banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

szukajka

ADSENSE

"Indyki", czyli małe wielkie gry

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 

Po raz kolejny, na Pyrkonie, miałam możliwość wypróbowania kilkudziesięciu gier indie. Wiele z nich okazało się naprawdę ciekawymi i wartymi uwagi pozycjami.

 

Czym właściwie są gry indie?

 

Są to gry, dawniej komputerowe, dziś tworzone także na konsole czy VR, które tworzy jedna osoba, bądź niewielki zespół pasjonatów i zapalonych programistów. Twórcy ci nie są wspierani finansowo przez wydawców. Choć to ogranicza budżet gry, to daje ogromne pole do popisu w kwestii struktury, wyglądu czy treści gier. Często o takich tytułach dowiadujemy się podczas konwentów czy innych tego typu imprezach, które stanowią idealną okazję do promocji.

 

Co odróżnia gry indie od kasowych tytułów?

 

Główną różnicą jest możliwość nieograniczonego tworzenia, jaką mają autorzy „indyków”. Zespół, tworzący gry dla wydawnictw, jest zmuszony do działania według pewnych planów i norm. Musi robić gry, które będą się sprzedawać, a więc najczęściej w znanym i lubianym przez graczy schemacie.

 

Czy warto grać w gry indie?

 

Jak najbardziej! „Indyki” dają możliwość poznania innego świata gier i oderwania się od kasowych tytułów. Często, niezależni twórcy, robią pozycje na poziomie tych znanych, a niekiedy nawet przewyższające je fabułą, bądź grywalnością.

Gry indie tworzą ludzie z pasją, a nie korporacje. To sprawia, że są one wyjątkowe. Twórcy nie boją się wykorzystywać w nich swojej ogromnej wyobraźni.

Gry indie często są swego rodzaju pionierami i przecierają nowe szlaki w Gamerskim świecie. To sprawia, że rozgrywka staje się bardziej emocjonująca i nieprzewidywalna, a co za tym idzie, również atrakcyjniejsza dla gracza.

Dzisiaj, gdy gry reklamuje się coraz intensywniej, a YouTube dostarcza nam informacji, a także gameplayów, zewsząd jesteśmy zasypywani znanymi tytułami. To sprawia, że szukamy czegoś innego, mniej oklepanego. Dlatego właśnie „indyki” zyskują na sile i coraz więcej osób po nie sięga.

 

Mi udało się przetestować wiele tytułów, a kilka z nich polecam szczególnie, ponieważ zrobiły na mnie spore wrażenie. Oto twórcy, którzy je wykonali: Monster Couch, Doji, Ende Games, Pigmentum Studio, Crimson Pine Games, Deusald Studio, Blue Sunset Games, Artifex Mundi oraz Fat Dog Games. Zachęcam do zajrzenia na ich profile!

 

 

Zajrzyjcie też na stronę Poznańskiej Gildii Graczy, bo robią oni świetną robotę i umożliwiają odkrywanie nowych, ciekawych gier!  

Nowości - Fantastyka naszym okiem

 

Po raz kolejny, na Pyrkonie, miałam możliwość wypróbowania kilkudziesięciu gier indie. Wiele z nich okazało się naprawdę ciekawymi i wartymi uwagi pozycjami.

 

Czym właściwie są gry indie?

 

Są to gry, dawniej komputerowe, dziś tworzone także na konsole czy VR, które tworzy jedna osoba, bądź niewielki zespół pasjonatów i zapalonych programistów. Twórcy ci nie są wspierani finansowo przez wydawców. Choć to ogranicza budżet gry, to daje ogromne pole do popisu w kwestii struktury, wyglądu czy treści gier. Często o takich tytułach dowiadujemy się podczas konwentów czy innych tego typu imprezach, które stanowią idealną okazję do promocji.

 

Co odróżnia gry indie od kasowych tytułów?

 

Główną różnicą jest możliwość nieograniczonego tworzenia, jaką mają autorzy „indyków”. Zespół, tworzący gry dla wydawnictw, jest zmuszony do działania według pewnych planów i norm. Musi robić gry, które będą się sprzedawać, a więc najczęściej w znanym i lubianym przez graczy schemacie.

 

Czy warto grać w gry indie?

 

Jak najbardziej! „Indyki” dają możliwość poznania innego świata gier i oderwania się od kasowych tytułów. Często, niezależni twórcy, robią pozycje na poziomie tych znanych, a niekiedy nawet przewyższające je fabułą, bądź grywalnością.

Gry indie tworzą ludzie z pasją, a nie korporacje. To sprawia, że są one wyjątkowe. Twórcy nie boją się wykorzystywać w nich swojej ogromnej wyobraźni.

Gry indie często są swego rodzaju pionierami i przecierają nowe szlaki w Gamerskim świecie. To sprawia, że rozgrywka staje się bardziej emocjonująca i nieprzewidywalna, a co za tym idzie, również atrakcyjniejsza dla gracza.

Dzisiaj, gdy gry reklamuje się coraz intensywniej, a YouTube dostarcza nam informacji, a także gameplayów, zewsząd jesteśmy zasypywani znanymi tytułami. To sprawia, że szukamy czegoś innego, mniej oklepanego. Dlatego właśnie „indyki” zyskują na sile i coraz więcej osób po nie sięga.

 

Mi udało się przetestować wiele tytułów, a kilka z nich polecam szczególnie, ponieważ zrobiły na mnie spore wrażenie. Oto twórcy, którzy je wykonali: Monster Couch, Doji, Ende Games, Pigmentum Studio, Crimson Pine Games, Deusald Studio, Blue Sunset Games, Artifex Mundi oraz Fat Dog Games. Zachęcam do zajrzenia na ich profile!

 

 

Zajrzyjcie też na stronę Poznańskiej Gildii Graczy, bo robią oni świetną robotę i umożliwiają odkrywanie nowych, ciekawych gier!  

