szukajka

ADSENSE

Na czym polega fenomen popularności Jakuba Wędrowycza?

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

   

Jakub WędrowyczW Polsce, od kilku dobrych lat, przygody Jakuba Wędrowycza cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. Na półkach księgarni zobaczyć można całą serię książek, a także notesy Wędrowycza, czy inne gadżety. W bibliotekach ciężko znaleźć interesującą nas część z Jakubowej kroniki, gdyż fani Pilipiuka łapią je jak świeże bułeczki. Dlaczego tak się dzieje? Co właściwie wyróżnia Wędrowycza pośród innych, serwowanych przez polskich czy zagranicznych autorów, bohaterów fantastycznych?

Na  początek warto wspomnieć, że A. Pilipiuk jest jednym z nielicznych polskich autorów fantasy, którzy cieszą się aż taką popularnością. Samo to sprawia, że chętniej zwracamy uwagę na jego książki. Jednak nie tylko popularność pisarza, lecz również powołany przez niego do życia Wędrowycz, powoduje, że tak chętnie czytamy jego twórczość.

Jakub nie jest bohaterem fantastycznym jakich wielu. Posiada kilka niezwykłych zdolności, którymi nie chwali się specjalnie przed światem, lecz nawet zmarli (a może szczególnie zmarli) o nim słyszeli. To właśnie sprawia, że staje się on atrakcyjną dla czytelnika postacią. Dodatkowo, istotną kwestią jest to, iż nasz bohater mieszka na polskiej wsi i jest stuprocentowym Polakiem, co pozwala nam bardziej się z nim utożsamić. Kolejną ważną cechą Wędrowycza jest jego „swojska” osobowość. To swój chłop, z którym można pogadać, usiąść do kieliszka (co jest wręcz wskazane!) czy zabić parę potworów. To kolejne rzeczy zmniejszające dystans między czytelnikiem, a bohaterem książek.

Jakub, jak już delikatnie napomknęłam, jest miłośnikiem wysokoprocentowych trunków. W ramach ciągłego rozwoju i zgłębiania swych pasji, sam również produkuje owe napoje, a dokładnie bimber o śmiertelnym, dla przeciętnego wyjadacza chleba, stężeniu alkoholu. Jak na prawdziwego bimbrownika przystało, Wędrowycz nie poda niesprawdzonego trunku gościom, więc każdy z nich skrupulatnie kosztuje (czasem aż do ostatniej kropli… tak dla pewności). Często pomagają mu w tym dobrzy przyjaciele, w końcu co trzy głowy to nie jedna.

Poza wyjątkowo odporną na procenty głową, nasz bohater dysponuje także inną fantastyczną zdolnością, a jest nią umiejętność skutecznego zwalczania potworów. Jak zwykł się mianować Wędrowycz, jest on egzorcystą amatorem. Jest to nad wyraz skromne określenie dla człowieka, któremu udało się pokonać setki wampirów, zombie i innej „paranormalnej gadziny”. Skromność też zdecydowanie odróżnia Jakuba od pozostałych bohaterów fantasy, co otwiera jego świat przed czytelnikiem.

Egzorcysta, choć stara się nie mieszać w konflikty bezpośrednio go nie dotyczące, potrafi wplątać się w różne afery. Jego butność i bezczelność, a także ogromna energia, jaką dysponuje mimo podeszłego wieku, zdecydowanie nie pomagają mu w takich sytuacjach. O dziwo, zawsze udaje mu się wymigać od nawet największych kłopotów, a widok służb mundurowych stał się dla niego chlebem powszednim.

Jakub otwarcie przyznaje, że nie czyta książek. Uważa je za zło konieczne i sięga do nich tylko, gdy potrzebuje czaru czy innego skutecznego sposobu na bestię, z którą nie potrafi sobie poradzić. Mimo swej niechęci do słowa pisanego, Wędrowycz jest niezwykle inteligentnym człowiekiem, a wiedzą potrafi przerosnąć niejednego studenta. Jego znajomość wielu zagadnień bierze się z niezliczonej ilości doświadczeń, z jakimi dane mu było zmierzyć się w ciągu swojego, nie tak krótkiego, życia. W oczach czytelnika, poza mianem pijaka, egzorcysty amatora czy bimbrownika, zyskuje też określenie mędrca z dużym doświadczeniem i, chcąc nie chcąc, mądrością.

Wydaje mi się, że dość solidne, choć nieliczne, argumenty przytoczone powyżej, skutecznie odpowiadają na pytanie o popularność Wędrowycza. Pomimo szczytnego miejsca wśród bohaterów dzieł fantastycznych jakie zajmuje, Jakub nie jest tak wyidealizowany, a wręcz przeciwnie, jest nieco „oswojony”, co sprawia, że łatwiej, o zgrozo, utożsamiamy się z nim. A więc, jeśli jeszcze nie sięgnęliście po przygody egzorcysty opisane przez Andrzeja Pilipiuka, mam nadzieję, że po tym artykule, postanowicie zapoznać się z nimi!

Nowości - Fantastyka naszym okiem


Kopciusze""Kto z Was będąc dzieckiem nie słuchał czytanych do poduszki „Baśni” braci Grimm? Kto z uśmiechem nie wspomina przygód Czerwonego Kapturka, Śnieżki czy Kopciuszka. Każda z tych baśni, w formie przekazywanej nam w dzieciństwie, miała cudowne zakończenie, w którym sprawiedliwość i dobroć głównych bohaterów zwyciężała każde zło. Nieprzyjemne dla młodego czytelnika fragmenty, takie jak pożarcie przez wilka Kapturka i Babci, czy też siedmiu koźlątek złagodzono, tak by nie napędzić mu zbytnio stracha. Praktycznie w każdej baśni morałem mogłoby być stwierdzenie, że bycie prawym człowiekiem popłaca, bo dobre cechy zwalczą każde zło. Jednak początkowo baśnie braci Grimm wcale nie wyglądały tak kolorowo, a ich przesłanie nie było tak oczywiste. Spróbujmy prześledzić więc ewolucję tak znanych, dziecięcych historii.

Zacznijmy od baśni w dzisiejszym, nieco disney’owskim wydaniu. Jest ono chyba najbardziej popularną formą, którą zna większość z nas. Kopciuszek, który źle traktowany przez macochę i siostry, postanawia odmienić swoje życie i pójść na bal królewski, zostaje odwiedzony przez dobrą wróżkę. Pomaga ona naszej bohaterce przejść niesamowitą przemianę i zagościć na stałe w królewskim zamku i książęcym sercu. Macocha i złe siostry nie doznają żadnej krzywdy, poza urażoną dumą, gdyż Kopciuszek jako dobre dziewczę nie chce się na nich mścić.

Równie kolorowo wyglądają przygody Śnieżki, która choć otruta przez złą wiedźmę zaczarowanym jabłkiem, ocalona zostaje dzięki pocałunkowi księcia. Po tej sytuacji zostaje jego żoną i razem zamieszkują zamek. A co z krasnoludkami, które zaopiekowały się dziewczyną? Zostają one nagrodzone za swą troskliwość i dobroć.

