banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

szukajka

ADSENSE

Legendy polskie

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Postanowiłem dzisiaj napisać o czymś, o czym większość z Was już pewnie słyszała, niemniej jednak jest to temat dla fanów szeroko pojętej fantastyki wyjątkowo ciekawy, ponieważ dotyczy dwóch odrębnych zwykle gatunków: fantasy i fantastyki naukowej. Mowa o Legendach Polskich wypuszczanych do sieci przez najpopularniejszy polski serwis aukcyjny - Allegro.

Pierwszy film z serii – Smok miał premierę na Youtube 30 listopada 2015. Kilka dni wcześniej natomiast mieliśmy okazję zapoznać się ze zwiastunem. Przyznam szczerze, że nie od razu kupił mnie ten pomysł i nie bardzo załapałem początkowo o co w tym wszystkim chodzi. No, bo niby mamy Kraków, Kościół Mariacki, w tytule jest smok, a tu zamiast smoka widzimy jakąś wojskową maszynę latającą i przykrego pana, który wygląda jak jeden z naczelnych czarnych charakterów przełomu lat 80. i 90. - Dolph Lundgren. Przechodząc już do samego filmu, stanowi on połączenie starego z nowym. Osią fabuły jest dobrze znana historia smoka wawelskiego opowiedziana w całkowicie nowoczesny sposób, co oznacza tyle, że uświadczymy w filmie m.in. psa-robota, androida i inne wynalazki przyszłości. Historia ma wartkie tempo, jak w rasowym filmie akcji, animacje stoją na wysokim poziomie, a całość okraszona jest lekką dozą humoru i wątkiem romantycznym. 

 

 

Na drugi ogień, po krótkim odstępie czasu (15 grudnia), poszła legenda o Panu Twardowskim. Film od razu zaczyna się mocnym akcentem – przejażdżka po powierzchni Księżyca w rytm piosenki Wszystko chuj wywołuje niesamowite wrażenie, chyba ze względu na tak frywolne połączenie niedostępnego dla większości kosmosu ze swojskim wulgaryzmem. O ile Smok mi się podobał, tak Twardowsky wbił mnie w fotel. Świetne role Roberta Więckiewicza i Aleksandry Kasprzyk, niesamowite animacje, dobra dawka humoru i znane polskie przeboje sprawiają, że największą wadą filmu jest to, że jest tak krótki.

 

 

Ku uciesze mojej i innych fanów produkcji, poznaliśmy także dalszą część historii Twardowskiego, na którą jednak musieliśmy poczekać do września niedawno zakończonego roku. Tym razem jednak zamiast 9 minut, dostaliśmy aż 20 (18 nie licząc napisów, po których mamy jeszcze krótką scenę), ze wszystkimi elementami, które tak dobrze sprawdziły się poprzednim razem. Dodatkowo twórcy zaserwowali nam niezły zwrot akcji, a po drodze przedstawili nam trochę swoje uniwersum i  głównego antagonistę - Borutę. Owocem filmu była również nowa wersja piosenki Aleja Gwiazd za którą stoi jeden z najbardziej znanych polskich producentów Matheo i piosenkarka Anna Karwan. Możemy ją usłyszeć w napisach końcowych, po kilku dniach od filmu został również opublikowany teledysk do niej, który przedstawia historię Lucynki granej przez Kasprzyk.

 

 

 

Kolejny film – Operacja Bazyliszek pojawił się w listopadzie. Tym razem w rolach głównych dobrze znani Paweł Domagała i Olaf Lubaszenko. Ich postacie wzbudzają sympatię swoją prostolinijnością podczas rozmowy na typowym męskim wypadzie na ryby, suto zakrapianym alkoholem.Poza tym scenariusz przypomina trochę ten ze Smoka, jest wątek miłosny, potwór do pokonania i postać pomysłowego i odważnego Polaka, która zresztą jest chyba głównym elementem łączącym filmy. Miło, kiedy twórcy filmowi dla odmiany chcą żebyśmy, jako naród, byli z siebie dumni. Różnicę stanowi tutaj potwór – bazyliszek jest całkiem prawdziwy. Tradycyjnie już na wysokim poziomie animacja, humor, dialogi... nie za bardzo jest się czego przyczepić. Ah, zapomniałbym o muzyce... tu również standardowo dobrze, Matheo tym razem połączył siły z Andrzejem Donarskim w odświeżonej wersji Mój jest ten kawałek podłogi, co zaowocowało kolejnym teledyskiem, w którym możemy poznać historię postaci Eugeniusza granego przez Lubaszenkę.