WestworldSztuczna inteligencja – temat rzeka. Nad możliwością jej stworzenia ludzkość myśli od dawna, i choć rozważania te zaczęły najbardziej nabierać tempa w miarę rozwoju komputerów, nie oznacza to, że nie chodziły ludziom po głowach już wcześniej. Najlepszym tego przykładem niech będzie fakt, że tak powszechnie znane dziś określenie jak robot po raz pierwszy pojawiło się w dramacie R.U.R. (dzieło warte przeczytania, niestety, z nieznanych mi przyczyn, nie doczekało się polskiego wydania), napisanym przez czeskiego pisarza Karela Čapka w 1920 roku, czyli 16 lat przed tym, zanim Alan Turing wymyślił swoją maszynę Turinga, która stała się swego rodzaju pierwowzorem dla komputera.

Robot Čapka nie był jednak tym, co obecnie rozumiemy zwykle pod tym pojęciem, czyli maszyną zbudowaną z mechanicznych elementów, a organizmem żywym wytworzonym w laboratorium na podstawie wieloletnich badań nad innymi żywymi organizmami. W skrócie, historia dramatu przedstawia się następująco: naukowiec Rossum planuje stworzyć idealną kopię człowieka, po to żeby udowodnić, że nie ma boga, jednak „człowiek”, którego tworzy po latach badań, po kilku dniach umiera. Wtedy do akcji wkracza bratanek naukowca, który postanawia stworzyć maszyny pracujące – roboty, o mimimalnych potrzebach, wyposażone wyłącznie w elementy niezbędne do funkcjonowania. Te są wkrótce produkowane na masową skalę, doprowadzają do obfitości wszystkich dóbr i zastępują ludzi w każdej czynności. Tu jednak kończy się sielanka, bezproduktywni ludzie tracą możliwość rozmnażania się, pewien doktor wyposaża roboty w świadomość, a te uznają, że ludzie są bezużyteczni i należy ich eksterminować.

Widzimy więc, że czeski pisarz miał prawie 100 lat temu takie same obawy, jakie my mamy dzisiaj – że jeśli wyposażymy maszyny wydajniejsze od nas w świadomość, mogą one uznać nas za zbędny gatunek. „Człowiek – według Čapka – nie jest w stanie ani przewidzieć skutków swojej ingerencji w dzieło natury, ani też opanować jej rezultatów“. O ile jednak kilkadziesiąt lat temu były to rozważanie przede wszystkim dla twórców fantastyki naukowej (kolejny dobry przykład to Prawa robotów Asimova z 1942 roku), to dzisiaj tą kwestiąHotel obsługiwany przez maszyny zajmują się ludzie nauki i techniki. Wystarczy wymienić takie nazwiska jak Stephen Hawking, Elon Musk, czy Bill Gates żeby wiedzieć, że sprawa nie jest błaha. Ci dwaj pierwsi współuczestniczyli niedawno w tworzeniu 23 Zasad z Asimolar, które mają przygotować ludzkość na nadejście superinteligencji, czyli inteligencji znacznie przewyższającej najlepsze ludzkie umysły. Rodzi się pytanie, czy pojawienie się takowej jest faktycznie tylko kwestią czasu?

Wyścig w kierunku superinteligencji już się rozpoczął i uczestniczą w nim wszystkie czołowe światowe korporacje. Wiemy, że komputery potrafią już dziś przewyższyć nas w niektórych zadaniach logicznych, takich chociażby jak liczenie, gra w szachy czy Scrabble. Są w swych działaniach szybsze i dokładniejsze i w wielu czynnościach są w stanie nas zastąpić. Co rusz dochodzą do nas ze świata doniesienia o postępującej robotyzacji, w Japonii funkcjonuje już np. hotel obsługiwany przez maszyny. Wielu uważa, że świat, w którym większość pracy wykonują roboty, to kwestia kilkudziesięciu lat. Bill Gates np. jest zdania, że dla nas zostaną praktycznie tylko zawody wymagające ludzkiej empatii, a społeczeństwo powinno się utrzymywać m.in. dzięki opodatkowaniu pracy robotów. Innym, coraz częściej wymienianym, przyszłościowym źródłem utrzymania jest dochód gwarantowany, który dostawać miałby każdy. Wspomniany już wcześniej Musk uważa natomiast, że rozwiązaniem tego problemu jest cyborgizacja społeczeństwa, dzięki której mielibyśmy dotrzymać maszynom kroku.

Czy faktycznie za naszego życia doczekamy się świata, w którym nie trzeba pracować? Czy już za chwilę maszyny Transcendencjaprzegonią nas intelektualnie? Ciężko wyrokować, a jeszcze ciężej przewidywać, jak, jako ludzkość, zareagowalibyśmy na takie zmiany.


Nie wiem czy roboty kiedykolwiek osiągną naszą wszechstronność, ale nie muszą tego robić, by zastąpić nas w pracy. W końcu nie potrzebujemy, aby robot-taksówkarz potrafił też zrobić kanapkę. Na pocieszenie można powiedzieć, że już w erze rewolucji przemysłowej ludzie bali się, że zastąpią ich maszyny. Myślę też, że droga do superinteligencji jest jeszcze daleka, choć oczywiście mogę się mylić. W kwestii ewentualnych przeszkód możemy wiele dowiedzieć się z książki Kwintet w Cambridge, napisanej w wymyślonym przez autora gatunku – scientific fiction. To strawna popularnonaukowa pozycja, w której podczas wyimaginowanego spotkania w Cambridge w 1949 roku o wątpliwościach dotyczących myślącej maszyny rozmawiają ówczesne tuzy nauki.