Tak wygląda najdelikatniejsza wersja baśni Grimm. Jednak to nie jest ich oryginalny przekład. Jak zatem wyglądają „Baśnie” braci Grimm w wersji nieco mniej łagodnej, lecz takiej, którą bez problemu odnajdziemy w księgarniach? Na przykładzie „Kopciuszka” postaram się odnaleźć różnice między nimi. To co pierwsze rzuca nam się w oczy to owa dobra wróżka, której w oryginale brak. Jej miejsce zajmuje zmarła matka Kopciuszka, która niejako za pomocą drzewa kontaktuje się z dziewczyną. Kolejną istotną różnicą jest sposób mierzenia szklanego pantofelka przez córki złej macochy. Tu bracia Grimm zafundowali czytelnikom nieco dreszczyku. O ile w wersji, nazwijmy ją disney’owską, książę sam zakładał bucik na stopy panien, a gdy nie pasował, zwyczajnie szedł do kolejnej dziewczyny, o tyle we wcześniejszej wersji przyrodnie siostry mierzyły but w obecności matki. Nie byłoby to niczym niezwykłym, gdyby nie totalny brak czułości z jej strony i namowy do odcięcia sobie kawałka stopy, byleby bucik pasował. O zgrozo, jej córki się na to godziły i z krwawiącą stopą wsiadały na książęcego konia, by za chwilę usłyszeć głos gołąbków: „-Zawracaj koniczka!... Krew płynie z trzewiczka!... Trzewiczek za mały, a prawdziwa narzeczona w domu zostawiona!..” Takie poświęcenie na marne! Jednak, poza „okrojonymi” stopami, sióstr ani macochy nie spotkała większa krzywda.

„Śnieżka”, choć nie do końca zmieniona, różni się nieco od wersji disney’owskiej. Główną różnicą, która dzieli oba przekłady jest zdecydowanie sposób ukazania przebudzenia dziewczyny po zjedzeniu zatrutego jabłka. W tym przypadku to nie pocałunek księcia, lecz zwyczajne wstrząsy w szklanej trumnie sprawiły, że feralny kawałek jabłka opuścił przełyk królewny.Czerwony

Najstarsze przekazy zupełnie odmiennie ukazują tak dobrze nam znane baśni dla dzieci. Przede wszystkim warto zauważyć, że owe historie w żadnym stopniu nie były przeznaczone dla dzieci. Funkcjonowały one jako folkowe opowieści krążące wokół dorosłych podczas ich spotkań przy ognisku czy wspólnych pracach. Ich zadanie porównać można do tak popularnych ostatnio creepypast. Miały one głównie przestraszyć słuchacza ku uciesze opowiadającego, a także wprowadzić element rozrywkowy do niekiedy monotonnych czynności. Samo to może dać nam zarys tego, jak ogromnie musiały różnić się te historie od tak dobrze znanych bajek dziecięcych. Czy pamiętacie sympatycznego Czerwonego Kapturka, który z brzucha wilka zostaje uwolniony przez myśliwego? W tym przypadku historia nieco się różni. Wilk bowiem w brutalny sposób morduje babcię, a następnie karmi wnuczkę jej mięsem i poi krwią. Kolejna scena raczy nas przemocą na tle seksualnym, ponieważ wilk każe Kapturkowi rozebrać się do naga i położyć obok, a następnie go zjada. Jak łatwo się domyślić, próżno tu szukać happy endu.

Co z „Kopciuszkiem”? Historia swą brutalną naturę ujawnia pod koniec, gdy to siostry i macocha zostają pozbawione oczu przez ptaki, niejako nasłane przez księcia. Choć opowieść ma szczęśliwe zakończenie dla  głównej bohaterki, to jednak opowiadanie jej dzieciom nie jest najlepszym pomysłem.

Również opowieść o „Dziewicy Milenie” zaskakuje ogromem przemocy. W wersji nieco łagodniejszej historia rozgrywa się wokół niewinnej Mileny, która przechytrzona przez służkę nie może poślubić księcia. Jednak cała sytuacja wyjaśnia się, służka zostaje wygnana, a Milena szczęśliwie zostaje książęcą małżonką. Nieco inaczej prezentuje się to w wersji folkowej, w której Milena zostaje zaskoczona przez swego ukochanego w dość niecodziennej, choć dla niego oczywistej, sytuacji, gdy to kładzie on na stole młodą kobietę, rozbiera ją, ćwiartuje i zjada. W niektórych przekazach monarcha nie jest nawet człowiekiem, lecz przybiera postać ogra.

Jak widać nie każda opowieść jaką znamy od zawsze brzmi tak samo. Często zupełnie odbiega od przekazu ustnego sprzed lat. Nierzadko emanuje brutalnością na tle fizycznym, psychicznym czy seksualnym. Choć zmienione baśnie brzmią dziś niesamowicie pięknie, to choćby dla własnej wiadomości warto zainteresować się ich przeszłością. Co ciekawe, nie tylko bracia Grimm bazowali na pełnych przemocy historiach. Również w „Śpiącej Królewnie”, czy innych bajkach, spotykamy się z brutalnością. Nierzadko natykamy się na gwałty, kazirodztwa, morderstwa czy kanibalizm. Choć dziś prawie nie ma po nich śladu, może warto czasem zastanowić się nad genezą tego co czytamy? W końcu nie wszystko złoto co się świeci, a nie każda historia piękną była od początku swego istnienia, czyż nie?


Wampir Barnabas Wielu z nas zaczytywało się w dziełach Anne Rice, które w ciekawy sposób ukazywały świat wampirów. Większości taki właśnie obraz wampira, jaki serwuje nam autorka, utkwił w głowie jako stereotypowy i najbardziej znany. „Wywiad z wampirem” doczekał się też bardzo popularnej ekranizacji, która przekonała do siebie kolejne tysiące ludzi. Czy aby na pewno tak wygląda wampir? A może jak Dracula jest bezwzględną bestią? Zarówno „Miasteczko Salem” Stephena Kinga czy późniejszy „Zmierzch” Stephenie Meyer, a nawet film Tima Burtona „Mroczne cienie” pokazuje, że wizerunek wampira na przestrzeni lat zmieniał się diametralnie. Jednak w jaki sposób? Czy wampir łagodnieje, a może przeciwnie, staje się coraz groźniejszym potworem?

Zacznijmy od wyglądu wampirów, ponieważ on również, choć pozornie podobny, doczekał się na przełomie lat, widocznych zmian. Postać wampira serwowana nam przez Kinga w „Miasteczku Salem” (1975 r.) jest iście grobowa. Upiory pukające do okien mieszkańców Salem cechuje blade oblicze o matowym spojrzeniu, podkrążone oczy, białe, długie kły oraz ubrania w jakich zostali pogrzebani. Nieco inaczej przedstawia się wygląd wampirów w „Wywiadzie z wampirem” (1976 r.). Choć są nadal blade i posiadające długie kły, to jednak zdecydowanie bardziej eleganckie niż ich poprzednicy. Istoty te wyróżnia zamiłowanie do szykownych strojów, które chętnie noszą, a także niezwykła dbałość o wygląd. Co widać wyraźnie na przykładzie Lestata. „Zmierzch” (2005 r.) zdecydowanie odbiega w opisie wampirów od pierwotnego ich wyglądu. Niewiele jest cech odróżniających je od pozostałych mieszkańców Forks. Ubierają się tak, by wpasować się w tłum, ich cera, choć nieco bledsza, nieszczególnie odbiega kolorem od skóry innych ludzi, kły nie są widoczne. Nie trudno jest pomylić wampira z człowiekiem. Ale czy aby na pewno? Są pewne cechy ukazujące ich wampirzą naturę. Jest to kolor oczu zmieniający się pod wpływem „pożywienia” jakie konsumują, a także niezwykła uroda. Ostatnim dziełem jakiego chcę użyć do porównania jest film „Mroczne cienie” (2012 r.). Charakter komediowy z elementami horroru wymusza na nas podejście do całości z lekkim przymrużeniem oka, jednak postać wampira, choć czasem ukazana w krzywym zwierciadle, posiada typowe dla swego gatunku cechy. Barnabas powraca wyglądem do czasów „Miasteczka Salem”, jest niezwykle blady, chudy, z podkrążonymi oczami. Jednak posiada też cechy bohaterów „Wywiadu…”, jego ubiór, choć początkowo jak „z grobu wyjęty”, szybko staje się szykowny i godny arystokraty.