 

 

 

Póki co, ostatni film z serii to grudniowa Jaga, nawiązująca do historii Baby Jagi. Choć w tej wersji to bynajmniej nie stara, zmarszczona i ohydna czarownica, ale ktoś w rodzaju młodej i pięknej bogini przyrody. Scenę, w której niczym w Matrixie w spowolnionym tempie nokautuje przeciwników, ciężko mi ująć innym słowami niż „wow, niesamowite”. Choć nie zabrakło elementów humorystycznych, tym razem twórcy uderzyli w poważniejsze tony. Dali nam też wyraźne wskazówki, że w następnej części powinna pojawić się postać Peruna, która jest zagrożeniem dla Boruty. Ogólnie powinno dziać się sporo, obyśmy na kolejne legendy nie musieli znów czekać do września. Choć, nawet jeśli, to już i tak mamy sporo. Jaga również doczekała się teledysku i to mrożącego krew w żyłach.

 

 

 

W aspekcie marketingowym, Legendy Polskie to świetny przykład budowania marki poprzez opowiadanie historii - storytelling. Natomiast dla zwykłego widza jest to przede wszystkim rozrywka na najwyższym poziomie. Pod każdym filmem odnajdziemy prośby o stworzenie filmu pełnometrażowego i nie ma się co dziwić, twórcy znaleźli idealną receptę na połączenie tradycji z nowoczesnością, dodając do tego szczyptę przaśnego polskiego humoru, a wszystko to zostało "ugotowane" przez czołowe nazwiska polskiej kinematografii. Gdyby pełnoprawny film powstał i choć zbliżył się poziomem do krótkich filmów dotąd stworzonych, byłby produkcją przyćmiewającą większość obrazów powstałych w ciągu całej historii rodzimego kina. Pomijając już świetną fabułę, grę aktorską, dialogi, muzykę i całą resztę, poziom animacji komputerowych i efektów jest czymś, czego w filmach nad Wisłą nigdy nie uświadczyliśmy, dość wspomnieć z jakimi przeciwnikami mierzył się Żebrowski - Geralt w filmie z 2001 roku, o którym zdecydowana większość fanów Wiedźmina wolałaby zapomnieć. A propos, scenarzystą Legend Polskich jest dobrze znany twórca animacji Tomasz Bagiński. Wielu powinno ucieszyć, że jest on w trakcie produkcji... Wiedźmina właśnie.

Osobiście odnoszę wrażenie, że w tych krótkich filmach mamy wszystko to, czego moglibyśmy oczekiwać od filmu o polskim pogromcy potworów, w końcu więc mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Oczywiście pojawiają się też wątpliwości. Wiedźmin ma zostać zrealizowany z pomocą amerykańskiej wytwórni Sean Daniel Company, odpowiedzialnej za raczej średnio oceniane filmy, jak trzecia część Mumii czy Ben-Hurz 2016 roku. W dodatku do napisania scenariusza została wybrana amerykanka Thania St. John,która do tej pory pisała scenariusza głównie do niespecjalnie ambitnych seriali młodzieżowych, takich jak Buffy: Postrach wampirów czy Roswell: W kręgu tajemnic. Rodzą się obawy, czy film będzie miał odpowiedni klimat, czy nasza chluba narodowa nie zostanie zamerykanizowana i odarta ze swej słowiańskości i wyjątkowego charakteru. Miejmy nadzieję, że pan Bagiński przypilnuje żeby tak się nie stało. Zdarzają się przecież czasem takie przypadki jak Peter Jackson – człowiek, który po kiepskich filmach stworzył jedną z najlepszych trylogii w historii kina. Różnica jest chyba jednak taka, że, jeśli dobrze pamiętam, Jackson był wielkim fanem twórczości Tolkiena, a panią John nie podejrzewam o bycie fanką Sapkowskiego.

