z obrzędowości zwykłych ludzi tworząc swoje postaci. A jakie moce posiadają owe wampiry? Przede wszystkim są nieśmiertelne, chyba, że została użyta na nich jedna z wyżej wymienionych broni. Potrafią też unosić się w powietrzu. Kolejną ciekawą sprawą jest to, że są istotami Wampiry z nocnymi, co oznacza, że za dnia siedzą uśpione w swoich grobach, bądź kryjówkach, a nocami wychodzą na polowania. Anne Rice trochę wzmacnia swoje wampiry i w „Wywiadzie…” pojawiają się postaci odporne na czosnek i krzyże. Za to dodatkową bronią, na upiory pokroju Louisa i Lestata, jest m.in. ogień i alkohol wymieszany z krwią, którą piją. Również światło słoneczne szkodzi wampirom, dlatego za dnia udają się na spoczynek, a nocą wychodzą, by się pożywić. Głównymi mocami, odróżniającymi ich od poprzedników, są    przede wszystkim siła umysłu, która sprawia, że mają dużo ludzkich cech, wyostrzone zmysły pozwalające usłyszeć i poczuć więcej niż człowiek, a także zwiększona siła umożliwiająca skuteczne polowania. „Zmierzch” znów zaskakuje swoim odejściem od tradycji postrzegania wampirów. Bronią na nie nie jest już ani światło, ani krzyż czy czosnek, nawet woda święcona nie jest specjalnie groźna. By pozbyć się tych istot trzeba użyć ognia i dekapitacji. Za to wyjątkowe moce, które posiadają, są o wiele bogatsze od sposobów walki z nimi. Dlaczego? Otóż nie są już stworzeniami nocnymi, mogą wychodzić na słońce, jednak to nie jest do końca bezpieczne, ale nie dlatego, że mogą spłonąć za sprawą promieni, lecz dlatego, że ich skóra zaczyna świecić niczym milion złotych monet, co może zdemaskować nieludzką naturę. Również szybkości, jaką osiągają podczas polowań czy gry w baseball, może pozazdrościć im niejeden odrzutowiec. Oprócz mocy wspólnych dla całej społeczności wampirów, cechują je też indywidulane umiejętności. Wśród nich pojawia się m.in. czytanie w myślach, przepowiadanie przyszłości czy ogromna siła. Jak widać postaciom ze „Zmierzchu” bliżej do superbohaterów niż bestii. Jak na wampirzy postęp odpowiada Tim Burton? Barnabas z „Mrocznych cieni”, pod tym względem, omija szerokim łukiem rodzinę Cullenów. Nie jest odporny na światło i powraca do tradycji spania w trumnie. Czy jeszcze jakaś broń na niego działa? Tego nie wiemy. A niezwykłe moce? Dar przekonywania i wdzięk, którymi posługuje się w kontaktach z ludźmi.

Jak widać wyraźnie na powyższych przykładach, wampir w kulturze przez wiele lat ewoluował. Łagodniał i nabierał coraz więcej ludzkich cech. Czym jest to spowodowane? Może chęcią oswojenia się ze strachami? Przez wiele lat w kulturze słowiańskiej obraz wampira był świeży i wiarygodny. Co zaskakujące, w Rumunii, ojczyźnie Draculi, a także kilku innych państwach, wierzenia w wampiry nie straciły na sile do dzisiaj. Jednak w znacznie większej części współczesnego świata wiara owa wymarła, a zastąpiła ją wyłącznie służąca rozrywce postać wampira. Dowodzi to temu, że nie tylko wampiry się zmieniają, lecz również nasze preferencje. Wolimy widzieć je w rolach zbliżonych do ludzkich, wampiry kochające, współczujące, łagodne, ale jednak mające super moce i od czasu do czasu pijące krew. Choć ta tendencja jest widoczna, to mimo wszystko zdarzają się obrazy ukazujące te istoty jako krwiożercze bestie, pozbawione uczuć i mordujące bez skrupułów. W jakim kierunku, więc zmierzają wampiry? Trudno powiedzieć, może jak komediowy Barnabas zatoczą koło do tradycji Draculi?