Ciekawą kwestią jest też zmiana zachowań wampirów. Choć niezmienna jest ich potrzeba picia krwi, to rytuały związane z jej zdobywaniem uległy zróżnicowaniu. Istoty z „Miasteczka Salem” pozyskują ją żerując na dobroci i naiwności ludzi. Pukają do domostw Edward Cullen- mieszkańców miasteczka prosząc o wpuszczenie do środka. Jedynie, gdy zostaną zaproszone mogą wejść, by tam pożywić się krwią niewinnych gospodarzy. Są bezwzględne w swoim działaniu, ponieważ kieruje nimi niepohamowana żądza. W „Wywiadzie…” sprawy nieco się komplikują. Wampiry staranniej wybierają swoje „posiłki”. Nie steruje nimi tylko pragnienie krwi, lecz również chęć doboru odpowiedniej ofiary. A ich polowania nie wymagają zgody osób trzecich, ponieważ są w stanie wejść wszędzie gdzie chcą i złapać kogo chcą. Nierzadko też zapraszają, jak to ma w zwyczaju Lestat, swoje ofiary do domu, by tam, po bliższym poznaniu, móc się nimi „delektować”. Jeśli zwyczaje wampirów tak różnią się w powieściach, które dzieli rok, to jak bardzo odmienne muszą być w „Zmierzchu”? Ogromnie. Członkowie rodziny Cullenów są wampirzymi wegetarianami. Choć to dziwne określenie, to najtrafniej opisuje preferencje żywieniowe  owych wampirów, które zamiast pić krew ludzką, zastępują ją zwierzęcą. Nie każdy wampir w „Zmierzchu” stroni od ludzi, jednak to Cullenowie wiodą prym w tej historii. Nie można by ich nazwać wampirami, gdyby nigdy nie spróbowali ludzkiej krwi. Tak, tak, Cullenowie, też kiedyś zabijali ludzi. Ich przyzwyczajenia zmieniły się dopiero po stworzeniu „rodziny”, która zapragnęła być bardziej ludzka. Od tamtej pory również wygląd  oczu wampirów uległ zmianie. Żywienie się   zwierzęcą posoką zastąpiło kolor czerwony złocistą barwą. Co do samego polowania, odbywa się ono co jakiś czas, w niedostępnym dla ludzi miejscu. Krew, którą Cullenowi zdobywają, wystarcza na dość długi czas. A jak poluje Barnabas z „Mrocznych cieni”? I tutaj znów niespodzianka. Choć postać dość świeża, to jednak wraca do tradycji „Wywiadu z wampirem”. Dobiera ofiary w szczególny sposób i początkowo je poznaje, by następnie bez skrupułów pozbawić krwi, lecz nie zawsze, czasem nie zdąży ich poznać.

Wiemy już jak wyglądały i polowały wampiry na przestrzeni lat, ale ważniejszym pytaniem jest co czuły? Tu również każdy twórca postanowił zróżnicować swoje postaci i nadać im zupełnie odmienne cechy. King w „Miasteczku Salem” zdecydowanie postawił na prostotę. Pozbawił wampiry ludzkich uczuć i stworzył bezlitosne maszyny do zabijania. Czy na pewno? Z tego co czytamy nie potrafią odczuwać miłości, jednak, gdy nie uda im się dostać do domu ofiar na ich twarzach maluje się coś na kształt zawodu i smutku. Czyżby to oznaczało, że czują? Moim zdaniem, te cząstkowe, „ludzkie” emocje mogą być pozostałością po poprzednim życiu wampira lub też złością, która cechuje nie tylko człowieka. Zupełnie inaczej rysują się uczucia, opisanych przez Rice, Lestata i Louisa z „Wywiadu z wampirem”. Jest to kolejny ogromny przeskok w postrzeganiu wampirów, dokonany w zaledwie rok. Zarówno Louis, jak i Lestat, posiadają pełną gamę uczuć nie różniącą się niczym od ludzkiej. Obaj potrafią kochać, zazdrościć, nienawidzić, czuć smutek. Ich emocje jednak tłumione są w obliczu głodu. Przykładem tu może być wizyta Louisa w jednym z domów, w którym zastał martwą kobietę i jej płaczące, zaniedbane dziecko. Początkowo czuł litość i smutek patrząc na taki obrazek, jednak żądza krwi okazała się silniejsza. Niezwykle zauważalnym uczuciem w powieści jest miłość. Louis darzy nią Claudię, wampirzycę, którą uratował od śmierci. Jest to miłość niepoprawna, z ludzkiego punktu widzenia, gdyż cechuje ją pożądanie między dzieckiem a dorosłym. Cały „Wywiad…” naszpikowany jest uczuciami, które ciężko byłoby mi w całości opisać w tym artykule, więc zdecydowałam się ograniczyć je do pobieżnego omówienia. A jakie emocje ukazane są w „Zmierzchu”? Wszystkie. W tej powieści stykamy się zarówno z miłością, przyjaźnią, nadzieją, oddaniem, jak również z nienawiścią, zazdrością i smutkiem. Czy to oznacza, że pod tym względem nie różnią się niczym od ludzi? Nie do końca, ponieważ czasem są bardziej uczuciowe od przeciętnego człowieka. Widać to na przykładzie rodziny Cullenów, która jest związana ze sobą niezwykle silnie. Również związek Belli i Edwarda, cechują intensywne emocje. Co ciekawe mamy tu pierwszą, w dziejach wampirów, tak niewinną i szczerą więź między pijącym krew a człowiekiem, nasyconą również zazdrością o wilkołaka. A jak wyglądają uczucia Barnabasa z „Mrocznych cieni”? Tutaj, ku zaskoczeniu, emocje odczuwane przez wampira bliższe są tym ze „Zmierzchu” niż z wcześniejszych dzieł. Otóż nasz bohater darzy uczuciem pewną kobietę, którą w nieprzyjemnych okolicznościach, za swego człowieczego życia, stracił. Po wielu latach, które spędza zakopany pod ziemią, powraca do świata „żywych”, gdzie poznaje kolejną, bardzo podobną do poprzedniczki, delikatną kobietę, w której się zakochuje. Jak widać potrafi odczuwać miłość, co ciekawe, będąc przy tym nieśmiałym. Nie jest też obojętny na wdzięki kobiece i odczuwa pożądanie. Objawia się ono podczas spotkania z czarownicą. Barnabas, jak widać, odczuwa dużo ludzkich emocji, choć nie zawsze otwarcie je ukazuje.