Chyba jednak największym problemem tej produkcji jest fakt, że pierwsze informacje o niej pojawiły się już w 2015 roku, data premiery nadal jest ustalona na rok obecny, a tymczasem nie mamy żadnych nowych doniesień, nie wiadomo więc, czy Wiedźmin nie umrze na etapie produkcji. W każdym razie życzę sobie i Wam, żebyśmy dostali świetny film o Wiedźminie i jak najwięcej kolejnych Legend Polskich, a może nawet jakiś pełnometrażowy film? :>

Nowości - Fantastyka naszym okiem

Jak zapewne wiecie, Ziemia w 70 % składa się z wody. Otaczają nas morza i oceany, z których zaledwie 5 % zostało zbadane. To oznacza, że w głębinach mogą kryć się stworzenia o jakich nam się nie śniło. Powstało wiele legend i teorii na temat Nessie zamieszkującego szkockie jezioro, ogromnego Krakena, czy też Lewiatana. Jednak o nich wiemy już dość dużo. O wielu innych istotach nie mamy pojęcia lub nasza wiedza jest niewielka. Postanowiłam wybrać spośród wodnych stworów dziesięć mniej znanych i bliżej je przedstawić.


Kelpie

      Kelpie- to, pochodzący z wierzeń Celtów, wodny koń pojawiający się w rzekach i jeziorach . Jak głoszą podania, przybiera on formę łagodnego konia, który diametralnie zmienia swój charakter, gdy ktoś go dosiądzie. Porywa on jeźdźca i topi w głębinach zbiornika wodnego. Zdarzają się też przyjazne odmiany, które ostrzegają przed nadchodzącymi burzami. Kelpie, w wierzeniach szkockich, przedstawiany jest też jako człowiek o niebieskiej skórze, który wznieca sztormy, straszy konie i krzyżuje szlaki żeglarzom.

 Umibozu

Umibōzu- stwór z japońskich legend, który, w zależności od przekazu, ma ciało dobrze znanego żółwiaka chińskiego lub czarnego, wielkiego potwora. W pierwszej postaci jest niegroźny, a wręcz bojaźliwy. Jako olbrzym wyrządza zaś duże szkody, m.in. przewraca statki, gdy tylko ktoś na niego spojrzy lub wypowie jego imię. Czasem Umibōzu rzuca się na ludzi i pokrywa ich czarną mazią lub porywa dzieci i topi je w głębinach.

 Nahuelito

Nahuelito- to potwór z Patagońskiego jeziora, który zadziwiająco przypomina Nessie. Ukazywany jest jako wielki wąż lub żyjący miliardy lat temu Plezjozaur. Pierwsze doniesienia o tym stworzeniu pochodzą z lat 20-tych dwudziestego wieku. Z czasem zaczęło pojawiać się coraz więcej zdjęć , na których rzekomo można zauważyć stwora. Nie wiadomo jednak, czy jak w przypadku potwora z Loch Ness, dowody te nie są zwykłą ściemą.

 Makara

Makara- jest to stworzenie z paszczą krokodyla i ogonem ryby lub też pół słoń- pół ryba, wywodzący się z mitologii indyjskiej. Często symbolizuje hinduskie bóstwa wodne. Jak głoszą podania, może mieć od dwóch do czterech łap.

 Ninki Nanka

Ninki Nanka- to stwór wprost z zachodniej Afryki. Według podań ma on postać gada z długim ciałem, najprawdopodobniej przypominającego smoka. Do tego jest bardzo niebezpieczny i porywa niegrzeczne dzieci.  Historie o nim nie zostały nigdzie zapisane, lecz do dziś przekazywane są w tradycji ustnej między ludnością zachodnioafrykańską.

 Mussie

Mussie- kolejny potwór z jeziora, tym razem kanadyjskiego. Według opisów może on pochodzić od morsa lub jakiejś ryby. Jeszcze inne źródła mówią o jego podobieństwie do znanego już Nessie, z niewielką różnicą w postaci trzeciego oka i ostrzejszych zębów. Jak twierdzą niektórzy, może być to pojedynczy przedstawiciel starego gatunku, który jakimś cudem przetrwał wiele lat. Wzmianki o nim pojawiły się już w 1916 roku w opowiadanych anegdotkach.

 Ningen

Ningen- jest to stwór badany przez japońskich kryptozoologów. Według doniesień przypomina połączenie człowieka z wielorybem. Jest biały i długi na 20-30 metrów. Obserwowany był w okolicach Antarktydy. Podejrzewa się, że Ningen może być  humanoidem, który przenosząc się z lądu do wody, przystosował się do życia w niej. Może coś w tym jest, skoro nawet rząd japoński postanowił zająć się tą sprawą.