Jedno jest pewne – jeśli superinteligencja się kiedyś narodzi, będzie to koniec świata, który znamy. Możliwe, że staniemy przed dylematami, przed którymi obecnie stają bohaterowie filmów i seriali: czy mamy moralne prawo wykorzystywać inteligentne maszyny zgodnie z własnym uznaniem? (Westworld, Humans) Czy możemy zaufać sztucznej inteligencji do złudzenia przypominającej człowieka? (Ex machina) Czy jesteśmy w stanie odgadnąć zamiary czegoś, co przewyższa nas inteligencją i czy ważniejszy jest postęp, czy niezależność? (Transcendencja

Szczególnie dwa ostatnie z wymienionych tytułów są według mnie warte uwagi. Mam nadzieję, że czeka nas jeszcze wiele lat oglądania ciekawych produkcji o tej tematyce, zanim sami będziemy musieli zmierzyć się z podobnymi problemami.

Każdy, kto choć raz obejrzał animację Tima Burtona, na pewno się ze mną zgodzi, że jego twórczość ma swój wyjątkowy klimat. Gnijąca panna młodaOd pierwszych sekund jesteśmy wciągani w świat Burtonowskiej wyobraźni, która odkrywa przed nami mroczne, posiadające charakterystyczny wygląd postacie. Jednak nie tylko one wyróżniają się w owych dziełach, również wątek każdej z historii jest specyficzny, gdyż zahacza w mniejszym bądź większym stopniu o śmierć. Nie wspominając  o ukazanym świecie, który to, przez cały czas, raczy nas awangardą. Większość filmów animowanych słynnego reżysera stworzona jest z myślą o dzieciach w wieku od 7, bądź też od 12 lat. Zastanawia mnie jednak czy taka twórczość, aby na pewno jest odpowiednia dla młodych ludzi? Żeby to sprawdzić postanowiłam jeszcze raz pochylić się nad trzema animacjami wprost ze scenariusza Tima Burtona, są nimi: „Gnijąca panna młoda” (2005 r.), „Frankenweenie” (2012 r.) oraz „Koralina i tajemnicze drzwi” (2009 r.).

Na początek zastanówmy się nad „Gnijącą panną młodą”. Jej świat osadzony jest w dwóch miejscach- krainie żywych i umarłych. Obie z nich charakteryzuje dość ponury klimat, jednak, co dziwne, to podziemie pełne ruchliwych trupów jest weselsze niż pozornie szczęśliwy świat tętniący życiem. Mieszkańcy górnego „piętra” prezentują się dość smutno, a ich otoczenie maluje się w szarych barwach. Już na samym początku wita nas niezwykła monotonia: człowiek zamiatający drogę w rytm cykania zegarów czy rybacy oporządzający ryby. Cała scenografia i ukazane postaci otoczone są brudem i przygnębieniem. Kraina umarłych przedstawiona jest w zupełnie przeciwny sposób- tętni kolorami, a zewsząd rozlegają się odgłosy zabawy. Zamieszkujące ją szkielety, zombie i inne indywidua są cały czas uśmiechnięte i „pełne życia”. Czy Burton nie posunął się za daleko igrając ze śmiercią w tak lekki sposób? Samo ukazanie sposobu umierania jest dość delikatne. Osoby odchodzące na świat „u dołu” zmieniają kolor skóry na niebieski pozostając w takim stanie jak za życia.

 A co z głównymi bohaterami, którzy jednak odgrywają dość istotną rolę w postrzeganiu całej animacji? Zarówno Victor, Victoria, jak i Emily charakteryzują się niezwykłą wrażliwością, której brakuje pozostałym osobistościom. Mimo dość istotnej rzeczy, która ich dzieli, mianowicie stanu życia w jakim się znajdują, potrafią odnaleźć wspólny język. Victor, będący niezwykle roztrzepanym i niezdarnym młodym mężczyzną, przez swoją nieuwagę oświadcza się nieżywej Emily, mimo iż kolejnego dnia miał brać ślub z przypisaną mu przez rodziców Victorią. Poplątana historia? Cóż, Burton nie lubi prostych rozwiązań. Skupmy się jednak na wyglądzie naszych bohaterów. Na początek Victoria, która wygląda najbardziej „ludzko”. Zamieszkuje ona świat żywych, więc nic dziwnego, że nie posiada cech nieboszczki. Zdaje się być bardziej energiczna niż pozostali bohaterowie żyjący w krainie „na górze”. Co do Victora, który stał się prowodyrem całego zamieszania, cechuje go niezwykle szczupła sylwetka, bladość i chorobliwie podkrążone oczy. Jest on idealnym łącznikiem między dwoma przedstawionymi światami. To on prowadzi nas do Emily- gnijącej panny młodej, która tuż przed swoim ślubem została zamordowana przez swojego narzeczonego. Już sam wątek może być przerażający, a dochodzi jeszcze nieco demoniczny wygląd dziewczyny. Jak większość umarłych ma ona niebieską skórę. Chodzi w podartej i brudnej sukni ślubnej, którą miała na sobie w dniu śmierci. Jedna z dziur odsłania jej bogate wnętrze, i to dosłownie, gdyż uwydatnia nagie żebra. Duże oczy dziewczyny są niezwykle ruchliwe, jedno z nich co jakiś czas wypada, a w głowie zamieszkuje sympatyczny lokator- czerw, który w historii staje się poniekąd żywym sumieniem naszej bohaterki. Mimo odstraszającego wyglądu po pewnym czasie budzi sympatię. Uważam jednak, że młodszych widzów postać Emily może przestraszyć. Choć sympatyczna, balansuje zbytnio na granicy życia i śmierci. Faktem jest, że owa granica w animacjach amerykańskiego reżysera praktycznie nie istnieje, co wyróżnia go pośród innych i nadaje mu niepowtarzalny styl. Czy mimo wszystko dzieci oglądające takie kino nie są za małe na abstrakcję, którą im się serwuje?