Ostatnią kwestią, którą chcę się zająć, są słabe punkty, a także niezwykłe moce, które posiadają wampiry. Zacznijmy od tradycyjnych, ukazanych w „Miasteczku Salem”. Jak zdążyli zorientować się bohaterowie owej powieści, na tamtejsze upiory działają konwencjonalne metody, czyli woda święcona, krzyż, czosnek i drewniany kołek wbity w serce. Taka broń na wampiry przewija się w wielu wyobrażeniach o nich. Co najciekawsze, nie wzięła się znikąd, ponieważ w wielu kulturach ludzie wierzyli, że używając owych przedmiotów można pozbyć się nieumarłych. Zaskakujące jest to, że niektóre narody wierzące w wampiry, nadal stosują takie sposoby na walkę z nimi. Wykopując groby, wbijając w pierś kołki i odrąbując głowy umarłym pokonują potwory w jakie zamieniają się wieczorami. Jak widać, King dużo czerpał z obrzędowości zwykłych ludzi tworząc swoje postaci. A jakie moce posiadają owe wampiry? Przede wszystkim są nieśmiertelne, chyba, że została użyta na nich jedna z wyżej wymienionych broni. Potrafią też unosić się w powietrzu. Kolejną ciekawą sprawą jest to, że są istotami Wampiry z nocnymi, co oznacza, że za dnia siedzą uśpione w swoich grobach, bądź kryjówkach, a nocami wychodzą na polowania. Anne Rice trochę wzmacnia swoje wampiry i w „Wywiadzie…” pojawiają się postaci odporne na czosnek i krzyże. Za to dodatkową bronią, na upiory pokroju Louisa i Lestata, jest m.in. ogień i alkohol wymieszany z krwią, którą piją. Również światło słoneczne szkodzi wampirom, dlatego za dnia udają się na spoczynek, a nocą wychodzą, by się pożywić. Głównymi mocami, odróżniającymi ich od poprzedników, są    przede wszystkim siła umysłu, która sprawia, że mają dużo ludzkich cech, wyostrzone zmysły pozwalające usłyszeć i poczuć więcej niż człowiek, a także zwiększona siła umożliwiająca skuteczne polowania. „Zmierzch” znów zaskakuje swoim odejściem od tradycji postrzegania wampirów. Bronią na nie nie jest już ani światło, ani krzyż czy czosnek, nawet woda święcona nie jest specjalnie groźna. By pozbyć się tych istot trzeba użyć ognia i dekapitacji. Za to wyjątkowe moce, które posiadają, są o wiele bogatsze od sposobów walki z nimi. Dlaczego? Otóż nie są już stworzeniami nocnymi, mogą wychodzić na słońce, jednak to nie jest do końca bezpieczne, ale nie dlatego, że mogą spłonąć za sprawą promieni, lecz dlatego, że ich skóra zaczyna świecić niczym milion złotych monet, co może zdemaskować nieludzką naturę. Również szybkości, jaką osiągają podczas polowań czy gry w baseball, może pozazdrościć im niejeden odrzutowiec. Oprócz mocy wspólnych dla całej społeczności wampirów, cechują je też indywidulane umiejętności. Wśród nich pojawia się m.in. czytanie w myślach, przepowiadanie przyszłości czy ogromna siła. Jak widać postaciom ze „Zmierzchu” bliżej do superbohaterów niż bestii. Jak na wampirzy postęp odpowiada Tim Burton? Barnabas z „Mrocznych cieni”, pod tym względem, omija szerokim łukiem rodzinę Cullenów. Nie jest odporny na światło i powraca do tradycji spania w trumnie. Czy jeszcze jakaś broń na niego działa? Tego nie wiemy. A niezwykłe moce? Dar przekonywania i wdzięk, którymi posługuje się w kontaktach z ludźmi.

Jak widać wyraźnie na powyższych przykładach, wampir w kulturze przez wiele lat ewoluował. Łagodniał i nabierał coraz więcej ludzkich cech. Czym jest to spowodowane? Może chęcią oswojenia się ze strachami? Przez wiele lat w kulturze słowiańskiej obraz wampira był świeży i wiarygodny. Co zaskakujące, w Rumunii, ojczyźnie Draculi, a także kilku innych państwach, wierzenia w wampiry nie straciły na sile do dzisiaj. Jednak w znacznie większej części współczesnego świata wiara owa wymarła, a zastąpiła ją wyłącznie służąca rozrywce postać wampira. Dowodzi to temu, że nie tylko wampiry się zmieniają, lecz również nasze preferencje. Wolimy widzieć je w rolach zbliżonych do ludzkich, wampiry kochające, współczujące, łagodne, ale jednak mające super moce i od czasu do czasu pijące krew. Choć ta tendencja jest widoczna, to mimo wszystko zdarzają się obrazy ukazujące te istoty jako krwiożercze bestie, pozbawione uczuć i mordujące bez skrupułów. W jakim kierunku, więc zmierzają wampiry? Trudno powiedzieć, może jak komediowy Barnabas zatoczą koło do tradycji Draculi?

 

 


Kot z Chesire z AlicjąJak często w powieściach czy filmach spotykamy się z motywem przejścia ze świata realnego do bajkowej krainy? Czy te wędrówki są tylko pretekstem do rozwinięcia wątku fantastycznego? A może kryje się za nimi coś innego? Te pytania sprowokowały mnie do zastanowienia się nad sensem ucieczek do świata fantastycznego w utworach fantasy. Postanowiłam wziąć pod pióro cztery dzieła: dobrze znaną „Alicję w krainie czarów” Lewisa Carrolla, „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa, „Piotrusia Pana” J.M. Barriego, a także film animowany reżyserii Tima Burtona- „Koralina i tajemnicze drzwi”.

Na początek zastanówmy się jak wygląda życie bohaterów przed odkryciem przejścia do niezwykłej krainy. Zacznijmy od „Alicji w krainie czarów”, która to jak dowiadujemy się z powieści prowadzi normalne, spokojne i nieco nudne życie dobrze wychowanej dziewczynki. Z powieści wiemy też, że mała odkrywczyni jest dociekliwą osóbką, która w domu rodzinnym dowiaduje się wielu rzeczy o świecie, choć nie zawsze właściwie je interpretuje. Wiadomym jest również, iż jest pilną uczennicą, której nie straszne są nawet najdłuższe deklamacje. Jak kwestia przeszłości ma się u czwórki bohaterów „Opowieści z Narnii”? Zupełnie inaczej. Świat realny, w którym żyją: Zuzanna, Piotr, Edmund i Łucja wypełnia strach przed trwającą wojną i ryzyko utraty najbliższych. Dzieci, chronione przez mamę, trafiają z bombardowanego Londynu na wieś, do domu pewnego Profesora. Choć boją się, próbują prowadzić spokojne, pełne zabawy i radości życie. Chwile tęsknoty nie do końca im to jednak umożliwiają. A co z Piotrusiem Panem? Jak wygląda jego życie przed wędrówką do świata fantastycznego? Otóż nasz bohater będąc jeszcze niemowlęciem, jak opowiada „dzień po narodzinach”, ucieka z domu rodzinnego, by zamieszkać wśród wróżek. Niewiele więc możemy dowiedzieć się o jego życiu w realnym świecie. Jest jeszcze jedna postać, którą według mnie warto tutaj przytoczyć- Koralinę, bohaterkę animacji Tima Burtona. Koralina jest żywiołowym dzieckiem mieszkającym z rodzicami- ogrodnikami, którzy z ogrodem mają wspólnego tyle co świnie z lataniem. Z filmu dowiadujemy się, że nasi ogrodnicy są strasznymi pracoholikami (zajętymi pisaniem o ogrodach) nie mającymi czasu dla swej jedynej córki. Ta chcąc zwrócić uwagę najbliższych dopuszcza się różnych psot, łącznie z nieumyślnym poparzeniem dłoni. Warto też wiedzieć, że miejscem, w jakim po raz pierwszy spotykamy się z dziewczynką, jest dom świeżo zamCoralina z ieszkany przez Koralinę i jej opiekunów. Bohaterka postawiona jest w patowej sytuacji: nie ma przyjaciół, otaczają ją bardzo „specyficzni” sąsiedzi, a rodzice od rana do wieczora nie spuszczają wzroku z ekranu komputera. Jedyną osobą, z którą czasem rozmawia jest Wybie- chłopiec w jej wieku mieszkający nieopodal.