 Bunyip

Bunyip- stworzenie to wywodzi się z wierzeń australijskich Aborygenów i zazwyczaj ukazywane jest w postaci zwierzęcia z ogonem konia oraz płetwami i zębami morsa. Jak głoszą legendy, Bunyipy zamieszkują rzeki i bagna, przeraźliwie wyją i... żywią się głównie kobietami. Kreatury te przewijają się w relacjach podróżników już od XIX wieku. Mimo wielu doniesień, naukowcy próbują racjonalnie wytłumaczyć owe sygnały i tak oto przypisują je różnym rybom, gadom, a nawet ludzkiej psychice.

 Mamlambo

Mamlambo- jest to dość dziwne stworzenie z południowoafrykańskich wierzeń. Jak podają źródła, ma ono mieć rzekomo 20 metrów długości, ciało ryby, głowę konia, szyję węża i krótkie nóżki. Jakby absurdalnego wyglądu było mało, w nocy świeci na zielono. Dodatkowo zjada ludzkie twarze i wysysa mózgi. Czyżby był wodnym zombie?

 Pinatubo

Pinatubo- doniesienia o nim pochodzą z Filipin, gdzie to widywany jest przez lud Aeta. Potwór ma podobno ogromne rozmiary i przypomina mieszankę rekina z sumem. Przez coraz to nowsze wzmianki o nim, panika wśród ludności narosła do tego stopnia, że zbadanie sprawy zlecono specjalnej ekipie.

 

Jak widać, legend i relacji o morskich stworach jest bardzo dużo. Spora część z nich jest zapewne wynikiem bujnej wyobraźni lub chwytem marketingowym mającym ściągnąć turystów, lecz w każdej opowieści jest ziarnko prawdy. Kto wie, może rzeczywiście zamieszkują one wody Ziemi. A może w głębinach kryją się jeszcze dziwniejsze potwory, których nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić?

 

Po raz kolejny, na Pyrkonie, miałam możliwość wypróbowania kilkudziesięciu gier indie. Wiele z nich okazało się naprawdę ciekawymi i wartymi uwagi pozycjami.

 

Czym właściwie są gry indie?

 

Są to gry, dawniej komputerowe, dziś tworzone także na konsole czy VR, które tworzy jedna osoba, bądź niewielki zespół pasjonatów i zapalonych programistów. Twórcy ci nie są wspierani finansowo przez wydawców. Choć to ogranicza budżet gry, to daje ogromne pole do popisu w kwestii struktury, wyglądu czy treści gier. Często o takich tytułach dowiadujemy się podczas konwentów czy innych tego typu imprezach, które stanowią idealną okazję do promocji.

 

Co odróżnia gry indie od kasowych tytułów?

 

Główną różnicą jest możliwość nieograniczonego tworzenia, jaką mają autorzy „indyków”. Zespół, tworzący gry dla wydawnictw, jest zmuszony do działania według pewnych planów i norm. Musi robić gry, które będą się sprzedawać, a więc najczęściej w znanym i lubianym przez graczy schemacie.

 

Czy warto grać w gry indie?

 

Jak najbardziej! „Indyki” dają możliwość poznania innego świata gier i oderwania się od kasowych tytułów. Często, niezależni twórcy, robią pozycje na poziomie tych znanych, a niekiedy nawet przewyższające je fabułą, bądź grywalnością.

Gry indie tworzą ludzie z pasją, a nie korporacje. To sprawia, że są one wyjątkowe. Twórcy nie boją się wykorzystywać w nich swojej ogromnej wyobraźni.

Gry indie często są swego rodzaju pionierami i przecierają nowe szlaki w Gamerskim świecie. To sprawia, że rozgrywka staje się bardziej emocjonująca i nieprzewidywalna, a co za tym idzie, również atrakcyjniejsza dla gracza.

Dzisiaj, gdy gry reklamuje się coraz intensywniej, a YouTube dostarcza nam informacji, a także gameplayów, zewsząd jesteśmy zasypywani znanymi tytułami. To sprawia, że szukamy czegoś innego, mniej oklepanego. Dlatego właśnie „indyki” zyskują na sile i coraz więcej osób po nie sięga.

 

Mi udało się przetestować wiele tytułów, a kilka z nich polecam szczególnie, ponieważ zrobiły na mnie spore wrażenie. Oto twórcy, którzy je wykonali: Monster Couch, Doji, Ende Games, Pigmentum Studio, Crimson Pine Games, Deusald Studio, Blue Sunset Games, Artifex Mundi oraz Fat Dog Games. Zachęcam do zajrzenia na ich profile!