Sama historia ukazana w „Gnijącej pannie młodej” również może przestraszyć: tańczące trupy, dążący tylko do uzyskania majątku rodzice Victorii i odstraszający zabójca żon, nie są tematami prostymi. Jednak jak w każdej historii pojawia się morał, który jest godny zapamiętania. Według mnie najważniejszymi wnioskami, które możemy wyłuskać z animacji są: wiara w prawdziwą miłość, której nie da się pozbyć i której nie powinno się zwalczać i świadomość, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne jest również, by pamiętać, iż nie da się nikogo zmusić do uczucia, jeśli nas nim nie darzy.

Kolejną wartą poznania animacją jest „Frankenweenie”. Film osadzono w szarościach jak wcześniejsze dzieła Burtona. Jego akcja rozgrywa się w małym miasteczku, które samo w sobie nie jest przygnębiające, jak to miało miejsce w „Gnijącej pannie młodej”. PFrankenweenieoznajemy głównie mieszkające w nim dzieci, które łączy wspólna pasja do nauki i chęć wygrania jednego z konkursów, a także ogromna miłość do swych zwierząt. Pośród nich wyróżniają się szczególnie dwie postaci: Igor, który przypomina pomocnika dr Frankensteina oraz mała właścicielka kota o imieniu Pusiaczek posiadająca ogromne, wpatrzone w głąb człowieka oczy. Jest jeszcze nasz główny bohater- Victor Frankenstein. Myślę, że nawiązanie do nazwiska słynnego doktora z horrorów nie jest przypadkowe. Mały Victor jest dzieckiem zamkniętym w sobie, ma swój świat nauki i filmu oraz najlepszego przyjaciela- Korka. Mimo swej psiej natury Korek jest jego jedyną, poza rodzicami, bliską istotą. Niefortunne zdarzenie sprawia jednak, że psiak ginie, a nasz mały naukowiec, kierowany wiedzą wyniesioną ze szkoły, postanawia go ożywić, co mu się, o dziwo, udaje. Pech sprawia, że dowiadują się o tym inne dzieci, które budzą do świata żywych inne zwierzęta, nieświadomie tworząc z nich potwory. Już sama fabuła filmu balansująca, kolejny raz, na pograniczu życia i śmierci, nie do końca przeznaczona jest dla dzieci. Jednak reżyser postanowił posunąć się o krok dalej i dostarczyć nam mocnych wrażeń w postaci wykopywania zwierzęcych zwłok na cmentarzu, dość brutalnej śmierci pana Pusiaczka, który zamienił się w latającą bestię, a także wyskakującego zza ściany zmutowanego szczura. Tak oto bajka przeznaczona dla widzów od 7, bądź od 10 lat, staje się straszakiem, który potrafi zaskoczyć niejednego dorosłego. Film zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych dzieci i dla widzów o słabych nerwach. Klimat Burtonowski zdecydowanie został w nim utrzymany. Jak w każdej historii, tak i w tej  zawarty został morał, który mówi, że wszystko co robimy powinno mieć właściwe pobudki. Oglądając pierwszy raz „Frankenweeniego” myślałam, iż pozwoli on pogodzić się z odejściem bliskiej osoby i pokaże śmierć jako coś naturalnego, co musimy zaakceptować. Tu Burton poszedł jednak krok dalej i na koniec filmu ożywił Korka. Pewien morał uciekł z historii, lecz mamy w niej szczęśliwe zakończenie zdecydowanie lepsze dla młodszych widzów.

Jednak to wszystko było jedynie moją subiektywną opinią. Jestem świadoma tego, że odczucia dzieci po obejrzeniu owych filmów znacznie różnią się od moich, gdyż pierwszy z nich obejrzałam może cztery lata temu, więc byłam dużo starsza od docelowej grupy widzów. Postanowiłam więc zasięgnąć opinii najmłodszych i trochę przeszukać sieć w celu odkrycia wrażeń jakie zrodziły się w dzieciach po obejrzeniu animacji. „Frankenweenie”, który zaklasyfikowano jako film dla dzieci od 7, bądź 10 lat w zależności od źródła informacji, dorosłym fanom Tima Burtona przypadł do gustu, jednak dzieci wystraszyły się już samego zwiastunu. Choć animacja zdecydowanie jest warta obejrzenia, to jednak młodsi odbiorcy mogą mieć problem z wyłuskaniem jej przekazu. Wrażliwi na bodźce widzowie, przez atmosferę grozy i mroczne sceny, wystawiani są na próbę. Co dziwne, „Gnijąca panna młoda”, która widnieje jako film od 12 roku życia, zdaje się być delikatniej ukazaną historią niż „Frankenweenie”. Dlatego też protesty pod jej nazwą nie są tak zaognione.

 

Zgadzam się, że część z filmów Burtona przeznaczonych dla dzieci powinna mieć podniesiony wiek widza. Jednocześnie jestem zdania, iż animacje te są jak najbardziej warte obejrzenia, bo zawierają cenny morał, a sama historia ukazana jest w zupełnie odmienny sposób niż bajki Disney’owskie. Choć nie dla odbiorców o słabych nerwach, to jak najbardziej godne uwagi. Nawet nieco starsze dzieci nie powinny mieć problemu z formą owych filmów. Analiza Burtonowskich animacji daje nam jednak podstawy do twierdzenia, że nie każda bajka, nie każdy film animowany nadaje się dla dzieci. A może to tylko nasze dorosłe uprzedzenia nie pozwalają nam podać najmłodszym czegoś zupełnie innego niż wesołe, rozmowne zwierzęta i księżniczki? 