Znamy już zarys życia codziennego bohaterów, jednak co tak naprawdę skłania ich do podróży w świat fantastyki? A może jest to zwykły przypadek? Na pewno przypadkiem nie jest wędrówka Alicji. Dziewczynka kierowana ciekawością i chęcią przeżycia przygody z pełną premedytacją wyrusza w pogoń za Białym Królikiem. Nie ma znaczenia dokąd trafi, ważniejsze, że jest to ciekawsze od marudzenia przy czytającej „nudną książkę” siostrze. Pchana żądzą rozrywki Ala trafia do króliczej nory, którą spada godzinami, by ostatecznie dotrzeć do Krainy Czarów. Przypadkiem poniekąd było za to odkrycie Narnii przez rodzeństwo. Jako pierwsza do równoległego świata wędruje Łucja, która podczas zabawy w chowanego ukrywa się w szafie- tajemnym przejściu. Dziewczynka informuje resztę o swojej przygodzie, lecz stąpający twardo po ziemi bracia i siostra nie chcą uwierzyć w istnienie baśniowej krainy. Jako drugi trafia do niej Edmund, który wodzony chęcią odkrycia tajemnicy udaje się za Łucją. Pozostała dwójka niedowiarków, wraz z naszymi odkrywcami, wpada do Narnii przypadkiem, podczas ucieczki przed gospodynią. Jak więc widać, tylko jednym z dzieci kieruje ciekawość, reszta odkrywa fantastyczny świat zupełnie przez przypadek. A jak podróż wygląda u Piotrusia Pana? Jest dość krótka, ponieważ chłopiec z pełną świadomością wybiera się do Nibylandii, która prawdopodobnie istnieje tylko w jego wyobraźni. To niechęć do dorastania i stania się mężczyzną kieruje go do świata wróżek. Ucieka przed tym co nieuniknione tworząc swoją przestrzeń. Czymże w takim razie sugeruje się Koralina wybierając  fantastyczną krainę? Cóż, w jej przypadku jest to dość oczywiste, brak zainteresowania ze strony rodziców popycha dziewPiotruś Pan w Nibylandiiczynkę ku niewielkim drzwiom prowadzącym do drugiego domu. Tęsknota za uwagą otoczenia, za zabawą i możliwością bycia dzieckiem w pełnym tego słowa znaczeniu wpływa widocznie na decyzje bohaterki, która decyduje się żyć w obu światach równocześnie.

Każde z czterech fantastycznych miejsc ukazanych w owych dziełach jest zupełnie różne. Krainę Czarów, w której znalazła się Alicja wypełnia mnóstwo osobliwości: Kapelusznik, Kot z Cheshire czy dziecko-prosię. To właśnie one budują niecodzienny klimat tego miejsca. Gdyby nie ukazanie mieszkańców, Kraina Czarów niewiele różniłaby się od zwykłego miasteczka. Postaci te cechuje niezwykłe przerysowanie, każdy z przymiotów, którymi się odznaczają jest zwielokrotniony, tak więc kot potrafiący się uśmiechać ma uśmiech większy niż cała głowa, kucharka, która do każdej z potraw dodaje za dużo pieprzu robi to w taki sposób, że przyprawa unosi się chmurami po całym domu, a despotyczna Królowa każe obcinać głowy wszystkim i wszystkiemu co stanie przed nią. Również sytuacje, z którymi spotyka się Alicja podczas pobytu w Krainie Czarów są tak nierealne, że dziwnym jest jej stosunek do nich. Dziewczynka przyjmuje do wiadomości istnienie cudów z niebywałą nonszalancją. Także mieszkańcy niespecjalnie przejmują się obecnością gościa ze świata na górze. Zupełnie inna jest  Narnia stworzona przez C.S. Lewisa. Kiedy zderzamy się z nią po raz pierwszy, wita nas pokrywą śniegu, uczuciem lęku wyłaniającym się z każdego zakamarka i stworzeniami, choć fantastycznymi, to jednak bardzo ludzkimi. Krainą włada Biała Czarownica, która, gdyby nie posiadała magicznych mocy, mogłaby być uznana za zwykłego, może lekko sfiksowanego na punkcie władzy człowieka. Również Aslan: ogromny, władczy lew, czy mówiąca rodzina bobrów, posiadają dużo cech człowieczych. Może dlatego bardzo szybko stają się bliskie dzieciom, które spotykają je podczas swej wędrówki. A jak wygląda Nibylandia? Jest to bajeczna kraina rojąca się od wróżek i piratów. Idealnie pasuje do wyobrażeń dziecięcych. Piotruś Pan, który dowodzi na niej grupce Zaginionych Chłopców jest niejako stróżem wyspy chroniącym wróżki i dzieci przed złymi piratami. Cóż więc dziwnego, że nie chce opuszczać miejsca, w którym może na zawsze pozostać młody, a do tego podziwiany dzięki swojej odwadze? Świat Koraliny różni się wyraźnie od wyobrażenia Piotrusia Pana. Fantastyczną krainą, do której ucieka, jest drugi dom w równoległym wymiarze. Za każdyŁucja przed szafą prowadzącą do Narniim razem kiedy wędruje do niego, a robi to codziennie, czekają na nią „drudzy” rodzice z mnóstwem prezentów i smakołyków. Dziewczynka odnajduje u nich to czego nie dostaje od prawdziwych rodziców: mnóstwo uwagi i ciepła. Świat ten jednak jest bardzo abstrakcyjny. Każdy jego mieszkaniec zamiast oczu ma guziki i sterowany jest przez pajęczycę polującą na dzieci. Brzmi przerażająco? Nie dla Koraliny, która przez większość czasu nie dostrzega dziwnych zachowań i wyglądu owych postaci.

Wydawać by się mogło, że fantastyczne krainy, do których trafiają bohaterowie, są miejscami o wiele lepszymi niż realny świat. Ale czy postanawiają oni w nich pozostać? Nie zawsze. Tak jest w przypadku Alicji, której czarodziejska kraina przestaje się podobać. Dziewczynka po pewnym czasie  nie czuje się dobrze pośród tak odmiennych od niej stworzeń. A sąd, przed którym ją postawiono, wzmaga chęć powrotu. Wtedy Alicja po prostu się budzi i znajduje w realnym świecie. Tak, tak, Kraina Czarów jest tylko (lecz czy aby na pewno?) snem. Koralina również dostrzega, że świat, który ją tak pochłania nie jest idealny. Jej sytuacja okazuje się być o wiele bardziej drastyczna niż Alicji. Dlaczego? Otóż otrzymuje ultimatum, jeśli chce żyć w takich „świetnych” warunkach u drugiej rodziny musi dać sobie przyszyć guziki na miejsce oczu. Wtedy rozumie, że coś jest nie w porządku. Wiele niefortunnych zdarzeń, w tym spotkanie duszyczek uwięzionych dzieci czy porwanie prawdziwych rodziców utwierdza ją w przekonaniu, że pora zerwać z fantastycznym światem raz na zawsze. Koralina pokonuje więc złą pajęczycę, uwalnia rodziców i dzieci i powraca do prawdziwego domu. Jednak nie każdy bohater chce powrotu do domu. Tu przykładem jest czwórka rodzeństwa wędrującego po Narnii. Edmundowi, Łucji, Zuzannie i Piotrowi całkiem nieźle powodzi się w owej krainie. Dzięki odwadze i waleczności, jaką wykazują podczas walki ze złą królową, zostają obdarzeni koroną, a ich dni mijają na władaniu i zabawach. Mija wiele lat, a bohaterowie zapominają o świecie z jakiego pochodzą. Przypadek sprawia, że na nowo odkrywają starą szafę z jakiej przeszli do Narnii i wracają do domu Profesora. Jak się okazuje, powracają do czasu sprzed uwolnienia swego królestwa, czyli do dzieciństwa. Wtedy stają przed pytaniem, w którym świecie żyć. A co z Piotrusiem Panem? Czy powrócił z Nibylandii? Nie, chłopiec pozostał w krainie ze swojej wyobraźni. Lęk przed dorastaniem nie pozwolił mu opuścić miejsca, w którym mógł być taki jaki chciał, mimo że to mogło wiązać się z utratą wielu perspektyw z życia mężczyzny.