 

 

Zajrzyjcie też na stronę Poznańskiej Gildii Graczy, bo robią oni świetną robotę i umożliwiają odkrywanie nowych, ciekawych gier!  

 

Catwoman

„Chciałem powiedzieć- wyjaśnił z goryczą Ipslore- że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.

Śmierć zastanowił się przez chwilę.

KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.”

Terry Pratchett- „Czarodzicielstwo”

 

 

  

 

Koty, w przeciwieństwie do innych zwierząt, od dawna cieszyły się sporą popularnością. Ich postaci czczono już w starożytnym Egipcie, gdzie niezwykle silny stał się kult bogini Bastet. Jak wierzono, była ona córką samego boga Słońca- Ra. Składano jej hołdy nie tylko z tego powodu, Bastet pełniła rolę opiekunki kobiet, dbała o płodność, miłość, życie erotyczne w związkach. W starożytności koty darzono ogromnym szacunkiem, chroniono od wszelkiej krzywdy, a po śmierci balsamowano. Za nawet przypadkowe zabicie tego zwierzęcia, winowajcę karano niezwykle surowo, wedle powiedzenia „oko za oko, ząb za ząb”.

Los kotów zupełnie odwrócił się w średniowieczu, gdy to zaczęto postrzegać je jako stworzenia diabelskie. Utożsamiane były z czarownicami. Tępiono je z równą siłą, co parających się magią, dopuszczając się wielu bestialskich praktyk.

  

ConstantineWspółcześnie, w fantastyce, kotom również przypisuje się niezwykłe zdolności. Sądzi się, że jako jedyne potrafią oszukać śmierć, gdyż mają siedem żyć, a także są dobrymi łącznikami między światami.

Wyjątkowe cechy tych zwierząt zauważyć można w filmie „Catwoman”. Wierzenia egipskie odgrywają w nim bardzo ważną rolę. Główna bohaterka otrzymuje dar drugiego życia od, blisko związanej z boginią Bastet, kotki.  Wraz z nim, zyskuje ona prawdziwie mruczkowe umiejętności, takie jak chociażby widzenie w ciemności.

Pozostając przy filmach, idealnym przykładem nadprzyrodzonych kocich mocy jest „Constantine”. Tytułowy bohater używa pupila kobiety, której pomaga rozwikłać niecodzienną zagadkę, by móc z łatwością przedostać się do piekła. Choć brzmi to dziwnie, to podobno koty, na równi z wodą, stanowią swoisty portal między światami. Zabójca demonów z chęcią wykorzystywał to podczas swoich podróży.

Podobnie jak w „Constantine”, w „Koralinie i tajemniczych drzwiach” również pojawia się kot, który z łatwością przemierza wymiary. Potrafi on także mówić, lecz ta umiejętność ujawnia się dopiero po wkroczeniu do świata stworzonego przez „drugą matkę”.

Równie popularny motyw kociej magii pojawia się w książkach. Jednym z przykładów jest „Alicja w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla i uśmiechnięty od ucha do ucha, nieco Kot z Chesireprzerażający kot. Jest on stworzeniem obdarzonym umiejętnościami znikania i pojawiania się niespodziewanie w dowolnym miejscu. Cechą charakterystyczną Kota z Chesire stanowi uśmiech szeroki na całą twa… pyszczek, który długo nie znika, nawet, gdy nie widać reszty ciała. Mruczek, poza ciekawymi przymiotami fizycznymi, dysponuje ogromną mądrością, którą dzieli się z Alicją.

Również w „Harrym Potterze” J.K. Rowling pojawia się postać kota, jako zwierzęcia związanego z magią. Jest on nie tylko jednym z kilku milusińskich dopuszczonych do towarzyszenia przyszłym czarodziejom, lecz stanowi również wzór wykorzystywany przy transmutacji. Dobrym przykładem jest tu profesor McGonagall, która do perfekcji opanowała zamianę w owe stworzenie.

Kotów nie mogło zabraknąć w anime. Jednym z nich jest „Soul Eater”, w którym pojawia się postać czarodziejki- kotki, potrafiącej zamienić się w uroczego neko. Zresztą, w serii tej, zwierzęta dość mocno związane są ze sferą czarów. Każdej z wiedźm przypisane jest jedno z nich i każda posiada umiejętność zamiany w swoje zwierzę.

Jak widać, koty od dawna posądzano o posiadanie niezwykłych zdolności. Już od starożytności wiązano je z nadludzkimi mocami. Po dziś dzień, często pojawiają się w filmach i książkach fantasy. Co ciekawe, od dłuższego czasu pełno ich w Internecie. Czy to oznacza, że koty od początku istnienia wcielały w życie plan zawładnięcia światem i systematycznie go realizują?!