Legolas- Od dawna, w różnych kulturach, natykamy się na postaci zwane elfami. Pojawiają się w wielu filmach, książkach, bajkach dla dzieci. Każde z tych dzieł przedstawia je na swój sposób, jednak jest jedna cecha, która łączy wszystkie efly- spiczaste uszy. Zapytana o wyznaczniki ich wyglądu osoba na pewno wymieni uszy jako pierwszy bądź jeden z pierwszych. Rzecz komplikuje się nieco, gdy przychodzi nam zmierzyć się z ich charakterem. Tu dowolność jest ogromna. Jednak spróbuję sprawdzić czy elfy to bardziej dzielni wojownicy czy może uroczy pomocnicy. Porównam ze sobą: „Władcę Pierścieni” w wersji filmowej, serial „Czysta Krew”, film familijny „Elf” oraz „Romana Barbarzyńcę”- niestandardowy film animowany.

Kto z Was nie zaczął kojarzyć elfów z „Władcą Pierścieni” po jego hucznym pojawieniu się w kinach? Legolas podbijający serca swą niezwykłą odwagą i walecznością zdecydowanie pozwolił elfom zasłynąć w pozytywny sposób. Jako jeden z członków Drużyny Pierścienia wykazał się niespotykaną u tolkienowskich elfów tolerancją dla innych ras zamieszkujących owy świat. Ich odwieczny spór z krasnoludami nie przeszkodził mu w walce u boku Gimli’ego. Inaczej było z innymi elfami, które, zamknięte w sobie, żyły w niechęci do pozostałych ras. Dominowało w nich pragnienie ochrony swojego gatunku za wszelką cenę. Były przy tym niezwykle honorowe. Mimo że własne dobro było dla nich najważniejsze, respektowały obyczaje pozostałych ras.  Niechętnie wdawały się w relacje z innymi, co ułatwiał im zdecydowanie ich własny język jakim się posługiwali. Choć wydawać by się mogło, że Legolas jest tak odmienny od swych pobratymców, to jednak niewątpliwie łączył ich kunszt walki, w której posługiwali się łukami. Zwinność i gracja jaką prezentowały elfy, pozwalała nacieszyć nawet najbardziej wybredne oko.

Zupełnie inaczej wyglądają elfy w filmie familijnym „Elf”, w którym to ukazane są od strony pomocników św. Mikołaja. Jest to ich druga, najbardziej znana odsłona. Mimo iż cały film skupia się na człowieku, który myśli, że jest elfem, bo od małego był tak wychowywany, to jednak spróbuję skupić się na autentycznych postaciach pomocników Mikołaja. Są one uroczymi, niezwykle pracowitymi postaciami, które to przez cały rok dzielnie pomagają Świętemu przygotować się do tak wielkiego wydarzenia, jakim jest Boże Narodzenie. Praktycznie nie mają wad, ani słabości. Bo czyż tak idealne stworzenia mogą mieć wady? Chyba jedynym ich potknięciem, w całym filmie, było nie do końca miłe potraktowanie głównego bohatera, który swoim tempem pracy i zwinnością nieco odstawał od reszty. Jednak był to niewielki, niechlubny epizod, który został wybaczony elfikom. Również samym wyglądem znacznie odbiegają od postaci Tolkiena. Elfy z „Władcy Pierścieni” są wzrostu ludzi, są smukłe i posiadają atletyczne ciała, natomiast pomocnicy Mikołaja są niżsi od dorosłego człowieka, nie są tak smukli, co może być zasługą siedzącego trybu życia (całodzienne skręcanie zabawek i pakowanie prezentów ogranicza znacznie czas na ćwiczenia), a także braku walki, bo po co elfowi bożonarodzeniowemu umiejętność władania łukiem?

Kolejną odsłonę elfów ukazuje serial „Czysta Krew”. Istoty tam ukazane są pozornie rajskimi, żyjącymi w utopii postaciami, jednak skrywają swą demoniczną naturę. Co ciekawe, elfy w serialu są praktycznie tym samym co wróżki. Natykamy się na nie przez główną bohaterkę- Sookie, która jak się okazuje, również jest elfem. Trafia ona do krainy zamieszkanej przez przedstawicieli swojej rasy, która znajduje się w innym wymiarze. Spotkane tam istoty są piękne, żyjące w symbiozie z ludźmi, roztaczające wokół siebie aurę miłości i zrozumienia. Żyją w otoczeniu natury, kąpią się w jeziorze i jedzą dość niezwykły owoc podsuwany im przez rządzącą elfkę. Jak się okazuje, to on jest główną przyczyną postrzegania owego świata jako raju, gdyż nie jest niczym innym jak narkotykiem, mającym na celu omamić kosztujących go i sprawić, by czas w ich odczuciu znacząco zwolnił. Wracając jednak do elfów, są one obdarzone niezwykłymi mocami, takimi jak czytanie w myślach ludzi, zmiennokształtnych czy wilkołaków (wyjątek stanowią wampiry), a także umiejętność władania światłem, którym są w stanie ciskać w napastnika. Różnią się przez to zdecydowanie od elfów z „Władcy Pierścieni" czy pomocników św. Mikołaja. Nie można zapomnieć także o ich drugiej naturze ukazanej w „Czystej Krwi”. Elfy potrafią zmienić się w demony, z urodziwych istot przeobrażają się w brzydkie stwory. Tak dzieje się, gdy królowa, której są podwładni ukazuje swe prawdziwe, niezbyt dobre oblicze. Nie oznacza to jednak, że pod jej wpływem wszystkie elfy stają się tak samo złe. Kolejną ważną cechą, wyróżniającą je zdecydowanie spomiędzy innych przekazów o elfach, jest brak spiczastych uszu, tak charakterystycznych dla owej rasy. To może skłaniać do przypisania ich bardziej do kręgu wróżek niż elfów.