 

Jak widać wędrówkiDwa światy do świata fantastycznego mogą wyglądać różnie, raz są przypadkowe, innym razem zaplanowane. Również krainy, do których podążają bohaterowie mają odmienny wygląd. Niekiedy wyglądają jak kopia naszego świata, czasem są zupełnie abstrakcyjne. A postaci je zamieszkujące? Są tak różne jak różni są ludzie na Ziemi. Jednak jest jedna cecha łącząca podróże do owych krain- chęć ucieczki. Można uciekać przed wojną, brakiem uwagi, dorosłością i odpowiedzialnością, a niekiedy nawet przed nudą. Niezależnie od powodu, kraina, do której zmierzamy staje się naszą oazą. Zdarza się, że zamiast nas chronić daje nam lekcję życia, tak jak Koralinie i jej rodzicom, którzy zaczynają cieszyć się swoją obecnością. Są przypadki, kiedy chroni nas i pozwala zapomnieć o lęku jak w przypadku dzieci z Narnii. A niekiedy zagarnia nas tak bardzo, że nie chcemy się uwolnić, tu przykładem doskonałym jest Piotruś Pan. Niezależnie od naszych lęków, smutków czy radości, każdy z nas ma swój świat, do którego czasem zdarza mu się uciekać od codzienności. Bo wszyscy potrzebują raz na jakiś czas pobujać w obłokach i odpłynąć do świata fantastycznego, nieprawda?


Broń na wampiryReligia jest ważnym elementem życia bardzo dużej części ludzkości. Nic więc dziwnego, że jej motywy zagościły też w fantastyce. Jednak, czy wiązanie świata fantasy z religią jest jedynie sprytną zagrywką marketingową i chęcią umieszczenia w dziełach sprzedającego się tematu? Nic bardziej mylnego! Podstawy powiązań fantastyki z religią sięgają stuleci.

Od wieków, człowiek, nie rozumiejąc otaczających go zjawisk, próbował wyjaśniać sobie ich istnienie tworząc nierealne byty. Tak powstawały różne bestiariusze. Ukazane w nich upiory były niczym innym, jak tylko spersonifikowanymi lękami. W końcu strach, któremu nadamy bardziej znaną formę, łatwiej jest oswoić, jak również zwalczać.

Religia od dawna starała się walczyć ze złem. Szybko więc stała się bronią, nie tylko przeciwko poganom, lecz również wszelakim bestiom. Różnorodne symbole wiary, relikwie czy inkantacje, miały swoje ochronne zastosowanie przy okazji spotkań z wieloma potworami. Najczęściej, z używaniem tej nietypowej broni, mamy do czynienia w kontakcie z wampirami. Są one znane ze swego wstrętu do wszelkich oznak boskości w realnym życiu. Zauważyć to można m.in. w „Miasteczku Salem” S.King’a, gdzie upiory stroniły od krzyża i wody święconej. Wielu słynnych wampirzych poskramiaczy również zaopatrywało się w niebiański asortyment. Przykładem może być Anita Blake z "Cyrku Potępieńców" Laurell K. Hamilton, która, choć na co dzień zajmuje się ożywianiem umarłych, czasem poskramia zbyt energiczne wampiry.

Dobrym przykładem wykorzystania motywów religijnych w fantastyce jest film „Constantine”. Choć sam temat produkcji opiera się w większości na wierze w Boga, to jednak nie da się ukryć, że posiada mnóstwo elementów fantasy. W tym przypadku, także otrzymujemy sporą porcję walki dobra ze złem. Oczywiście, głównemu bohaterowi nie mogło zabraknąć artefaktów: wody święconej, skarabeusza czy smoczego oddechu. Jak widać, dysponuje on arsenałem wielu religii. Constantine używa go do zwalczania nieproszonych demonów, które choć teoretycznie nie zaliczają się do kanonu postaci fantastycznych, to jednak w tym przypadku nimi są.

Jeszcze innym, ciekawym ukazaniem wiary jest umieszczony w „Grze o Tron” kult bóstw przedstawionych w postaci rzeźb w drzewach. Cześć oddają im mieszkańcy północy. RobiąNocna Straż to poprzez modlitwę, czy też różnorodne przyrzeczenia składane w obecności owych drewnianych figur. Za to na wschodzie, w Asshai, religia w wyraźny sposób łączy się z czarną magią. Kultywuje się tam krwawe ofiary i wszelkiego rodzaju klątwy, po to, by bogowie pomagali kapłanom w osiąganiu zamierzonych celów.

Ciekawe jest też zestawienie świata fantastyki z ascetycznym, realnym światem religii. Dopuszczono się go w „Porta Coeli. Bramie światów” Susany Vallejo. Powieść ta zupełnie różni się od dzieł, które wymieniłam powyżej, gdyż klasztory, na których opiera się rzeczywisty świat, nie walczą z fantastycznymi stworami, lecz próbują je ukryć przed ludźmi. A więc, nie ma tu także motywu wykorzystania kościelnych insygniów. Ciekawym jest jednak to, że w pewnym momencie ukazane klasztory nie dość, że akceptują istnienie odrębnego świata i jego stworzeń, to jeszcze starają się go chronić. Z racji odwiecznej walki kościoła z fantastycznymi istotami, jest to dość niespotykana sytuacja.

Jak widać, religie w fantastyce mogą być ukazane na bardzo wiele różnych sposobów. Od typowego wykorzystywania przedmiotów wiary, takich jak krzyże czy woda święcona do walki z potworami, aż po ochronę dziwnych stworzeń. Pomimo częstej krytyki dzieł fantastycznych przez kościoły, nie dało się uniknąć skonfrontowania tak odrębnych, choć w rzeczywistości bliskich sobie dziedzin, w książkach czy filmach fantasy. Takie zestawienie, jak widać, całkiem nieźle się sprawdziło.

               

magia

Przejawia się w kulturze od początków ludzkości, powstawała w różnych miejscach oraz ma wiele znaczeń i odmian, co sprawia, że jest nieprzeciętnie skomplikowana. Magia – co sprawiło, że ludzie stworzyli to pojęcie? Żeby je zrozumieć, należałoby starannie przestudiować wierzenia naszych przodków. Nietrudno jest się domyślić, że był to sposób na opisanie rzeczy niezwykłych i niezrozumiałych, z jakimi umysł człowieka w ciemnych latach nie mógł sobie poradzić. Były to zarówno siły natury jak również zjawiska nienaturalne, a raczej osobliwe przypadki, które w tamtych czasach wywoływały strach, nieobcy również nam jako lęk przed nieznanym. W takich okolicznościach był tylko jeden sposób, żeby ograniczyć grozę jaką ze sobą niosły. Nie mając zaplecza wiedzy, ludzie zaczęli wyjaśniać te niepojęte zjawiska za pomocą wyobraźni. Wiara w te wyobrażenia zapoczątkowała istnienie bóstw oraz magii czyli prób zapanowania nad nieznanym. Można by powiedzieć, że były to działania przeciwstawne do nauki. Ta sama wyobraźnia, która dziś pomaga nam zrozumieć działanie przeróżnych skomplikowanych mechanizmów, sprawiła, że utworzyliśmy zupełnie inną gałąź. Aktualnie potrafimy już wytłumaczyć co się dzieje wokół nas na tyle, że nie wierzymy w czary jako sposób oddziaływania na rzeczywistość. Oczywiście trwają badania nad umysłem człowieka, który lepiej wykorzystany mógłby obdarzyć nas wręcz magicznymi zdolnościami, jednak w chwili obecnej element wyobraźni jakim jest magia, ma charakter rozrywkowy i jest podwaliną światów fantastycznych. Ta długa droga, od straszliwych zabobonów i praktyk, do przyjemności jaką daje czas wolny spędzony na zabawie z fantastyką, mogłaby być tematem długiego wywodu naukowego. Z pewnością jeszcze będziemy do tego wracać, jednak tym razem spróbujmy znaleźć odpowiedź na pytanie: jak postrzegamy magię w dziełach fantastycznych, jest dobra czy zła?