 

 

Kot

 

 

SlendermanW internecie coraz częściej możemy natknąć się na różnorodne, niepokojące historie, zdjęcia czy filmy, mające do złudzenia przypominać  rzeczywistość. Niekiedy przybierają też postać legend miejskich. Są one tworzone przez wielu użytkowników w celu wystraszenia sieciowych eksploratorów. Nazywa się je Creepypastami lub bardziej żartobliwie- Strasznomakaronami.

Creepypasty mają swoje korzenie już w historiach z dreszczykiem, opowiadanych przy ognisku. Jednak termin ten, po raz pierwszy, użyty został w 2007 roku w serwisie 4chan. Oznacza on „straszną historię, skopiowaną i wklejoną przez użytkowników”. Popularność Strasznomakaronów przybrała na sile w 2010- 2011 roku i wciąż rośnie.

Jedną z najbardziej popularnych Creepypast jest historia o Slender Manie, wysokim mężczyźnie bez twarzy, który chodzi po lesie i porywa dzieci. Swoje podłoże ma ona już w babilońskich, czy germańskich wierzeniach. Istnieje też dużo innych Creepypast, m.in. Jeff the Killer, Red Mist czy Ben Drowned, a dzięki licznym fanom takich opowieści, wciąż powstają nowe.

Dlaczego właściwie owy gatunek zyskał taką popularność? Czy naprawdę lubimy się bać?

Z psychologicznego punktu widzenia, straszne historie mogą pomóc nam oswoić strach. Jak to możliwe? Otóż siedząc wygodnie przed ekranem, w zaciszu własnego domu, wiemy, że nic nam nie grozi. Wiemy też, że film, gra, opowiadanie kiedyś się skończy, a my wrócimy do realnego, dobrze znanego nam świata. To pomaga nam zmniejszyć strach przed tym, na co możemy natknąć się w przyszłości, ponieważ nasz umysł będzie miał już w pamięci „happy end” z ostatniego, takiego spotkania.

Obojętna naszym strachom nie pozostaje także biochemia. Gdy  się boimy, nasz organizm zaczyna produkować adrenalinę. Jest to hormon, który ma na celu pobudzenie nas do ucieczki. Dzięki niemu, nasze naczynia krwionośne rozszerzają się, tak samo jak źrenice. Dostajemy potężny zastrzyk energii, a nasze serce pracuje na najwyższych obrotach. SBungeekutki działania adrenaliny mogą przypominać nieco czynność całkiem niezwiązaną ze strachem, jaką jest seks. Dokładnie! Podczas miłosnych igraszek, nasz organizm produkuje noradrenalinę, która jest bardzo bliska adrenalinie i najczęściej wraz z nią wyrzucana jest podczas stresowych sytuacji. Co ciekawe, seks uwalnia też mnóstwo endorfin, tzw. „hormonów szczęścia”, które nas rozluźniają i wywołują radość.

Przykład biegacza lepiej pokaże, jak dziwne jest zestawienie, tak przeciwnych sobie hormonów. Wyobraźmy sobie olimpijczyka, który przygotowuje się do startu. Jest on spięty i zestresowany.  To jego życiowa szansa. Zaczyna produkować adrenalinę, która dodaje mu energii i pcha do biegu. Po przekroczeniu pewnej granicy wysiłku, do jego organizmu docierają też endorfiny. Takie sytuacje pokazują, jak cienka jest linia oddzielająca nasz biologiczny strach i szczęście.

Nic dziwnego, że wiele osób łaknie mocnych wrażeń w postaci skoku na bungee, ze spadochronem, czy też oglądania horrorów. Dlatego powstaje tak dużo Creepypast. Ludzie chcą się bać, by później odczuć szczęście, ulgę, móc powrócić do normalnego życia. Dlatego też strach jest czasem dobry, ale tylko, gdy dostarczamy go w małych ilościach.

 

 

 

Ku uciesze Makaronomaniaków, poniżej zamieszczam postaci z Creepypast w wersji rysukowej:

 

Creepypasty

 

 

wilkołakOd wieków lesiste tereny Europy stwarzały zagrożenie dla ludzi. Wewnątrz borów czyhały przeróżne niebezpieczeństwa począwszy od drapieżnych zwierząt, przez tajemnicze mary, nieustępliwe wichry, po korzenie drzew pod nogami. Jednym z najgroźniejszych stworzeń, które spędzało chłopom sen z powiek był wilkołak.