PrzemianaDla wyobraźni nie ma ograniczeń. Potrafimy wyobrazić sobie wszystko... co mieści się w schemacie. Ten z kolei może być narzucony przez inną osobę. Każdy człowiek ma w głowie doskonałe narzędzie, które ograniczamy świadomie lub nie. W fantastyce, czyli gatunku bazującym na wyobraźni, aż roi się od schematów, które z upływem czasu ulegają przeobrażeniom. Dziś mamy coraz większą dowolność. Z poprzednich artykułów znamy złe, krwiożercze wampiry oraz zakochane, ratujące ludziom życie. Plugawe orki i takie, które godność cenią najbardziej. Czy te i inne zmiany pozytywnie wpływają na rozwój świata fantasy?

Ogry są silne, okrutne i głupie. Taki przynajmniej był standard do momentu, kiedy na ekranach kin pojawił się film animowany „Shrek”. Tytułowy bohater w świetnym wykonaniu dokonał przełomu  w postrzeganiu swojego gatunku. Dzisiejsze ogry są silne, dobre, inteligencją dorównują ludziom i mają warstwy. Prawdopodobnie dziwne byłoby wplatanie takich postaci do większości utworów fantastycznych, ale z pewnością jest to miłe urozmaicenie, które poszerza horyzonty. Mamy tu dowód na to, że bestia również może wcielić się w rolę rycerza i nie wywołać przy tym obrzydzenia, lecz sympatię i ciekawość.

Małe, złe gobliny również uległy częściowej przemianie. Pierwotnie prymitywne istoty doznały oświecenia w świecie „Harrego Pottera”. J. K. RoShrekwling opisuje je jako najlepszych bankierów i twórców magicznych przedmiotów. Do tej pory takimi zdolnościami obdarzano głównie krasnoludy, które jednak są bardziej chciwe. Złoto w ich oku błyszczy mocniej, a prawo do własności ma mniejszą wartość. Gobliny zupełnie by ich zdetronizowały, gdyby nie fakt, że pozostały okropnie złośliwe i mają dziwne poglądy. Dla przykładu, sprzedaż swoich wyrobów traktują jako pożyczkę, która wedle ich prawa winna zostać zwrócona. Ciężko jest uznać tę zmianę za dobrą . Z jednej strony odejście od schematu sprawia nowe możliwości, z drugiej jednak obdarzanie ich kompetencjami innych ras tworzy chaos. Krasnolud, gnom, skrzat, kobold i teraz goblin mają już dość wspólnych cech. Na szczęście rzadko pojawiają się w tym samym utworze. Kiedy poczciwe niziołki zaczną wykuwać zbroje?

Wróćmy do wspominanych wcześniej wampirów. Elegancki świat w „Wywiadzie z wampirem” jest ciekawą koncepcją. Wygląd i zachowanie tych istot uległy zmianie na lepsze, nadając całości fascynująco mroczny klimat. Niebezpieczeństwo ukryło się w cieniu tajemniczości i weszło na Goblinwyższy poziom. Takie odejście od wzorca wspaniale się rozwinęło, dzięki czemu do dziś możemy rozkoszować się grozą nowych produkcji. Z kolei pomysł wege- wampirów ze „Zmierzchu” jest zaprzeczeniem horroru i służy tym, którzy poszukują czegoś zupełnie innego. Ta lekka i przyjemna historia zdobyła ogromną popularność, a dla krytyków łagodnych wampirów może mieć charakter komediowy, dlatego zdecydowanie polecam ją wszystkim.

Podobnych przykładów łamania stereotypów jest bardzo wiele. Zmieniają one nasz sposób myślenia i pobudzają wyobraźnie. Nawet jeśli nie wszystkim przypadną do gustu, istnieje szansa, że wejdą na tor, który da początek dla nowej wspaniałej twórczości, rozwijając tym samym świat fantastyki.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
środa, listopad 22, 2017