Wiemy już, że wiara w czary powstała w wyniku strachu, co negatywnie odbija się na jej wizerunku. Zobaczmy jak przedstawiane są w kilku utworach literackich dzisiejszych czasów. Wszyscy znamy podział na białą i czarną magię. Biała jest dobra, a czarna jest zła. Proste nie? Otóż nie do końca. Na początek weźmy pod lupę mało skomplikowany przykład, czyli „Harrego Pottera” J. K. Rowling. Cała saga niewiele nam mówi oAvada Kedavra samej magii, chociaż akcja rozgrywa się w najwspanialszej szkole z tej dziedziny – Hogwarcie. Poznajemy sporo zaklęć oraz ich działanie, najważniejszy jest jednak wątek przygód naszego głównego bohatera. Mamy tu do czynienia ze standardowym schematem o którym już wspomniałem. Młodzi czarodzieje od swoich profesorów uczą się wykorzystywać dobre czary, oraz bronić przed tymi złymi, które reprezentują Voldemort i jego Śmierciożercy. Autorka daje nam jasną wskazówkę jak powinniśmy to odbierać. Przede wszystkim dobrzy magowie nie wykorzystują zaklęć niewybaczalnych, czyli uśmiercania, torturowania i przejmowania kontroli nad umysłem. Z pewnością ich skutek jest bezlitosny, lecz co kiedy stoimy przed wyborem – zostać zmasakrowanym wraz z ukochanymi osobami czy zabić Czarnego Pana i położyć kres śmierci i cierpieniom wielu ludzi? Możemy szukać lepszego rozwiązania, nie zawsze jednak jest nam dane znaleźć je na czas. Ostatecznie jest to jednak morderstwo. Jak wygląda sytuacja od drugiej strony? Czy użycie dobrego czaru uleczenia na Voldemorcie byłoby dobre? Jeśli ktoś to uczyni widząc go konającego, przyczyni się jednocześnie do dalszej wojny, w której ucierpią niewinni. Patrząc szerzej nawet tak neutralna i niewinna magia jak otwieranie zamków może przynieść różne skutki.

Zastanówmy się teraz nad nieco bardziej kontrowersyjnym rodzajem energii duchowej. Są ludzie, którzy poważnie obawiają się apokalipsy zombie. Nie chcę wcale zagłębiać się w ten temat, jednak wiążą się z tym strach i obrzydzenie jakie towarzyszą  również mocy ożywiania zwłok, czyli nekromancji. Chyba nie można powiedzieć o niezombiej nic dobrego. Jest wysoce nieetyczna o ile ożywionemu pozostanie świadomość, jeśli nie, to wciąż pozostaje odrażająca. W serii „Xanth” Piersa Anthony'ego widzimy to nieco inaczej. Armia umarlaków pod wodzą maga usiłuje uratować świat ludzi i dobrych stworzeń przed sprzymierzonymi siłami podstępnych potworów. Zombie walczą w dobrej sprawie, więc ich wizerunek jest zupełnie inny. Należy podkreślić, że w tym utworze nieżywym pozostaje cząstka świadomości i muszą pozostać w tym stanie już na wieki. Raczej nie znam ludzi, którzy pragnęliby takiego losu. Sam mag postanawia jednak po śmierci zostać zombie, gdyż wie, że istnieje sposób na całkowity powrót do świata żywych. W tej sytuacji nekromancja staje się magią życia i pomaga czarodziejowi odzyskać utraconą miłość. Jak widzimy granica między dobrem, a złem zaciera się również w tym przypadku. Każdy ma swoje zdanie na ten temat. Z jednej strony twierdzimy, że cel nie uświęca środków, z drugiej strony większość z nas byłaby zdecydowana zabić w obronie własnej i swoich bliskich, więc zostawiam ten temat do indywidualnej oceny.

Na koniec przedstawię sprawę w świetle cyklu „Miecz Prawdy” Terry'ego Goodkinda. W utworze magia podzielona jest na addytywną, czyli taką, która tworzy i rozbudowuje coś co już istnieje oraz subtraktywną, która jest przeciwieństwem tej pierwszej. Ten schemat nie wpasowuje się nijak w strukturę bieli i czerni. Magia w tym przypadku jest zdolna niemal do wszystkiego i tylko od maga zależy, czy będzie ona dobra, czy zła. Jest postrzegana jako narzędzie, tak jak młotek, którym możemy zbudować schronienie, albo kogoś uderzyć. Wszystko więc zależy od czarodzieja, który nią włada. Może on pomagać lub krzywdzić, bronić lub zabijać ludzi. Sam znajduje jej zastosowanie, tak więc to mag jest dobry lub zły. Ludzie zamieszkmagia jako narzędzieujący ten fantastyczny świat dzielą się na takich, którzy nie chcą mieć z magią nic wspólnego i dążą do jej zniszczenia oraz takich, którzy nie wyobrażają sobie bez niej życia. Zarówno pierwsi jak i drudzy mają mocne argumenty. Przed laty potężny czarnoksiężnik doprowadził do śmierci wielu niewinnych istot. Doprowadziło to do oddzielenia krainy, w której wszyscy mogli żyć bez magii. Z drugiej strony wiele dobrych stworzeń, które naturalnie miało w sobie magiczny dar, poczuło się zagrożone przez fanatyków.

Niełatwo jest jednoznacznie stwierdzić, który model jest prawidłowy. Czy magia jest dwubiegunowa i dąży do harmonii niczym yin yang, może jest neutralna i niektóre z jej działów są dobre lub złe? Do mnie chyba najbardziej przemawia opis magii, jako narzędzia w ręku istoty, której czyny mają znaczący wpływ na jej charakter. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Każdy, kto choć raz obejrzał animację Tima Burtona, na pewno się ze mną zgodzi, że jego twórczość ma swój wyjątkowy klimat. Gnijąca panna młodaOd pierwszych sekund jesteśmy wciągani w świat Burtonowskiej wyobraźni, która odkrywa przed nami mroczne, posiadające charakterystyczny wygląd postacie. Jednak nie tylko one wyróżniają się w owych dziełach, również wątek każdej z historii jest specyficzny, gdyż zahacza w mniejszym bądź większym stopniu o śmierć. Nie wspominając  o ukazanym świecie, który to, przez cały czas, raczy nas awangardą. Większość filmów animowanych słynnego reżysera stworzona jest z myślą o dzieciach w wieku od 7, bądź też od 12 lat. Zastanawia mnie jednak czy taka twórczość, aby na pewno jest odpowiednia dla młodych ludzi? Żeby to sprawdzić postanowiłam jeszcze raz pochylić się nad trzema animacjami wprost ze scenariusza Tima Burtona, są nimi: „Gnijąca panna młoda” (2005 r.), „Frankenweenie” (2012 r.) oraz „Koralina i tajemnicze drzwi” (2009 r.).

Na początek zastanówmy się nad „Gnijącą panną młodą”. Jej świat osadzony jest w dwóch miejscach- krainie żywych i umarłych. Obie z nich charakteryzuje dość ponury klimat, jednak, co dziwne, to podziemie pełne ruchliwych trupów jest weselsze niż pozornie szczęśliwy świat tętniący życiem. Mieszkańcy górnego „piętra” prezentują się dość smutno, a ich otoczenie maluje się w szarych barwach. Już na samym początku wita nas niezwykła monotonia: człowiek zamiatający drogę w rytm cykania zegarów czy rybacy oporządzający ryby. Cała scenografia i ukazane postaci otoczone są brudem i przygnębieniem. Kraina umarłych przedstawiona jest w zupełnie przeciwny sposób- tętni kolorami, a zewsząd rozlegają się odgłosy zabawy. Zamieszkujące ją szkielety, zombie i inne indywidua są cały czas uśmiechnięte i „pełne życia”. Czy Burton nie posunął się za daleko igrając ze śmiercią w tak lekki sposób? Samo ukazanie sposobu umierania jest dość delikatne. Osoby odchodzące na świat „u dołu” zmieniają kolor skóry na niebieski pozostając w takim stanie jak za życia.