 

Ludzie-wilki miały niszczycielską siłę, ostre pazury i ogromne zębiska. Wyostrzone zmysły pomagały im poruszać się w ciemności zwinnie i bezszelestnie, a włochate cielska były odporne na ciosy. Ogarnięte dziką furią brały na cel każdego, nikt bowiem nie stanowił dla nich zagrożenia. Jak więc się przed nimi bronić? Zwykłą bronią nic nie wskóramy, potrzebujemy specjalnych metod, które chciałbym Wam przedstawić zaczynając od, w mojej ocenie, najbardziej skutecznych. Opatrzę je również rysunkami, które w łatwy i przystępny sposób pomogą zrozumieć i przyswoić tę lekcję.

 

1.    Srebro

Użyj srebra lub święconej wody (wersja dla ubogich) , by stworzyć broń o zabójczych dla wilkołaka właściwościach. Wiadome jest, że metal ten ma w sobie moc niszczenia demonicznej tkanki. Najlepiej jest wytopić kulę i wpakować ją zwierzowi prosto w serce. Można oczywiście użyć broni białej, lecz trzeba się wtedy liczyć z możliwością bycia rozszarpanym i pogryzionym.

srebro

2.    Nóż ze stopionego krucyfiksu

Krótka broń o wielkiej sile. Tak jak wyżej należy trafić w serce lub w pysk. Jest to niezwykle trudne i zarazem skuteczne. Minusem jest zasięg ostrza, lecz takim dobrze wyważonym nożem można przecież rzucić.

 krucyfiks

3.    Ogień
Nie ma pewności co do możliwości uśmiercenia bestii ogniem, lecz wilcze futro bardzo dobrze się pali, co w najgorszym razie sprowokuje stwora do ucieczki. Mamy tutaj pole do popisu jeśli chodzi o sposoby podpalenia, wystarczy użyć nieco wyobraźni.

ogien

4.    Rzut widłami
Ciśnij widły między oczy. Muszą być osinowe (to bardzo ważne!). Nie znam skutecznych przypadków użycia drwa przeciw wilkołakowi. Być może to zadanie przerasta niedoświadczonych obrońców.

widły

5.    Magia
Prawdopodobnie skuteczniejsze od powyższego sposobu, jednak prawie niewykonalne ze względu na niedobór czarowników. Odpowiednie zaklęcia mogą uśmiercić potwora, sprowadzić go do ludzkiej postaci, w której łatwiej go zabić, bądź całkiem odczarować, by napić się potem razem w szczęściu i harmonii.

magia

6.    Odrąbanie łap
Szanujący siebie wilkołak nie pozwoli sobie odciąć łapy. Gdyby jednak się to udało efekt jest zdumiewający. Wraca on bowiem na stałe do swojej ludzkiej postaci, lecz niestety bez uciętych kończyn.

łapy

7.    Amulety
Przeróżne świecidełka, kamienie znalezione w górach połączone z liśćmi roślin o odpychającym zapachu powinny odstraszyć stwora.

amulety

8.    Czosnek

Panaceum na wszystkie zagrożenia, zupełnie nieskuteczne przeciw wilkołakowi. Być może zawieszenie kilku główek na drzwiach pozwoli umknąć wilczej furii wywołując w potworze litość i śmiech.

czosnek

 

Jak widać sposobów na pokonanie bądź wystraszenie wilkołaka jest wiele. W sieci można znaleźć ich jeszcze więcej, lecz przed użyciem każdego z nich należy się porządnie zastanowić, bowiem w sytuacji zagrożenia warto jest mieć przy sobie najskuteczniejsze środki.


Muzyka filmowaMuzyka towarzyszy człowiekowi od tysiącleci. Poznano ją już w prehistorii, choć wtedy nie brzmiała jak dzisiejsze hity, nie przypominała nawet folku. Tworzona była wtedy  w oparciu o odgłosy otaczającej przyrody. To ludzka ciekawość i chęć tworzenia, objawiająca się również poprzez malowidła naścienne czy gliniane naczynia, sprawiła, że człowiek próbował naśladować dźwięki przeróżnych zwierząt czy zjawisk atmosferycznych. Początkowo, jedynym instrumentem, jaki wykorzystywali pierwotni ludzie, były struny głosowe. Dopiero na przestrzeni lat i wieków zaczęto konstruować pierwsze, prymitywne narzędzia muzyczne. Od antyku, ta dziedzina sztuki zaczęła nabierać rozmachu i z każdą epoką rozwijała się coraz bardziej. Dziś robiona jest na wiele różnych sposobów: z wykorzystaniem instrumentów, komputerów, głosu, a nawet naczyń. Jednym słowem, stanowi mieszankę wszystkich, wykorzystywanych wcześniej metod wydobycia dźwięku.