Postanowiłam sprawdzić również, choć nieco żartobliwie, jakie są elfy w filmie animowanym- „Roman Barbarzyńca”. Na wstępie chcę zauważyć, że niewybredne żarty i cięty humor ukazany w animacji, zdecydowanie wyklucza ją z kręgu nadających się dla młodszych widzów. Co też waży na samym odbiorze, jak również ukazaniu postaci elfa Lamerasa, gdyż nie ma on zupełnie nic wspólnego z sympatyczną postacią z familijnego „Elfa”. Jak więc jest przedstawiony? Z wyglądu niewiele różni się od tolkienowskich elfów, jest smukły, ma spiczaste uszy, włada łukiem. Za to charakterem odbiega zupełnie od dotąd omówionych postaci. Jest ogromnie zniewieściały, nieco strachliwy. Lameras posiada całą gamę erotycznych aluzji, którą zarzuca towarzyszy tej samej płci.Lameras- Zdecydowanie nie może być postawiony za przykład idealnego elfa i taki właśnie miał być zamiar twórców animacji.

Jak widać elfy mogą być tak różne jak różna jest wyobraźnia twórców dzieł, w jakich się pojawiają. Są cechy, które towarzyszą im prawie zawsze, m.in. charakterystyczne uszy czy umiejętność władania łukiem, jednak nawet one bywają pomijane bądź zmieniane. W związku z tym, ciężko jest jednoznacznie określić czy elfy są sympatycznymi istotkami czy dzielnymi wojami, ponieważ zależy to od sytuacji i charakteru dzieła w jakim są ukazywane. Jednak na dzień dzisiejszy są one chyba bardziej postrzegane jako walcząca, zwinna rasa, do czego w ogromnej mierze przyczynił się Tolkien. Również w naszej kulturze możemy spotkać się z elfami, co udowodnił nam Andrzej Sapkowski w „Wiedźminie”. Podsumowując, określenie charakteru elfów pozostawię Waszej własnej ocenie, w moim odczuciu będą jednak, mimo wszystko, trochę bardziej wojownikami niż pomocnikami Mikołaja.

   

 

Syriusz Black- piesMotyw zamiany w zwierzę przewija się w wielu filmach, książkach czy grach fantasy. Jest on ukazany na różne sposoby, zamiana może być bardziej czy mniej kontrolowana, pożądana bądź nie. Również przyczyny stania się osobą zdolną do zmiany kształtu mogą być rozmaite. Postanowiłam jednak pochylić się nad pytaniem, moim zdaniem, dość istotnym przy tym temacie, a mianowicie czy takie zmiany w zwierze są darem czy raczej przekleństwem? Tym razem na warsztat rzuciłam: serię książek „Animorphs” K. A. Applegate, „Harrego Pottera i więźnia Azkabanu” J. K. Rowling, „W niewoli zmysłów” Nalini Singh, a także serial „Czysta krew”.

Po książki z serii „Animorphs” sięgnęłam będąc jeszcze dzieckiem i już wtedy zainteresował mnie ukazany w nich temat morfowania. Bohaterowie powieści swoje niezwykłe moce zyskali od obcego, który przybył na Ziemię w celu ochrony jej przed wrogimi cywilizacjami. To historia dość odbiegająca od większości wyobrażeń o zmieniających się w zwierzęta, jednak na pewno wnosząca dużo świeżości do tej dziedziny. Główni bohaterowie to grupka młodych ludzi, którzy niejako wbrew sobie zostają obarczeni odpowiedzialnością za losy Ziemi. Zostają wciągnięci w kosmiczny spisek, a swoje nabyte zdolności muszą wykorzystać do obrony ludzi. W tym przypadku na pytanie, czy są one darem czy przekleństwem bohaterów, nie trudno odpowiedzieć, ponieważ kilka niewielkich korzyści, jakimi były np. posmakowanie lotu ptaka, czy doznanie siły tygrysa, nie przyćmi ogromnej odpowiedzialności rzuconej na tak młode osoby. Zamiana w zwierzęta była bardzo ryzykowna, wystarczyło zapomnieć się w obcym ciele i stawało się nim na zawsze. Co ze zwierzęcymi odczuciami? Dopóki było się ptakiem, koniem czy psem, były one całkiem przyjemne, lecz gdy sytuacja wymagała przeobrażenia się np. w jaszczurkę, uwięziony w owym ciele człowiek mógł nie zgadzać się na pożeranie much, na które jaszczurka z ogromną przyjemnością polowała. Dlaczego w takim razie nie mógł jej powstrzymać? Tutaj mamy kolejną wadę morfowania. Amator nie był w stanie od początku przemiany w pełni kontrolować swojej przeobrażonej postaci. Jego umysłem władała osoba i zwierzę, każde ze swoimi uczuciami, instynktami, lękami i przyzwyczajeniami. To tylko kilka argumentów, abstrahując oczywiście od głównej historii, w której bohaterowie narażeni są na śmierć w obronie ludzkości, świadczących o tym, że w serii „Animorphs” przemiana w zwierzę to zdecydowanie bardziej przekleństwo niż dar.

U J.K. Rowling z motywem zmiennokształtności stykamy się w trzeciej części, jaką jest „Harry Potter i Więzień Azkabanu”, gdzie poznajemy Syriusza Blacka. Jest on jednym ze zmiennokształtnych, tak jak i Glizdogon, czy zmarły James Potter. Grupka bohaterów, już za czasów szkolnych posiadła umiejętność przeobrażania się w zwierzęta. W przeciwieństwie do Animorphsów nie otrzymali od nikogo owej zdolności, lecz sami się jej nauczyli. Samo to, że musieli się jej nauczyć, świadczy o tym, że nie mogła być to niechciana umiejętność. Zdecydowanym jej plusem była możliwość zamiany w zwierzę na bardzo długi czas, bez praktycznie żadnych konsekwencji, tu idealnym przykładem jest Glizdogon żyjący w ciele szczura kilkanaście lat. Animagowie, bo tak nazywano czarodziejów potrafiących przybierać inne formy, zmieniali się przeważnie w jedno, wybrane przez siebie zwierzę. Ich wybór był w pełni świadomy, decydowali się na postać, której rzeczywiście potrzebowali, która mogła przynieść im jakieś korzyści. Bo któż będzie zwracał uwagę na animaga w postaci psa, który w ten sposób może chronić swoją rodzinę? A kto ośmieli się podejrzewać przyjaciela rodziny, jakim jest szczur, o posiadanie ludzkiego ciała i przybranie postaci zwierzęAnimorphscia tylko po to, by móc uciec przed zemstą? Raczej niewielu. To dowodzi, że zmiennokształtność, w tym przypadku, jest darem, choć ciężko mówić tu o darze, ponieważ umiejętność ta jest całkowicie wyuczona.