 A co z głównymi bohaterami, którzy jednak odgrywają dość istotną rolę w postrzeganiu całej animacji? Zarówno Victor, Victoria, jak i Emily charakteryzują się niezwykłą wrażliwością, której brakuje pozostałym osobistościom. Mimo dość istotnej rzeczy, która ich dzieli, mianowicie stanu życia w jakim się znajdują, potrafią odnaleźć wspólny język. Victor, będący niezwykle roztrzepanym i niezdarnym młodym mężczyzną, przez swoją nieuwagę oświadcza się nieżywej Emily, mimo iż kolejnego dnia miał brać ślub z przypisaną mu przez rodziców Victorią. Poplątana historia? Cóż, Burton nie lubi prostych rozwiązań. Skupmy się jednak na wyglądzie naszych bohaterów. Na początek Victoria, która wygląda najbardziej „ludzko”. Zamieszkuje ona świat żywych, więc nic dziwnego, że nie posiada cech nieboszczki. Zdaje się być bardziej energiczna niż pozostali bohaterowie żyjący w krainie „na górze”. Co do Victora, który stał się prowodyrem całego zamieszania, cechuje go niezwykle szczupła sylwetka, bladość i chorobliwie podkrążone oczy. Jest on idealnym łącznikiem między dwoma przedstawionymi światami. To on prowadzi nas do Emily- gnijącej panny młodej, która tuż przed swoim ślubem została zamordowana przez swojego narzeczonego. Już sam wątek może być przerażający, a dochodzi jeszcze nieco demoniczny wygląd dziewczyny. Jak większość umarłych ma ona niebieską skórę. Chodzi w podartej i brudnej sukni ślubnej, którą miała na sobie w dniu śmierci. Jedna z dziur odsłania jej bogate wnętrze, i to dosłownie, gdyż uwydatnia nagie żebra. Duże oczy dziewczyny są niezwykle ruchliwe, jedno z nich co jakiś czas wypada, a w głowie zamieszkuje sympatyczny lokator- czerw, który w historii staje się poniekąd żywym sumieniem naszej bohaterki. Mimo odstraszającego wyglądu po pewnym czasie budzi sympatię. Uważam jednak, że młodszych widzów postać Emily może przestraszyć. Choć sympatyczna, balansuje zbytnio na granicy życia i śmierci. Faktem jest, że owa granica w animacjach amerykańskiego reżysera praktycznie nie istnieje, co wyróżnia go pośród innych i nadaje mu niepowtarzalny styl. Czy mimo wszystko dzieci oglądające takie kino nie są za małe na abstrakcję, którą im się serwuje?

Sama historia ukazana w „Gnijącej pannie młodej” również może przestraszyć: tańczące trupy, dążący tylko do uzyskania majątku rodzice Victorii i odstraszający zabójca żon, nie są tematami prostymi. Jednak jak w każdej historii pojawia się morał, który jest godny zapamiętania. Według mnie najważniejszymi wnioskami, które możemy wyłuskać z animacji są: wiara w prawdziwą miłość, której nie da się pozbyć i której nie powinno się zwalczać i świadomość, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne jest również, by pamiętać, iż nie da się nikogo zmusić do uczucia, jeśli nas nim nie darzy.

Kolejną wartą poznania animacją jest „Frankenweenie”. Film osadzono w szarościach jak wcześniejsze dzieła Burtona. Jego akcja rozgrywa się w małym miasteczku, które samo w sobie nie jest przygnębiające, jak to miało miejsce w „Gnijącej pannie młodej”. PFrankenweenieoznajemy głównie mieszkające w nim dzieci, które łączy wspólna pasja do nauki i chęć wygrania jednego z konkursów, a także ogromna miłość do swych zwierząt. Pośród nich wyróżniają się szczególnie dwie postaci: Igor, który przypomina pomocnika dr Frankensteina oraz mała właścicielka kota o imieniu Pusiaczek posiadająca ogromne, wpatrzone w głąb człowieka oczy. Jest jeszcze nasz główny bohater- Victor Frankenstein. Myślę, że nawiązanie do nazwiska słynnego doktora z horrorów nie jest przypadkowe. Mały Victor jest dzieckiem zamkniętym w sobie, ma swój świat nauki i filmu oraz najlepszego przyjaciela- Korka. Mimo swej psiej natury Korek jest jego jedyną, poza rodzicami, bliską istotą. Niefortunne zdarzenie sprawia jednak, że psiak ginie, a nasz mały naukowiec, kierowany wiedzą wyniesioną ze szkoły, postanawia go ożywić, co mu się, o dziwo, udaje. Pech sprawia, że dowiadują się o tym inne dzieci, które budzą do świata żywych inne zwierzęta, nieświadomie tworząc z nich potwory. Już sama fabuła filmu balansująca, kolejny raz, na pograniczu życia i śmierci, nie do końca przeznaczona jest dla dzieci. Jednak reżyser postanowił posunąć się o krok dalej i dostarczyć nam mocnych wrażeń w postaci wykopywania zwierzęcych zwłok na cmentarzu, dość brutalnej śmierci pana Pusiaczka, który zamienił się w latającą bestię, a także wyskakującego zza ściany zmutowanego szczura. Tak oto bajka przeznaczona dla widzów od 7, bądź od 10 lat, staje się straszakiem, który potrafi zaskoczyć niejednego dorosłego. Film zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych dzieci i dla widzów o słabych nerwach. Klimat Burtonowski zdecydowanie został w nim utrzymany. Jak w każdej historii, tak i w tej  zawarty został morał, który mówi, że wszystko co robimy powinno mieć właściwe pobudki. Oglądając pierwszy raz „Frankenweeniego” myślałam, iż pozwoli on pogodzić się z odejściem bliskiej osoby i pokaże śmierć jako coś naturalnego, co musimy zaakceptować. Tu Burton poszedł jednak krok dalej i na koniec filmu ożywił Korka. Pewien morał uciekł z historii, lecz mamy w niej szczęśliwe zakończenie zdecydowanie lepsze dla młodszych widzów.

Jednak to wszystko było jedynie moją subiektywną opinią. Jestem świadoma tego, że odczucia dzieci po obejrzeniu owych filmów znacznie różnią się od moich, gdyż pierwszy z nich obejrzałam może cztery lata temu, więc byłam dużo starsza od docelowej grupy widzów. Postanowiłam więc zasięgnąć opinii najmłodszych i trochę przeszukać sieć w celu odkrycia wrażeń jakie zrodziły się w dzieciach po obejrzeniu animacji. „Frankenweenie”, który zaklasyfikowano jako film dla dzieci od 7, bądź 10 lat w zależności od źródła informacji, dorosłym fanom Tima Burtona przypadł do gustu, jednak dzieci wystraszyły się już samego zwiastunu. Choć animacja zdecydowanie jest warta obejrzenia, to jednak młodsi odbiorcy mogą mieć problem z wyłuskaniem jej przekazu. Wrażliwi na bodźce widzowie, przez atmosferę grozy i mroczne sceny, wystawiani są na próbę. Co dziwne, „Gnijąca panna młoda”, która widnieje jako film od 12 roku życia, zdaje się być delikatniej ukazaną historią niż „Frankenweenie”. Dlatego też protesty pod jej nazwą nie są tak zaognione.

 

Zgadzam się, że część z filmów Burtona przeznaczonych dla dzieci powinna mieć podniesiony wiek widza. Jednocześnie jestem zdania, iż animacje te są jak najbardziej warte obejrzenia, bo zawierają cenny morał, a sama historia ukazana jest w zupełnie odmienny sposób niż bajki Disney’owskie. Choć nie dla odbiorców o słabych nerwach, to jak najbardziej godne uwagi. Nawet nieco starsze dzieci nie powinny mieć problemu z formą owych filmów. Analiza Burtonowskich animacji daje nam jednak podstawy do twierdzenia, że nie każda bajka, nie każdy film animowany nadaje się dla dzieci. A może to tylko nasze dorosłe uprzedzenia nie pozwalają nam podać najmłodszym czegoś zupełnie innego niż wesołe, rozmowne zwierzęta i księżniczki? 

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
niedziela, maj 20, 2018