Z biegiem lat zaczęto łączyć różne gałęzie sztuki tworząc animacje i filmy. Nie mogło zabraknąć w nich muzyki, która pojawiała się już przy kinie niemym. Nie była ona, tak jak teraz, spojona z filmem, lecz grana na żywo podczas seansu. Wtedy stanowiła uzupełnienie, pozbawionego dialogów, materiału filmowego.

Z czasem, muzyka wykorzystywana w filmach, zaczęła nabierać też innego znaczenia. Do dziś jej ważną funkcją jest rysowanie tła danej produkcji. Co to oznacza? Nic innego, jak to, że muzyka pozwala nam przenieść się do czasów, w jakich dzieje się akcja. Pokazuje również charakter miejsca, w jakim rozgrywa się film. Tak więc, podczas sceny na cmentarzu, naMuzycy egipscy którym grasuje horda upiorów, nie usłyszymy melodii rodem z „Dumy i uprzedzenia”. Chyba, że zamysłem autora było szokowanie odbiorcy, czy stworzenie groteski.

Muzyka filmowa ma też inne, chyba najważniejsze zadanie, jakim jest wywoływanie w widzach określonych emocji. Zdawać by się mogło, iż scena śmierci jednego z „dobrych” bohaterów już sama w sobie wywoła smutek, jednak odpowiednio dobrana melodia pozwala poczuć się wciągniętym w emocjonalny dół po jego stracie. Niezwykle wdzięcznym przykładem gry na emocjach są wszelakie horrory. W większości przypadków, dreszczowiec oglądany bez dźwięku traci swoją moc straszenia widza. W horrorach muzyka buduje napięcie. Jest ona puszczana w momentach, które same w sobie nie wywołują niepokoju, by przygotować odbiorcę i zwiększyć stopniowo jego lęk, tak aby akcja kulminacyjna okazała się najbardziej przerażającym, filmowym przeżyciem. Również w produkcjach fantasy muzyka jest Wiolonczelistkatematem bardzo znaczącym. Czy pamiętacie sceny walki we „Władcy Pierścieni”? Otrzymujemy w nich dawki melodii mających obudzić w nas ducha walki, sprawić, byśmy zechcieli znaleźć się na polu bitwy pośród drużyny Gandalfa.

Niekiedy muzyka w filmie ma służyć uzupełnieniu niezbyt porywającego fragmentu. Tak więc, podczas spaceru, przygotowań do pracy, czy rutyny dnia codziennego naszego bohatera, w której nie pojawiają się żadne dialogi, usłyszymy odpowiedni utwór. Pozwala on gładko przemknąć przez mniej fascynującą, aczkolwiek ważną pod względem opisu miejsca akcji, czy życia bohatera scenę.

Wydaje mi się, że coraz częściej muzyka filmowa ma też inne, bardziej „przyziemne” zadanie. W czasach, kiedy nasze mózgi, z każdej strony, bombardowane są ogromem bodźców, ciężko skupić się na jednym elemencie. Coraz trudniej jest skierować myśli na czysty obraz. Muzyka ma nas utrzymać przy dziele filmowym i sprawić, byśmy nie znudzili się brakiem wielu, przyciągających naszą uwagę impulsów.

 

Muzyka filmowa od początku swojego istnienia ma ogromny popyt. Nic dziwnego, że rodzi się tak wielu jej twórców, jak chociażby Danny Elfman czy Hans Zimmer. Z każdą kolejną produkcją rozwija się ona ogromnie, a dzięki swojemu niemałemu znaczeniu w przemyśle filmowym, możemy być pewni, że nie przestanie być jedną z muzycznych kategorii. Warto więc wiedzieć jak działa na nas- widzów.

 

 

 

Na koniec chciałabym polecić Wam również autora tworzącego muzykę z gatunku fantasy, który jest mniej znany, lecz na pewno warty uwagi:

 

 djembed

 

 

 

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
poniedziałek, lipiec 24, 2017