Nalini Singh zabiera nas w podróż do świata przyszłości, w której zmiennokształtni żyją na równi z Psi (rasa nadludzi wyszkolona niczym maszyny do wykonywania powierzonych celów). Sama powieść „W niewoli zmysłów” nie należy do literatury, którą mogłabym polecić fanom fantastyki, gdyż jej tematyka bliższa jest romansowi. Skupmy się jednak na samych zmiennokształtnych, których cechuje niezwykła żywiołowość. Zwierzęta, w które się zmieniają nie opuszczają ich nawet w ludzkiej postaci, są jakby ich wewnętrznym głosem. Często kierują nimi w sytuacjach pełnych emocji, zważając na tematykę książki, widać to szczególnie, gdy zmienni są podekscytowani płcią przeciwną. Umiejętność przemiany nie jest niczym wyuczonym, gdyż obdarzone nią osoby po prostu się takimi rodzą. Przez „siedzące w nich” zwierzęta są bardziej wrażliwe na bodźce, emocje, są także bardziej rodzinne i czułe. W tym przypadku nie bardzo mogę przytoczyć jakiekolwiek wady bycia zmiennokształtnym, więc zdecydowanie jest to dar.

Obraz zmieniających postaci w serialu „Czysta krew” przywołam jako ostatni, ponieważ tu sytuacja nieco się komplikuje. Osoby zdolne do wcielania się w inne postaci mogą przybrać kształt dowolnego zwierzęcia, które widziały. Teoretycznie, umiejętność zmiany jest niezwykłym przeżyciem, pozwala wyzwolić pokłady energii, daje poczucie wolności, umożliwia zapomnienie o negatywnych przeżyciach. Wydawać by się mogło, że nie ma w tym nic złego. To nie do końca prawda. Zmiennokształtność, gdy nie jest poznana przez osobę nią obdarzoną może stać się prawdziwym problemem i przyczyną niezrozumienia otoczenia i własnej osoby, jak to się stało z Samem Merlotte’em, który poznał siebie będąc nastolatkiem nie mającym oparcia w bliskich. Kolejnym ryzykiem jakie niesie ze sobą zamiana w zwierzę jest możliwość wykorzystania tego przez inne osoby dla własnych celów, o czym przekonał się Tommy, będący źródłem zysków dla swoich rodziców wysyłających go na walki psów. Jak widać życie zmiennych nie było tak proste. Dochodzi tu również aspekt przybrania ciała innego człowieka, jednak możliwy był on jedynie w przypadku morderstwa drugiej osoby. Wiązał się on z ogromnym bólem osoby, która się zmieniała i nie był do końca kontrolowany. Wydaje mi się, że w tej sytuacji zmiennokształtność ciężko określić jako dar czy przekleństwo.

 

Podsumowując, jak widać ile książek, filmów czy seriali, tyle opisów zmian w zwierzęta. W wielu sytuacjach charakter tej umiejętności jest z góry bardziej czy mniej dobry dla osoby nią obdarzonej, jednak zdarzają się i takie, gdy ma ona tyle samo wad, ile zalet. Właśnie z tego powodu ciężko mi jednoznacznie określić czy zmiennokształtność jest darem czy przekleństwem. Pozostawiam to więc do samodzielnej oceny każdego z Was.

               

magia

Przejawia się w kulturze od początków ludzkości, powstawała w różnych miejscach oraz ma wiele znaczeń i odmian, co sprawia, że jest nieprzeciętnie skomplikowana. Magia – co sprawiło, że ludzie stworzyli to pojęcie? Żeby je zrozumieć, należałoby starannie przestudiować wierzenia naszych przodków. Nietrudno jest się domyślić, że był to sposób na opisanie rzeczy niezwykłych i niezrozumiałych, z jakimi umysł człowieka w ciemnych latach nie mógł sobie poradzić. Były to zarówno siły natury jak również zjawiska nienaturalne, a raczej osobliwe przypadki, które w tamtych czasach wywoływały strach, nieobcy również nam jako lęk przed nieznanym. W takich okolicznościach był tylko jeden sposób, żeby ograniczyć grozę jaką ze sobą niosły. Nie mając zaplecza wiedzy, ludzie zaczęli wyjaśniać te niepojęte zjawiska za pomocą wyobraźni. Wiara w te wyobrażenia zapoczątkowała istnienie bóstw oraz magii czyli prób zapanowania nad nieznanym. Można by powiedzieć, że były to działania przeciwstawne do nauki. Ta sama wyobraźnia, która dziś pomaga nam zrozumieć działanie przeróżnych skomplikowanych mechanizmów, sprawiła, że utworzyliśmy zupełnie inną gałąź. Aktualnie potrafimy już wytłumaczyć co się dzieje wokół nas na tyle, że nie wierzymy w czary jako sposób oddziaływania na rzeczywistość. Oczywiście trwają badania nad umysłem człowieka, który lepiej wykorzystany mógłby obdarzyć nas wręcz magicznymi zdolnościami, jednak w chwili obecnej element wyobraźni jakim jest magia, ma charakter rozrywkowy i jest podwaliną światów fantastycznych. Ta długa droga, od straszliwych zabobonów i praktyk, do przyjemności jaką daje czas wolny spędzony na zabawie z fantastyką, mogłaby być tematem długiego wywodu naukowego. Z pewnością jeszcze będziemy do tego wracać, jednak tym razem spróbujmy znaleźć odpowiedź na pytanie: jak postrzegamy magię w dziełach fantastycznych, jest dobra czy zła?

Wiemy już, że wiara w czary powstała w wyniku strachu, co negatywnie odbija się na jej wizerunku. Zobaczmy jak przedstawiane są w kilku utworach literackich dzisiejszych czasów. Wszyscy znamy podział na białą i czarną magię. Biała jest dobra, a czarna jest zła. Proste nie? Otóż nie do końca. Na początek weźmy pod lupę mało skomplikowany przykład, czyli „Harrego Pottera” J. K. Rowling. Cała saga niewiele nam mówi oAvada Kedavra samej magii, chociaż akcja rozgrywa się w najwspanialszej szkole z tej dziedziny – Hogwarcie. Poznajemy sporo zaklęć oraz ich działanie, najważniejszy jest jednak wątek przygód naszego głównego bohatera. Mamy tu do czynienia ze standardowym schematem o którym już wspomniałem. Młodzi czarodzieje od swoich profesorów uczą się wykorzystywać dobre czary, oraz bronić przed tymi złymi, które reprezentują Voldemort i jego Śmierciożercy. Autorka daje nam jasną wskazówkę jak powinniśmy to odbierać. Przede wszystkim dobrzy magowie nie wykorzystują zaklęć niewybaczalnych, czyli uśmiercania, torturowania i przejmowania kontroli nad umysłem. Z pewnością ich skutek jest bezlitosny, lecz co kiedy stoimy przed wyborem – zostać zmasakrowanym wraz z ukochanymi osobami czy zabić Czarnego Pana i położyć kres śmierci i cierpieniom wielu ludzi? Możemy szukać lepszego rozwiązania, nie zawsze jednak jest nam dane znaleźć je na czas. Ostatecznie jest to jednak morderstwo. Jak wygląda sytuacja od drugiej strony? Czy użycie dobrego czaru uleczenia na Voldemorcie byłoby dobre? Jeśli ktoś to uczyni widząc go konającego, przyczyni się jednocześnie do dalszej wojny, w której ucierpią niewinni. Patrząc szerzej nawet tak neutralna i niewinna magia jak otwieranie zamków może przynieść różne skutki.

Zastanówmy się teraz nad nieco bardziej kontrowersyjnym rodzajem energii duchowej. Są ludzie, którzy poważnie obawiają się apokalipsy zombie. Nie chcę wcale zagłębiać się w ten temat, jednak wiążą się z tym strach i obrzydzenie jakie towarzyszą  również mocy ożywiania zwłok, czyli nekromancji. Chyba nie można powiedzieć o niezombiej nic dobrego. Jest wysoce nieetyczna o ile ożywionemu pozostanie świadomość, jeśli nie, to wciąż pozostaje odrażająca. W serii „Xanth” Piersa Anthony'ego widzimy to nieco inaczej. Armia umarlaków pod wodzą maga usiłuje uratować świat ludzi i dobrych stworzeń przed sprzymierzonymi siłami podstępnych potworów. Zombie walczą w dobrej sprawie, więc ich wizerunek jest zupełnie inny. Należy podkreślić, że w tym utworze nieżywym pozostaje cząstka świadomości i muszą pozostać w tym stanie już na wieki. Raczej nie znam ludzi, którzy pragnęliby takiego losu. Sam mag postanawia jednak po śmierci zostać zombie, gdyż wie, że istnieje sposób na całkowity powrót do świata żywych. W tej sytuacji nekromancja staje się magią życia i pomaga czarodziejowi odzyskać utraconą miłość. Jak widzimy granica między dobrem, a złem zaciera się również w tym przypadku. Każdy ma swoje zdanie na ten temat. Z jednej strony twierdzimy, że cel nie uświęca środków, z drugiej strony większość z nas byłaby zdecydowana zabić w obronie własnej i swoich bliskich, więc zostawiam ten temat do indywidualnej oceny.

Na koniec przedstawię sprawę w świetle cyklu „Miecz Prawdy” Terry'ego Goodkinda. W utworze magia podzielona jest na addytywną, czyli taką, która tworzy i rozbudowuje coś co już istnieje oraz subtraktywną, która jest przeciwieństwem tej pierwszej. Ten schemat nie wpasowuje się nijak w strukturę bieli i czerni. Magia w tym przypadku jest zdolna niemal do wszystkiego i tylko od maga zależy, czy będzie ona dobra, czy zła. Jest postrzegana jako narzędzie, tak jak młotek, którym możemy zbudować schronienie, albo kogoś uderzyć. Wszystko więc zależy od czarodzieja, który nią włada. Może on pomagać lub krzywdzić, bronić lub zabijać ludzi. Sam znajduje jej zastosowanie, tak więc to mag jest dobry lub zły. Ludzie zamieszkmagia jako narzędzieujący ten fantastyczny świat dzielą się na takich, którzy nie chcą mieć z magią nic wspólnego i dążą do jej zniszczenia oraz takich, którzy nie wyobrażają sobie bez niej życia. Zarówno pierwsi jak i drudzy mają mocne argumenty. Przed laty potężny czarnoksiężnik doprowadził do śmierci wielu niewinnych istot. Doprowadziło to do oddzielenia krainy, w której wszyscy mogli żyć bez magii. Z drugiej strony wiele dobrych stworzeń, które naturalnie miało w sobie magiczny dar, poczuło się zagrożone przez fanatyków.

Niełatwo jest jednoznacznie stwierdzić, który model jest prawidłowy. Czy magia jest dwubiegunowa i dąży do harmonii niczym yin yang, może jest neutralna i niektóre z jej działów są dobre lub złe? Do mnie chyba najbardziej przemawia opis magii, jako narzędzia w ręku istoty, której czyny mają znaczący wpływ na jej charakter. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
wtorek, wrzesień 26, 2017